Bez kategorii,  KSIĄŻKA,  PUBLICYSTYKA,  RECENZJE

TOP10 Najlepszych Książek Przeczytanych Po Pijaku 2020

Końcówka roku to jak zwykle czas podsumowań. Tak jest i w przypadku Pisanego Po Pijaku, a cóż mógłbym podsumować jeśli nie tegoroczne przygody na głębokich wodach literatury. Fakt, że przygód tych było stosunkowo niewiele, za to jakież to były historie! Niech najlepszy dowód stanowi fakt, iż na niniejszą listę nie załapało się choćby jedno z najbardziej chwalonych dzieł Dostojewskiego. Odpadła również uwielbiana przez większość czytelników Złodziejka książek, a wielcy Charles Dickens, czy William Faulkkner, nie otarli się nawet o miejsce w dziesiątce Najlepszych Książek 2020 według PisanePoPijaku. Przy okazji zaznaczę, że tytuł tekstu może być nieco mylący, gdyż nie jest to zestawienie powieści napisanych lub wydanych w mijającym roku, a takich, które w ostatnich dwunastu miesiącach miałem przyjemność przeczytać. I wierzcie mi na słowo, że znajdziecie tu więcej wartościowej literatury niż przy zebraniu najpoczytniejszych nowości. Będzie sporo klasyki, będzie też gatunkowy miszmasz, którego naprawdę warto skosztować. No więc jak, odliczacie wraz ze mną? 😉 Zapraszam…

10. John Brunner – „Wszyscy na Zanzibarze”

 

Zaczynamy z wysokiej półki, lekturą stosunkowo trudną w odbiorze, lecz wartą zachodu. O dziwo, ta dość wymagająca powieść reprezentuje traktowany przez większość czytelników nieco z przymrużeniem oka gatunek jakim jest science-fiction. Tymczasem Wszyscy na Zanzibarze stanowi doskonały przykład na to, że nie istnieją w literaturze gatunki lepsze, czy gorsze, bo jak inaczej nazwać powieść, która zmusza odbiorcę do zastanowienia się nad kondycją społeczeństwa i drogą, którą wszyscy zmierzamy?

Jest to dystopijna wizja przyszłości, która tak się akurat składa – jest naszą obecną teraźniejszością. Otóż: Na Ziemi na początku XXI wieku tłoczy się ponad siedem miliardów ludzi. Jest to epoka inteligentnych komputerów, psychodelicznych narkotyków w wolnej sprzedaży, polityki uprawianej za pomocą zabójstw i naukowców obłaskawiających wulkany poprzez palenie kadzideł… Histeria niebezpiecznie przeludnionego świata przedstawiona w olśniewająco nowatorskim stylu. Sam tytuł zaś odnosi się do figury stylistycznej mówiącej, że gdyby wszyscy mieszkańcy Ziemi stanęli obok siebie, zajęliby z grubsza powierzchnię wyspy Zanzibar.

Ze względu na samą treść, czy nawet układ w jakim powieść została napisana, ciężko zebrać w kilku zdaniach co stanowi jej istotę. Zresztą, nie po to tutaj jestem, by spoilerując zabierać Wam ochotę na lektury, a do nich zachęcać. Niech więc najlepszą zachętą pozostanie fakt, iż z topowej dychy 2020 udało się Brunnerowi wysadzić tuzów wymienionych we wstępie.


9. Larry McMurtry – „Na południe od Brazos”

 

Obiecałem gatunkową mieszankę? Obiecałem! A choć wiele można mi zarzucić, to słowa akurat dotrzymuję. Tym sposobem pozycję wyżej od świata przyszłości zajmuje… świat przeszłości, a konkretnie western. Dokładniej rzecz ujmując, napis z okładki głosi: Jeśli miałbyś w swoim życiu przeczytać tylko jeden western, przeczytaj „Na południe od Brazos”. I choć rzeczywiście jest to dotychczas jedyna tego typu powieść, po którą sięgnąłem, więc ciężko mi porównać, śmiem wierzyć, że powyższe słowa nie są rzucanymi na wiatr.

Tak naprawdę to historia prosta i stara jak świat, wręcz kwintesencja tego, czego można spodziewać się po przygodach kowbojów. Są tu panowie w kapeluszach, z rewolwerami u pasa, Indianie, saloon, potyczki z dziką naturą i wszystkie tym podobne. Jest też i wiele więcej w tej doprawdy chwytającej za serce opowieści o dwóch emerytowanych pogranicznikach, którzy ruszają z kilkutysięcznym stadem bydła w podróż przez całe Stany Zjednoczone, celem zawalczenia o lepsze jutro.

Przygód będzie tu bez liku, a sama powieść, choć rozwijająca akcję w dość powolnym tempie, nie pozwala oderwać się od lektury! Świetnie wykreowani, różnoracy bohaterowie i życiowe przeszkody, którym trzeba stawić czoła, nie pozwalają na nudę, natomiast przesłanie samej historii jest i zawsze już będzie uniwersalne, bowiem nie jest tak naprawdę istotne w jakich czasach żyjemy, a to jak swoje życie wiedziemy i gdzie prowadzą nas podjęte decyzje. Jeśli jednak macie ochotę przenieść się myślami w krainę pozornie spokojniejszej rzeczywistości, Na południe od Brazos jest strzałem w dziesiątkę!


8. Franz Kafka – „Proces”

 

No i mamy to! Dotarliśmy do miejsca, w którym zaczynają się powieści, które każdy szanujący się czytelnik znać powinien. Na pozycji numer osiem melduje się bowiem nieśmiertelny klasyk, po którego wielu niesłusznie boi się sięgnąć, a mowa rzecz jasna o słynnym Procesie, Kafki. Powieści znanej choćby z kanonu lektur szkolnych, powieści, która zapewniła jej autorowi pośmiertną sławę, powieści niedokończonej, a co za tym idzie krótkiej i wreszcie powieści, która może zmienić postrzeganie otaczającego nas świata.

Pewnego poranka, który miał być identyczny jak wiele przed nim i wiele następnych, Józef K. budzi się, a właściwie zostaje bezpardonowo wyrwany ze snu przez dwóch urzędników, którzy bez żadnych ceregieli wchodzą do jego pokoju, zjadają mu śniadanie oraz – co najważniejsze – oznajmiają głównemu bohaterowi, że został właśnie zatrzymany i oskarżony, a lada dzień rozpocznie się jego proces. Na pytania o co i przez kogo został oskarżony panowie nie potrafią udzielić odpowiedzi, wiedzą jedynie, że wkrótce w pokoju pojawi się również „naczelnik” i to on przeprowadzi wstępne przesłuchanie K. Sytuacja absurdalna? A i owszem, jednak to dopiero kropla w morzu absurdów wykreowanej przez Kafkę rzeczywistości.

Dzieło życia jednego z najważniejszych pisarzy pierwszej połowy XX wieku posiada jednak pewien dosyć istotny i zauważalny mankament, a mianowicie jest to powieść niedokończona. Siłą rzeczy u wielu czytelników osłabi to odbiór Procesu jako całości. Tu jednak samo narzuca się inne pytanie: Skoro książka nie jest kompletna, a mimo to zyskała taki fame, to jak wielka musi to być literatura?! Odpowiedź znajdziecie sięgając po sam Proces lub przeglądając pełną recenzję omawianej lektury, do czego serdecznie zachęcam.


7. Dan Simmons – „Terror”

 

BACH! Niczym grom z jasnego nieba Dan Simmons spada na tę listę z równie wielki przytupem z jakim wkroczył pod koniec roku w mój literacki świat! Nie wiem dlaczego, ale coś powstrzymywało mnie przed sięgnięciem po twórczość Amerykanina. Prawdopodobnie chodziło o fakt, że nie spodziewałem się po nim wielkich rzeczy. O, w jakim żyłem błędzie! Biję się w pierś i przyznaję, że ocknąłem się w samą porę, gdy pod koniec października tego roku przewróciłem pierwszą kartkę Terroru. Jak wielkie wrażenie zrobił na mnie sam autor niech świadczy choćby to, że numer siedem nie jest ostatnim w tym zestawieniu, sygnowanym nazwiskiem Simmonsa.

To opowieść, która choć fikcyjna, bazuje na prawdziwych wydarzeniach. Mianowicie w roku 1845 dwa flagowe okręty Brytyjskiej Marynarki Wojennej – HMS Terror oraz HMS Erebus, pod dowództwem podróżnika sir Johna Franklina wyruszyły w stronę Arktyki celem odnalezienia i wyznaczenia nowego szlaku transportowego. Tak się jednak złożyło, że po wypłynięciu na Arktyczne wody, ślad po obu statkach zaginął. Tak, ta część historii to prawda, którą możecie bez problemu sprawdzić chociażby na Google. Historia ta zapoczątkowała rozrastające się na przestrzeni lat domysły, czy legendy. Co stało się z załogami okrętów? Spekulacjom nie było końca, aż nadszedł dzień, w którym Dan Simmons postanowił opowiedzieć swoją, nieco fantastyczną wersję losów Terroru i Erebusa.

Ten, w którym zęby szczękają z zimna i strachu, to tytuł recenzji, którą niespełna dwa miesiące temu zamieściłem na blogu i myślę, że w pełni oddaje ona klimat omawianej powieści. Klimat to zresztą słowo-klucz w kontekście Terroru, ponieważ można by nim obdzielić kilka innych książek i jeszcze by zostało. To prawdopodobnie najbardziej uniwersalna lektura na całej niniejszej liście; uniwersalna w takim znaczeniu, że spodobać powinna się każdemu. Nie wierzycie? Sprawdźcie sami, a następnie wróćcie tu i potwierdźcie me słowa 😉 .


6. Mikołaj Gogol – „Martwe dusze”

 

Napisane w latach 1835-1852 Martwe dusze to najstarsza pod względem publikacji pozycja na liście. Jest także dziełem, które w czasach swego debiutu wzbudziło zdecydowanie najwięcej kontrowersji. W najważniejszym obrazie swego życia Gogol przedstawia czytelnikowi świat współczesnej mu Rosji ze wszystkimi jej wadami. Wyśmiewa rosyjskie przywary i specyficzny sposób podchodzenia do różnorakich spraw mieszkańców największego państwa świata, skutkiem czego powieść została swego czasu zmiażdżona przez krytykę, a samemu pisarzowi zarzucano m.in. zdradę własnego narodu. O co cały ten hałas? – zapytacie.

Otóż pewnego dnia do miasta gubernialnego N. przybywa niejaki Paweł Iwanowicz Cziczikow, pozornie nie wyróżniający się niczym szczególnym jegomość, który dzięki oglądzie oraz umiejętności mówienia tego co w danej chwili wypada, z miejsca staje się atrakcją mieściny. Szybko zyskuje również sympatię najznamienitszych obywateli guberni, jednak nadal nie wiadomo w jakim konkretnym celu ów Cziczikow pojawił się akurat w miasteczku N. Odpowiedź otrzymujemy w chwili, gdy bohater rusza w podróż po okolicznych wioskach, w których zaczyna wypytywać właścicieli ziemskich o stan liczebny posiadanych przez nich chłopów, kładąc szczególny nacisk na tzw „martwe dusze” czyli zmarłych już robotników, którzy nadal widnieją w spisie, a których to nasz drogi Cziczikow… chciałby wykupić.

Tak, bohater omawianej tu powieści chce mówiąc wprost „kupić trupy”. Po co? Tego zdradzić nie mogę, jednak chyba powoli świta Wam już dlaczego książka wywołała nie małe kontrowersje. Na koniec słowo zachęty, bowiem ktoś z Was mógłby się zastanawiać cóż takiego ma w sobie owa powieść, że znalazła się tak wysoko w zestawieniu. Odpowiadam: Martwe dusze są najpiękniej napisanym dziełem ze wszystkich jakie znajdziecie na tej liście! To z jaką gracją, polotem i wyczuciem operuje Gogol słowem jest czymś niewyobrażalnym dla współczesnych pisarzy. Pytanie więc, dlaczego nie znalazł się w takim razie wyżej? Ano dlatego, że podobnie jak Proces Kafki, jest to powieść niedokończona, bowiem zdruzgotany krytyką autor palił wszystkie kolejne rękopisy. Wielka to szkoda, bo być może mielibyśmy tu do czynienia z największym literackim dziełem wszech czasów. Tak, czy inaczej, nawet niedokończone Martwe dusze to wciąż literacka uczta na najwyższym poziomie. [Po więcej zaś odsyłam do recenzji, którą znajdziecie TUTAJ].


5. Lew Tołstoj – „Wojna i pokój”

 

Lecimy dalej z rosyjskimi mistrzami pióra, a drugą połówkę tegorocznego TOP10 otwiera być może największy z owych mistrzów. Lew Tołstoj – pisarz, filozof, myśliciel, na którego ideach opierali się w późniejszych latach choćby Martin Luther King, czy Mahatma Gandhi, był autorem, któremu zawdzięczam(y) najbardziej realistyczną i historycznie prawdziwą powieść niniejszego zestawienia. Mowa rzecz jasna o liczącej cztery tomy Wojnie i pokoju, nazywanej powszechnie rosyjską epopeją narodową. Niektórzy z Was mogą w tym momencie pomyśleć: Ooo nie!! Też takie flaki z olejem jak Pan Tadeusz? Uspakajam więc, mówiąc jasno i wyraźnie: Nie, Tołstoj nie tworzył flaków z olejem.

Zacznijmy od tego, że mamy tu do czynienia z powieścią historyczną, a więc bohaterowie fikcyjni oraz ich losy wplecione zostały w autentyczne wydarzenia historyczne. I tak się akurat składa, że tytuł książki nie jest przypadkowy, gdyż opisuje ona losy kilkunastu postaci na tle rozdzierających Europę wojen Napoleońskich. Co ciekawe, bohaterami swego dzieła uczynił również Tołstoj rzeczywiste postaci, które zapisały się na kartach historii, takie jak chociażby wódz naczelny wojsk rosyjskich Michaił Kutuzow, czy – rzecz jasna – Napoleon Bonaparte, do którego pisarz żywił w najlepszym wypadku jedynie pogardę. Zdecydowany przeciwnik wojen za pośrednictwem rodzin Bołkońskich, Rostowów oraz Bezuchow roztacza więc przed nami ówczesne obawy społeczne, nadzieje oraz lęki.

Wojna i pokój to powieść wielka na wielu płaszczyznach, o których więcej przeczytacie TUTAJ, dlatego nie będę się w tym momencie zbytnio rozpisywał. Dla miłośników historii, czy też fanów literatury przez duże „L” to pozycja obowiązkowa, której naprawdę wstyd nie znać. Pozostałych potencjalnych przyszłych odbiorców odstraszyć mogą nieco gabaryty książki, jednak klnę się na mamę – WARTO!


4. Aleksander Dumas – „Hrabia Monte Christo”

 

Wielkimi krokami zbliżamy się do pierwszej trójki, a i tak świetną, choć tuż poza podium lokatę zajmuje jedno z moich tegorocznych dwóch największych czytelniczych zaskoczeń (dodam na marginesie, że drugie jeszcze przed nami) – Hrabia Monte Christo. Pomimo wielu zapewnień iż jest to wspaniała lektura przymierzałem się do niej jak pies do jeża. Na szczęście z początkiem drugiej połowy mijającego roku poszedłem po rozum do głowy sięgając po tę zaserwowaną przez Aleksandra Dumasa niezwykłą literacką podróż. Efekt? Czwarte miejsce w jakże doborowym towarzystwie! To mówi samo za siebie.

Nie będzie chyba wielkim spoilerem, jeśli o książce sprzed niemal dwustu lat powiem, że jest to powieść przygodowa z morałem. Przedstawia ona losy Edmunda Dantesa, młodego idealisty, który w wyniku odrażającego spisku zostaje zatrzymany przez władze pod zarzutem zdrady narodu, a następnie dożywotnio osadzony w więzieniu. Mało tego, wszystko dzieje się w dniu ślubu Edmunda z ukochaną Mercedes. Pojawiły się tu już zwroty takie jak „dożywotnio” oraz „więzienie” jednak czymże byłaby powieść przygodowa, gdyby główny bohater całą lekturę spędził za kratkami? Rzecz jasna z zamknięcia udaje się naszemu niedoszłemu żonkisiowi uciec, problem jednak w tym, że od dnia osadzenia minęły długie lata, których nikt już Edmundowi nie zwróci. Cóż zatem należy zrobić? Dla naszego bohatera odpowiedź jest bardziej niż oczywista, a brzmi ona: Zemścić się!

Tak, to historia zemsty. Taki trochę Kill Bill innych czasów. Nie ma w niej jednak nic złego, a czytelnik wraz z rozwojem wydarzeń coraz mocniej zaczyna trzymać kciuki za powodzenie całej akcji. Wielkim plusem jest tu również styl Dumasa, niezwykle lekki i przystępny, który sprawia, że książka w zasadzie czyta się sama. Hrabia Monte Christo to opowieść być może prosta, na swój sposób nawet „łopatologiczna” jednak przypomina o zasadach, o których w dzisiejszym świecie zdarza nam się zapominać i choćby z tego względu uważam ją za lekturę obowiązkową, samemu ciesząc się, że w tym nieszczęsnym roku, była ona i dla mnie jednym z najjaśniejszych punktów.


3. Bolesław Prus – „Lalka”

 

Nareszcie jest! Nie dość, że dobrnęliśmy do ścisłej czołówki zestawienia, to dodatkowo do pierwszej (i jedynej) na tej liście książki znad Wisły. Na dobrą sprawę Lalka mogłaby w tym rankingu zająć i drugą lokatę, ponieważ poziomem na pewno nie odbiega od lektury, którą znajdziecie pod spodem, jednak tak jakoś wyszło, że trójeczka wydaje mi się odpowiednia. Jak pisałem niedawno w RECENZJI dzieła Bolesława Prusa, tegoroczne podejście do Lalki było moim pierwszym w życiu i choć zazwyczaj stronię od rodzimej literatury, tak w tym przypadku mówimy o pisaniu na najwyższym z możliwych poziomów.

Sama historia znana jest (choćby ze streszczeń) większości Polaków. Zresztą o czym my mówimy, jest to jeden z najbardziej eksploatowanych tytułów w historii naszych matur! Opowieść o powracającym do Warszawy, ustatkowanym kupcu Stanisławie Wokulskim i jego nieszczęśliwym uczuciu skierowanym ku Izabeli Łęckiej od dziesiątek lat pobudza emocje czytelników wychowanych na bigosie i pierogach. Nic w tym dziwnego, w końcu udało się Prusowi stworzyć historię ponadczasową, taką, która poruszała odbiorcę przeszło sto lat temu i nadal będzie poruszać za kolejnych dwieście. Takie są fakty.

Na dobrą sprawę nie mam się tu za bardzo nad czym rozpisywać, skoro większość czytających niniejszy tekst ma swoje własne zdanie na temat omawianej lektury, jednak od siebie dodam, że zarówno kreacje bohaterów, realizm przedstawianego świata jak i ogrom włożonego w pisanie serca, które widać na każdej przewróconej stronie, każe stawiać Lalkę na tej samej półce co najbardziej zasłużone dla świata literatury klasyki. Brawo, panie Prus!


2. Dan Simmons – „Hyperion”

 

Jak wspomniałem przy poprzedniej pozycji – numery drugi oraz trzeci na tej liście mogłyby zamienić się miejscami, postanowiłem jednak nieco bardziej wyróżnić Hyperiona, a to choćby ze względu a fakt, iż żadna tegoroczna powieść nie zaskoczyła mnie równie mocno co obraz nakreślony przez Dana Simmonsa. Przede wszystkim nigdy nie sądziłem, że literatura z gatunku sci-fi, może aż tak bardzo wbić się do mojej głowy, bo przecież to „tylko sci-fi” jak mawia wielu czytelników. Tymczasem okazało się, że udało się Amerykaninowi stworzyć coś wymykającego się wszelkim schematom, jednocześnie samemu wyznaczając najwyższe standardy i nie mam tu na myśli jedynie literatury tego konkretnego gatunku.

Opis, tak jak przy RECENZJI, skopiuję po prostu z okładki samej książki, a brzmi on następująco: W obliczu zbliżającej się międzygalaktycznej wojny na planetę Hyperion przybywa siedmiu pielgrzymów: Kapłan, Żołnierz, Uczony, Poeta, Kapitan, Detektyw i Konsul. Mają za zadanie dotrzeć do mitycznych grobowców czasu, by znaleźć w nich budzącą grozę istotę. Zna ona być może metodę, która pozwoli zapobiec zagładzie całej ludzkości. Każdy z pielgrzymów może przedstawić jej swoją prośbę, lecz wysłuchany zostanie tylko jeden. Pozostali będą musieli zginąć.

I jak? Zachęciło? Pewnie niekoniecznie jeśli ktoś dla zasady kręci nosem na fantastykę naukową, jednak słowo daję, że i mnie sam opis nie porywał. Jak skończyła się moja przygoda z pierwszą częścią cyklu Hyperiona (dodam tylko, że w momencie pisania tych słów zbliżam się ku końcowi odsłony numer dwa i to wciąż jest wybitna rzecz!) widać na załączonym obrazku. Zachwyt, zachwyt i jeszcze raz zachwyt! Inaczej zresztą być nie mogło jeśli dodamy do siebie kilka pierwszych rzucających się w oczy okoliczności, takich jak FENOMENALNIE skrojeni bohaterowie, rozmach w budowie przedstawianego przez Simmonsa świata odległej (akcja toczy się przeszło siedemset lat od chwili obecnej) przyszłości, czy wreszcie nauka jaka płynie z samej lektury, fakt, że powieść ta zmusza do myślenia, do spojrzenia na siebie samego i otaczający nas świat z zupełnie innej perspektywy. I tym właśnie sposobem otarł się amerykański pisarz o Książkę Roku według Pisane Po Pijaku, jednak jednego tytułu nie był w stanie przeskoczyć ani on, ani nikt inny…


1. Lew Tołstoj – „Anna Karenina”

 

W tym roku król mógł być tylko jeden! Najbardziej rozpoznawalne dzieło Lwa Tołstoja nie tylko wygrywa niniejszy ranking za rok 2020, to powieść, która szturmem wdarła się na szczyty moich ulubionych książek w ogóle. Dość powiedzieć, że rozpoczynając czytelniczo mijające dwanaście miesięcy nie spodziewałem się, by jakakolwiek lektura mogła zbliżyć się w mojej ocenie do poziomu niezrównanych Mistrza i Małgorzaty oraz Braci Karamazow, czyli absolutnej czołówki Pisane Po Pijaku. Wtem, cała na biało wjechała ona – Anna Arkadiewna Karenina (z domu księżniczka Obłońska) i z przytupem rozgościła się w loży zarezerwowanej dla najlepszych z najlepszych.

Krzywdząco książka ta nazywana jest powszechnie „romansem wszech czasów”. To fakt, nie brakuje w niej płomiennych uczuć, bo oto tytułowa bohaterka, będąca dobrze sytuowaną żoną swojego męża bryluje na petersburskich salonach, jednak radość życia przygasa w niej z każdym kolejnym dniem. Posiada pieniądze, urodę, czar i ten rzadko spotykany magnes przyciągający męskie spojrzenia i myśli, jednak… co z tego? Los sprawia, że swą uwagę kieruje także ku Annie znacznie młodszy Aleksiej Wroński. Mimo początkowego oporu względem zalotów, Karenina ulega, gdy odkrywa w sobie nowe siły jakie daje jej miłość. Niestety o ile zdradzający mąż był w ówczesnej Rosji zjawiskiem stosunkowo naturalnym, o tyle dopuszczająca się tego samego żona uznawana była upadłą, a nazwisko jej skazane na pogardę. I rzeczywiście, jest to JEDEN Z KILKU wątków powieści. Czy główny? Niekoniecznie, bowiem podejmowanych tematów jest tu bez liku, włącznie z kondycją współczesnej Tołstojowi Rosji oraz świata.

Nie da się w kilku zdaniach (po cały, odnoszący się do lektury tekst zapraszam TUTAJ) opisać geniuszu tej książki. W zasadzie trzeba by rozebrać ją na czynniki pierwsze, a następnie chuchać i dmuchać na każdy jej element wychwalając go pod niebiosa. To z jaką lekkością rosyjski mistrz pióra podejmuje ciężkie i życiowe zagadnienia wykracza poza pojmowanie zwykłego szaraczka takiego jak ja. Kultura słowa na poziomie nieosiągalnym dla – lekko licząc – 98% wszystkich pisarzy jacy kiedykolwiek postawili stopę na planecie zwanej Ziemią i choć nie wszystkim ten wyszukany styl musi przypaść do gustu, ja za Tołstoja i Kareninę dałbym sobie obciąć obie ręce! Wielka literatura.


A Wy jak tam? Jakie są Wasze ulubione książki mijającego roku? 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *