KSIĄŻKA,  PUBLICYSTYKA,  RECENZJE

TOP 10 Najlepszych Książek Przeczytanych Po Pijaku 2023

Jako, że kolejny rok dobiega końca, czas najwyższy na czytelnicze podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy. Zestawienie, jak zwykle, nie będzie odnosić się do wydawniczych nowości, których raczej nie czytuję, choć i w miarę „świeży” tytuł zagości na tegorocznej liście. Zaznaczę też od razu, iż wybór do łatwych nie należał, ponieważ poza TOPową dziesiątką znalazły się m.in. takie pozycje jak Wyznaję Jaume Cabré, Ziemia obiecana, pierwowzór Roku 1984, czyli My, oraz tak uwielbiane przez wielu Ulice Laredo. Pod uwagę nie były również brane dzieła czytane po raz kolejny, jak choćby książka mego życia – Sto lat samotności. Dodatkowo, jakieś dziwne poczucie sprawiedliwości nie pozwala mi zamieścić tu kilku tytułów jednego autora, a tak się akurat składa, iż w 2023 me serce skradł zmarły niestety w tym roku Cormac McCarthy, dla którego utworów znalazłyby się w zestawieniu ze trzy miejsca. No, ale nie przedłużając, oto lista dziesięciu Najlepszych Książek mijających miesięcy, według PisanePoPijaku…

10. Cixin Liu – “Wspomnienie o przeszłości Ziemi”

 

Tegoroczne zestawienie otwiera tytuł, na który wielu machnie pewnie ręką, choćby z uwagi na wspomniane wyżej powieści, które wypadły poza ranking. Dlaczego? Ano dlatego, że mowa o aż trzech książkach, a jakby tego było mało całą trylogię Wspomnienia o przeszłości Ziemi zaliczyć można tylko i wyłącznie do gatunku science-fiction. Warto jednak dodać, że właśnie teraz jest najlepszy moment, by po chiński bestseller sięgnąć. Już w kwietniu planowana jest bowiem premiera nakręconego dla Netflix serialu, rzecz jasna na motywach trylogii Cixin Liu.

Generalnie trochę ciężko jest zachęcić do lektury nie spojlerując treści tak pokaźnych rozmiarów dzieła, zwłaszcza gdy prawdą jest, iż całość zyskuje z każdą kolejną częścią. Śmiało powiedzieć można, że poziom wzrasta z każdym przeczytanym rozdziałem, jednak – jak wiadomo – każda historia ma swój początek, a w tym przypadku wygląda on tak, iż na samym starcie przenosimy się do Chin lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. To właśnie tam, w ramach komunistycznych czystek, na oczach własnego dziecka zabity zostaje znamienity chiński wykładowca uniwersytecki.
Następnie akcja przenosi się do czasów współczesnych kiedy to coraz większą popularność zyskuje sieciowa gra zatytułowana Problem trzech ciał.

Jak jedno ma się do drugiego? Dlaczego cała trylogia nazwana jest wspomnieniem o przeszłości naszej planety? Na te i wiele wieeeeleeee innych pytań odpowiedzą kolejno Problem trzech ciał, Ciemny las oraz Koniec śmierci – lektury zdecydowanie warte polecenia, które mogą niektórym czytelnikom otworzyć oczy na pewne kwestie. Dlatego też, nawet jeśli sci-fi nie jest waszym ulubionym gatunkiem, dajcie obsypanemu nagrodami chińskiemu dziełu szansę.


9. Iwan Gonczarow – “Obłomow”

 

Na pozycji numer dziewięć sytuacja dość niezwykła, bowiem właśnie w tym miejscu znajduje się najpiękniej napisana powieść całego tegorocznego zestawienia. Choć z różnych powodów aż osiem tytułów znalazło się na niniejszej liście wyżej aniżeli Obłomow, to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że żaden z nich nie zachwyca językiem tak jak utwór pióra Iwana Gonczarowa. Co jak co, ale piękno klasycznej rosyjskiej literatury to niedościgniony wzór.

Sama historia jest tak naprawdę banalnie prosta. Otóż mniej więcej trzydziestoletni Ilia Iljicz Obłomow, to wychowany w „cieplarnianych” warunkach spadkobierca niewielkiego majątku ziemskiego. Praktycznie całe dnie spędza on na… nie robieniu niczego. Dosłownie. Właściwie tylko śpi lub je, a każdą, nawet najdrobniejszą decyzję odwleka w nieskończoność. W otoczeniu Obłomowa przebywają zaś jedynie kucharka Anisja oraz służący Zachar. Wszystko to jednak do czasu kiedy po kilku latach nieobecności, tytułowego bohatera odwiedza jego jedyny przyjaciel a zarazem całkowite przeciwieństwo – Andriej Sztolc. Energiczny znajomy niemal na głowie staje by wyrwać Obłomowa z życiowego letargu, w tym zapoznaje go z piękną i rezolutną Olgą. Czy próby te odniosą jednak jakikolwiek skutek?

O wielkości dzieła Gonczarowa niech świadczy fakt, że w czasach wydania powieści (rok 1859) dorównywała ona uznaniem i popularnością Annie Kareninie, a przebijała utwory Dickensa czy Flauberta. Ba, zrodzony wówczas termin „obłomowszczyzna” (jako opis szlachty ubożejącej wskutek swego lenistwa, apatii i samozadowolenia), funkcjonuje w Rosji po dziś dzień. I choć sama książka przez kolejne dekady traciła na znaczeniu i aktualności, to wciąż jest to literatura najwyższych lotów, z całą plejadą pełnokrwistych i wyrazistych postaci, których losy śledzi się z wypiekami na twarzy.


8. Joseph Heller – “Paragraf 22”

 

Śmiech przez łzy – taki tytuł nosiłaby recenzja powieści znajdującej się pod ósemką, gdybym tylko ową recenzję napisał. No bo jak tu się nie śmiać i nie płakać jednocześnie, przy treści tak bolesnej oraz absurdalnej, jak ta, którą w Paragrafie 22 zaserwował czytelnikom Joseph Heller. Tytuł większości czytających tegoroczne zestawienie jest zapewne znany, choćby z ekranizacji której podjęło się HBO. Mimo wszystko warto chyba odświeżyć sobie pamięć…

Tak więc akcja powieści rozgrywa się w trakcie II Wojny światowej, wśród stacjonujących we Włoszech amerykańskich lotników. I choć wielu z nich odegra tu swoje role, główne skrzypce gra niejaki Yossarian – pilot, którego największym marzeniem jest powrót na łono ojczyzny, w związku z czym ima się różnych sztuczek, w tym symulowania chorób. Zdaniem samego bohatera najlepszym rozwiązaniem byłoby udawanie wariata, by jak najszybciej zostać ze służby zwolnionym; pytanie jednak jak to zrobić, kiedy zarówno wśród współżołnierzy, jak i przełożonych… wszędzie otaczają Cię sami wariaci?

Absurd goni absurd, a królem ich wszystkich jest tytułowy Paragraf 22, czyli paradoks polegający na występowaniu wykluczających się przepisów. W dużym skrócie: Żołnierz w trosce o własne życie może poprosić o zwolnienie ze służby z uwagi na chorobę psychiczną. Jeśli jednak poprosi, będzie to oznaką, iż wcale wariatem nie jest (skoro rozumie stopień niebezpieczeństwa), dlatego też… nie może prosić o zwolnienie z powodu choroby.

Dzieło Hellera to już klasyk, a zarazem celny strzał w wojenną rzeczywistość. Sposób przedstawienia całości w krzywym zwierciadle jeszcze mocniej uwypukla bezsens samej wojny, czy dramaty poszczególnych jej uczestników. Jak wspomniałem na początku, jest tu z czego parsknąć śmiechem, a i momentów przy których łza zakręci się w oku nie brakuje. Sam podchodziłem do lektury trzykrotnie, bo zawsze coś stawało mi na przeszkodzie. W tym roku przeszkód nie było, a danie Paragrafowi 22 kolejnej szansy było jednym z najlepszych czytelniczych wyborów, dlatego też do takiej samej decyzji zachęcam i Was.


7. Guzel Jachina – “Dzieci Wołgi”

 

Miejsce numer siedem to jednocześnie najmłodsze ze wszystkich zebranych tu dziś dzieł, jednak początek tej opowieści sięga jeszcze czasów panowania carycy Katarzyny. To na jej zaproszenie pierwsi niemieccy koloniści przybyli na statkach do Kronsztadu, witani przez władczynię słowami „Dzieci moje!”. W zamian za posłuszeństwo i niestrudzoną służbę nowej ojczyźnie, obiecano im ochronę, rodzicielską opiekę, oraz własny kawałek ziemi na terytorium potężnego Imperium. Nikt nie mógł jeszcze wówczas przypuszczać, że niemal dwa wieki później potomkom owych „dzieci” Carycy, przyjdzie żyć pod pachnącą terrorem czerwoną flagą z sierpem i młotem.

Przenosimy się do drugiej dekady wieku numer XX, gdzie w małej kolonii Nadwołżańskich Niemców żyje i pracuje młody nauczyciel Jakob Iwanowicz Bach. Zakochany w twórczości Goethego pedagog znajduje się nieco na uboczu wspólnoty, nie wadząc nikomu. Pewnego dnia w jego ręce trafia tajemniczy list, który to zapoczątkuje lawinę nieprzewidzianych wydarzeń oraz na zawsze zmieni życie młodego Bacha.

Dzieci Wołgi, bo właśnie ta książka wylądowała na pozycji siódmej, to utwór zdecydowanie najmłodszy z całej tegorocznej listy, a zarazem taki, który najmocniej mnie zaskoczył. Dlaczego? Choćby dlatego, że staram się jednak unikać literatury współczesnej, wychodząc z założenia, że przecież napisano w przeszłości tyle wybitnych dzieł, że życia mi nie starczy na ich przeczytanie, a gdzie tu jeszcze zaprzątać sobie głowę czytelniczymi nowinkami. Do prozy pani Jachiny zachęcano mnie jednak na tyle skutecznie, że wreszcie się skusiłem. Co tu dużo mówić, piękna, momentami magiczna, a nade wszystko brutalna historia, która robi wrażenie i którą zdecydowanie warto znać.


6. Mario Vargas Llosa – “Wojna końca świata”

 

Z mroźnej Rosji przenosimy się do gorącej Brazylii, bo właśnie tam akcję jednej ze swych najgłośniejszych powieści, umiejscowił peruwiański Noblista, Mario Vargas Llosa. Pisarz znany z rozprawiania się z przeszłością i mrokami rodzimego mu kontynentu, po raz kolejny zabiera nas w podróż po Ameryce południowej, gdyż wydana w roku 1981 Wojna końca świata, to polifoniczna epopeja oparta na bazie prawdziwych wydarzeń, do jakich pod koniec XIX wieku doszło na północnowschodnich ternach jednego z największych państw świata.

Nie będę w tym momencie zanudzał szczegółami, jednak całe tło historyczne warte jest poznania, a sprawdzić je można wpisując w wyszukiwarkę hasło „Wojna w Canudos”. W dużym skrócie sprawa wygląda(ła) jednak następująco: Wieszczący Apokalipsę Nauczyciel wędruje od wioski do wioski zbierając wokół siebie coraz większy tłum wyznawców, którzy za swego pasterza oddaliby życie. I rzeczywiście oddadzą, kiedy to okaże się, że kolejne nauki nazywać będą ustrój polityczny Brazylii oraz całą jej władzę Antychrystem.

I choć wydawać by się mogło, że to klasyczna historia opętanej religijnym kultem sekty, swój kunszt pokazuje Vargas Llosa. Autentyczne postaci historyczne miesza z fikcyjnymi, a niezwykle bolesną na wielu poziomach opowieść zamienia niemal w baśń, oddając sprawiedliwość każdej ze stron. Bieda, poniżenie, wiara, nadzieja, głód, walka o pozycję społeczną i wiele wiele innych przeplata się tu w niezwykłym tańcu, który choć do łatwych i przyjemnych raczej nie należy, finalnie daje poczucie obcowania z dziełem wybitnym. Wojna końca świata to lektura, której oddać powinien się każdy polityk, dziennikarz oraz szanujący się czytelnik.


5. John Williams – “Stoner”

 

Górną połówkę rankingu otwiera prawdopodobnie najpopularniejsze tegoroczne wznowienie. I chwała za to czytelnikom, bowiem droga jaką najważniejsza powieść Johna Williamsa musiała przebyć, by znaleźć się w tym właśnie miejscu, różami usłana nie była. Otóż kiedy w roku 1965 amerykański pisarz oraz wykładowca uniwersytecki podarował światu zaliczanego do gatunku campus novel Stonera, ten przeszła właściwie bez echa. Już w listach przed samą publikacją dzieła, agentka Williamsa wątpiła w to, by utwór tak ponoć pesymistyczny w wymowie, był w stanie przyjąć się na rynku. Pisarz przyznał jej rację, dodając jednak, iż podskórnie wierzy, że prędzej czy później jego powieść zostanie dostrzeżona i doceniona, a jej czas jeszcze nadejdzie. I oto – surprise, surprise – okazuje się, że miał facet nosa.

William Stoner, to pochodzący z niezbyt zamożnej rolniczej rodziny z Missouri chłopak, urodzony pod koniec XIX wieku. Młodzieniec od najmłodszych lat pomagał rodzicom w ciężkiej pracy na roli, i tak zdawało się będzie wyglądało jego życie, aż do grobowej deski. Niespodziewanie jednak dla wszystkich, wraz z ukończeniem przez Williama pełnoletności, milczący zazwyczaj ojciec, postanawia wyprawić syna na studia. Docelowo plan jest taki, by jedynak kształcił się w kierunku rolnictwa, jednak po dwóch latach, nieoczekiwanie nawet dla siebie samego, młody Stoner zmienia kierunek studiów. Przez następnych kilkadziesiąt lat sam wykładał będzie literaturę angielską, w najróżniejszych jej formach.

Ciężko przybliżyć treść tak wysoko umiejscowionej przeze mnie lektury, a to z błahego wręcz powodu, mianowicie faktu, że Stoner to opowieść o… życiu. Tak, powiało banałem, jednak sedno książki stanowią dosłownie losy przeciętnego, a rzecz by nawet można nijakiego człowieka. Zwyczajnego, jak miliony innych na całym świecie. Człowieka, który w tym przypadku z chłopca przeobraża się w mężczyznę, zakłada rodzinę, zdobywa pracę, wikła się w romans i … po prostu żyje z dnia na dzień. I choć zdaję sobie sprawę z tego, że powyższy opis nie powala, nadal nie ruszę Stonera o choćby jedną pozycję w dół tegorocznego zestawienia. Dlaczego? O tym przekonajcie się sami sięgając po dzieło Williamsa, co do którego sam autor miał stuprocentową rację.


4. Emil Zola – “Germinal”

 

Gdzie to nas dzisiaj jeszcze nie było? Ano tak, we Francji! I właśnie tu lądujemy na ostatniej prostej przed tegorocznym podium. Na łono swej ojczyzny zabiera zaś czytelników Emil Zola, wraz ze swym chyba najbardziej rozpoznawalnym utworem, czyli Germinal. Co ciekawe niewiele brakowało by tekst w ogóle nie powstał, a sama powieść zaliczana jest jako trzynasta część cyklu Rougon-Macquartowie, opowiadającego dzieje różnych członków tytułowej rodziny, na tle historycznie ważnych dla Trójkolorowych wydarzeń.

Jest połowa XIX wieku, gdy do położonego na północy Francji, górniczego miasteczka Montsou, przybywa bezrobotny maszynista Stefan. Bez grosza przy duszy, aby nie umrzeć z głodu, mężczyzna podejmuje pracę w lokalnej kopalni węgla. Zdruzgotany początkowo warunkami w jakich pracują górnicy zastanawia się, czy pozostanie na miejscu ma jakikolwiek sens, jednak powodowany męską dumną i rodzącym się uczuciem do młodej Katarzyny, postanawia osiedlić się w mieścinie. Jako, że na tle towarzyszy wyróżnia się wiedzą (a przynajmniej chęcią jej zdobycia) oraz duszą romantyka, w kilka miesięcy po przybyciu staje na czele strajku, którego celem jest podniesienie płac oraz warunków bytowych uciemiężonej przez burżuazję społeczności.

Nie da się ukryć, iż głównym uczuciem towarzyszącym lekturze Germinal jest klaustrofobiczne poczucie beznadziei i brudu, z czego ostatnie traktować można zarówno dosłownie, jak i w przenośni. To istna wojna światów, tak zresztą różnych, że wręcz niemożliwym wydaje się znalezienie wspólnej płaszczyzny. Z jednej strony opływający w luksusy włodarze kopalń, którzy w pięknych ubraniach i przy uginających się od jedzenia stołach, traktują robotników jak podludzi niższej kategorii; z drugiej zaś górnicy, którzy bez wiedzy i odpowiednich środków, rzucają się z przysłowiową motyką na słońce, zaczynając wierzyć w to, że los być może się odmieni.
Koniec końców mamy tu do czynienia z powieścią przez duże „P”, serwującą odbiorcy pełnokrwistych bohaterów, niepodrabialny klimat, ważne społecznie tematy, oraz sceny, o których zapomnieć nie sposób.


3. Miguel de Cervantes – “Przemyślny szlachcic don Kichot z Manczy”

 

No cóż, pozostało nam już jedynie zapukać do nieba bram, czyli przyjrzeć się czołowej trójce Najlepszych Książek Przeczytanych Po Pijaku w roku 2023. Brązowy medal, torbę dżemów, oraz buziaka od Pani Sylwii z 1z10 zdobywa Miguel de Cervantes, czyli pisarz, którego nie ma już wśród żywych od przeszło czterystu lat. Jak widać, docenienie dobrego pióra nie ogranicza się jakimiś tam śmiesznymi wymysłami, typu upływ czasu. Czym w ogóle jest czas? Aaa, dobra, to temat na zupełnie inny tekst. Chwilowo wróćmy może do utworu, który na dzień dzisiejszy jest najbardziej poczytnym w historii literatury, napisanym w języku hiszpańskim.

W zasadzie sam tytuł zdaje się mówić chyba wszystko. W końcu kto nie słyszał o błędnym rycerzu walczącym z wiatrakami, oraz jego oddanym giermku Sancho Pansie? No właśnie, odnoszę wrażenie (być może mylne), że dla większości jest to cała wiedza na temat tej jakże legendarnej już powieści. I nic w tym złego, zresztą nie mnie krytykować, skoro do niedawna sam żyłem sobie w błogiej niewiedzy na temat tego, jak wyborna to lektura.

Generalnie fabuła wielce skomplikowana nie jest, bo oto dobiegający pięćdziesiątki zubożały szlachcic Alonso, bezgranicznie zakochany w niezwykle popularnych na przełomie XVI i XVII wieku romansach rycerskich, postanawia całkowicie zmienić swoje życie i samemu zostać kimś na wzór bohatera owych powieści. Opętany wizjami wspaniałych przygód sam nadaje sobie imię don Kichot z Manczy i na wynędzniałej chabecie postanawia wyruszyć w świat. Po pewnym czasie rola rycerskiego giermka przypada w udziale lokalnemu głupkowi – Sancho Pansie. I tak oto obaj ruszają ku wiecznej chwale.

Przede wszystkim wyróżniane właśnie dzieło to rzecz niezwykle zabawna. Już z przedmowy (nota bene bardzo dowcipnej) dowiadujemy się, iż utwór służyć ma krytyce średniowiecznej literatury rycerskiej, niezwykle popularnej w Hiszpanii czasów Cervantesa. Sam autor uważał ją za szkodliwą dla odbiorcy, dlatego też postanowił posłużyć się satyrą oraz parodią, aby uwypuklić absurdy rycerskich opowieści. Każdy kto obawia się, iż lektura trąci już myszką, niech na moją odpowiedzialność da don Kichotowi szansę. To autentycznie zabawna, mądra i ciepła rzecz, która naprawdę nie bez powodu przetrwała na kartach historii tyle stuleci. Wierzcie mi na słowo.

PS Odnoszę się jedynie do pierwszej z książek o don Kichocie. Druga (napisana dziesięć lat to premierze jedynki) jeszcze przede mną.


2. Herman Melville – “Moby Dick”

 

Choć dzieło życia Hermana Melville’a znajduje się w zestawieniu na pozycji numer dwa, to śmiało można powiedzieć, że dotarliśmy już na szczyt tegorocznego rankingu. Moby Dick, bo nim mowa, to najwybitniejszy ze wszystkich zebranych tu dziś utworów. Ba, autor powieści, którą znajdziecie pod jedynką, bez wahania wskazywał na Moby Dick or the Whale (tytuł oryginalny) jako na książkę swego życia. I jeśli mam być szczery, to i ja uważam, że monumentalna opowieść Melville’a, jest i zawsze już będzie znajdować się w absolutnie ścisłej czołówce najważniejszych rzeczy jakie dane mi było przeczytać. I tu na dobrą sprawę mógłbym zakończyć cały wywód, bo kimże ja jestem, by pisać o dziele tak wybitnym. Dopiszę jednak dla porządku kilka zdań, a po parę słów więcej zapraszam do poświęconego książce odcinka Podcastu Po Pijaku.

Ciężko opisać o czym opowiada Moby Dick, gdyż lekturę tę rozpatrywać można (i trzeba!) na wielu poziomach i płaszczyznach. Zresztą, o czym ja w ogóle mówię, skoro są na świecie ludzie, którzy lata pracy naukowej poświęcili na studiowanie i zgłębianie tajników tej marynistycznej epopei. No, ale ok, bo teoretycznie szkic fabuły zarysować można, i nie będzie to nawet wielce skomplikowane. Otóż mamy mniej więcej połowę wieku numer XIX, kiedy po kilku rejsach na statkach marynarki handlowej, młody Izmael postanawia wyruszyć na wyprawę wielorybniczą. Przybywa więc na odciętą od świata wyspę Nantucket, gdzie zaprzyjaźnia się z dzikim (tak, dzikim) Queequegiem, po czym obaj zaciągają się na wielorybniczy statek dowodzony przez tajemniczego kapitana Ahaba. Tak jak i pozostała część licznej załogi, nie mają oni jednak pojęcia, iż celem kapitana jest osobista zemsta na olbrzymim białym kaszalocie, który kilka lat wcześniej pozbawił Ahaba nogi. Owładnięty szaleństwem dowódca nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć cel.

Także gdyby potencjalnego czytelnika nie interesowały metafory odnoszące się do Biblii, człowieka czy życia w ogóle, to mamy tu do czynienia z książką o pogoni za wielorybem. Aż chciałoby się powiedzieć „książką przygodową”, bo rzeczywiście i owe przygody załodze statku się przytrafią, jednak sięgając po Moby Dicka, nie nastawiałbym się zbytnio na zawrotną akcję. Bardziej prawdopodobną wydaje się opcja, iż wielu powieść ta wynudzi. Niezwykle dużo miejsca poświęca bowiem Melville na opisy prac związanych z obrabianiem zabitego już zwierzęcia, czy samej anatomii wielorybów. Ba, znajdzie się tu nawet cały jeden rozdział poświęcony wyłącznie analizie tego czym jest… kolor biały. W żadnym wypadku nie mam teraz zamiaru nikogo zniechęcać, wolę jednak uprzedzić. Dla mnie osobiście lektura tej książki była jednym wielkim transem, z którego nie chciałem wychodzić. Mam pełną świadomość tego, że powieść tę można czytać choćby milion razy, i za każdym kolejnym wyciągać z niej coś nowego. Dlaczego? Ano dlatego, że moim skromnym zdaniem czytanie Moby Dicka jest w znacznej mierze poznawaniem własnego JA, zarówno ze stron dobrych, jak i tych, które ukrywamy nawet sami przed sobą.


1. Cormac McCarthy – “Krwawy południk”

 

Korki od szampanów wzlatują w powietrze, a czarne grudniowe niebo rozświetla blask kolorowych fajerwerków. I nie jest to jeszcze Nowy Rok, a zwyczajne świętowanie z okazji zostania Najlepszą Książką Przeczytaną Po Pijaku w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Pośmiertnie z wyróżnienia cieszą się amerykański miłośnik nauk wszelakich, czyli Cormac McCarthy i napisany przez niego w roku 1985 Krwawy południk. Ktoś mógłby teraz pomyśleć: Ale jak to? Przecież po wszystkich tych zachwytach nad Moby Dickiem, chyba niemożliwym jest, by coś go przebiło. I rzeczywiście przyznać muszę, że z wyborem tegorocznego numeru 1, miałem nie mały zgryz, do końca wahając się, który z dwóch tytułów (oba w moim odczuciu odstają in plus od już znakomitej reszty zestawienia) ustawić wyżej. Rzecz jasna nie ma to tak naprawdę żadnego znaczenia, jednak choćby dla lepszego wyglądu całej listy, dobrze byłoby wyłonić zwycięzcę. Dlaczego padło na dzieło śp. Pana Cormaca, o tym za chwil kilka, póki co krótki zarys fabuły.

Niestety, prawdopodobnie po raz kolejny mój opis nie powali nikogo na łopatki i być może bardziej zniechęci aniżeli zachęci do lektury, ale cóż, trzeba napisać jak faktycznie sprawa się ma. A ma się tak, że Krwawy południk, albo wieczorna łuna na Zachodzie (tytuł oryginalny) to opowieść oparta na rzekomo autentycznych wydarzeniach z połowy XIX wieku, kiedy to czternastoletni, nienazwany z imienia Dzieciak (oryg. The Kid) postanawia porzucić ojca alkoholika i rodzinne Tenneesse, wyruszając w stronę Teksasu i granicy z Meksykiem. Jako, że są to czasy tak zwanego Dzikiego Zachodu, nie będzie chyba niespodzianką jeśli powiem, że droga młodzieńca usłana różami nie będzie, a punktem zwrotnym okaże się dołączenie Dzieciaka do autentycznego historycznie Gangu Glantona, czyli bezwzględnych łowców skalpów, wynajmowanych przez rząd Meksyku, do rozprawiania się z niechcianymi w tamtych stronach Indianami.

Niech jednak nie przyjdzie nikomu do głowy mylić ten tytuł z takim choćby Na południe od Brazos, czy generalnie z tradycyjnym westernem. Dość powiedzieć, iż Krwawy południk najczęściej określany jest mianem anty-westernu. Dodałbym jeszcze, że gatunek o którym mowa i różnorakie jego interpretacje, tak filmowe czy literackie, mają się do dzieła McCarthyego jak wyjście z rodzicami na spacer po watę cukrową do wypalania gałek ocznych rozgrzanymi prętami.

Książka to niezwykle brutalna, i gdybym używał w niniejszym tekście podkreśleń to to zdanie podkreśliłbym dwukrotnie. Piszę to jako fan horrorów, thrillerów i ogólnie obrazów, w których trup ściele się gęsto. Wierzcie mi jednak, że w przypadku Południka blednie wszystko, a część czytelników może pewnych scen nie przebrnąć. Pytanie więc skąd najwyższa pozycja na liście? I tu największy wkład ma sam styl McCarthy’ego. Oszczędny i prosty, za to ostry niczym brzytwa. Zdania mimo iż krótkie, dopieszczone są pod każdym względem i aż bije po oczach precyzja stawiania każdego słowa i każdej kropki. Nie ma tu zbędnych wersów, a stworzony przez pisarza klimat ówczesnych realiów, pomimo wprawiania czytelnika w niemały dyskomfort, po prostu zachwyca. McCarthy obala mit honorowego i dzielnego kowboja, mit bohaterskich założycieli Stanów zjednoczonych, w zamian serwując prawdę, która dla wielu będzie bolesna.

Celowo zarysowałem wcześniej jedynie szkic fabuły, nie zagłębiając się w poszczególnych bohaterów. Powodem jest niechęć do spojlerowania treści, a co za tym idzie zakończenia książki, które na ten moment jest w mojej opinii najlepszym z jakim zetknąłem się dotychczas w świecie słowa pisanego. Każdy ma taki tytuł bądź tytuły, których finalne zdania odbierają dopływ powietrza i kłębią się po głowie jeszcze miesiące, czy lata później. Dla mnie taki właśnie finisz posiada Krwawy południk, albo łuna na Zachodzie. Do tej pory zakończenie to siedzi we mnie gdzieś głęboko i nie wydaje mi się, by kiedykolwiek miało to ulec zmianie.


  • Gdyby ktoś miał ochotę zapoznać się z TOPką zeszłoroczną, znajdziecie ją TUTAJ 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *