KSIĄŻKA,  RECENZJE

Ten o niezwykłej podróży, czyli “Hrabia Monte Christo” [recenzja]

Rok 1844 był dla Aleksandra Dumasa czasem wyjątkowym. To właśnie wtedy światło dzienne ujrzały dwa najwybitniejsze spośród całego, ogromnego literackiego dorobku autora dzieła, zapewniając pisarzowi wieczną chwałę i miejsce na kartach historii. Najpierw, jako powieść w odcinkach pojawiają się Trzej muszkieterowie, dzięki którym 42. letni Dumas zyskuje niespotykany dotychczas rozgłos. Najlepsze ma jednak dopiero nadejść, a dzieje się to w kilka miesięcy po publikacji Muszkieterów, kiedy świat poznaje jednego z najbardziej niezwykłych literackich bohaterów jakich kiedykolwiek wykreowano – Hrabiego Monte Christo. Ta niewątpliwie ikoniczna już postać, stanowiła też swego rodzaju odbicie fantazji samego autora, marzył on bowiem o byciu człowiekiem bajecznie bogatym, który szczodrze dzieli się swoją fortuną (marzenie to spełniło się właśnie dzięki publikacji omawianej powieści), a także, dzięki niezwykłej sile woli oraz determinacji istotą nadludzką, dorównującą niemal samemu Bogu. Wszystkie zaś powyższe pochwały odnoszą się do… powieści przygodowej. Tak, ten wielki klasyk, to ze wszech miar jedna wielka przygoda z morałem, a sam bohater stanowi pierwowzór wszystkich kolejnych popkulturowych postaci owładniętych żądzą wyrafinowanej zemsty. Zatem… może wyruszymy w tę podróż wspólnie? [TEKST ZAWIERA SPOILERY]

Każdy ma swoją namiętność, co zżera mu serce, niby robak miąższ owocu

Na początek musimy cofnąć się do ostatnich dni lutego 1815 roku, bo właśnie wtedy do portu w Marsylii powrócił szczęśliwie statek Faraon, własność rodzinnej firmy Morrel i syn. Z kolei jednym z najbardziej lubianych członków załogi Faraona był niejaki Edmund Dantès. Młody, bo ledwie dziewiętnastoletni chłopak, idealista, widzący w ludziach jedynie dobro, choć kochał morze, aż rwał się do postawienia stopy na lądzie. Powód? Czekająca z utęsknieniem narzeczona imieniem Mercedes – śliczna Katalonka zamieszkująca hiszpańską wioskę u wybrzeży miasta. Młodzi aż trzęśli się z radości, bowiem Edmund dowiedział się właśnie od pana Morrela, iż od tego momentu to właśnie on mianowany został kapitanem flagowego statku, w dodatku lada dzień ma się odbyć przyjęcie zaręczynowe, a zarazem ślub młodej pary. Prosić o więcej szczęścia zakrawałoby na grzech!

Niestety, jak to często bywa, nie wszyscy podzielają radość Edmunda i Mercedes. Do najbardziej zawistnych należą Fernand Mondego – przyjaciel z dzieciństwa naszej pięknej Katalonki, zakochany w dziewczynie od dawien dawna, raz za razem otrzymujący od niej kosza, a także buchalter i marynarz na Faraonie nazwiskiem Danglars – człowiek do granic podły oraz fałszywy, który w zazdrości o sukces Dantèsa postanawia czym prędzej zemścić się na młodszym koledze. Pech chce, że iskra, która zapali lont już rozbłysła, okazuje się bowiem, że w trakcie ostatniego rejsu zmuszona sytuacją załoga statku zawitała na maleńką wyspę Elbę, na której – jak wiemy choćby z lekcji historii – przebywał wówczas na zesłaniu Napoleon Bonaparte, największy wróg ówczesnych władz Francji. Jest to początkiem niezbyt wyszukanego, a zarazem nikczemnego podstępu duetu Danglars – Mondego. Kiedy w przeddzień ślubu zakochana para rozsyła po mieście szczęśliwą wiadomość, wspomniany wcześniej duet zazdrośników wpada na pomysł wysłania władzom donosu jakoby Edmund był szpiegiem Napoleona. Jak nie trudno się domyślić podstęp, mówiąc kolokwialnie, wypala. Biedny główny bohater zostaje pojmany przez policję na własnym przyjęciu zaręczynowym, a następnie (w wyniku kolejnego podstępu dokonanego przez prokuratora nazwiskiem de Villefort) bez jakiegokolwiek kontaktu tak z Mercedes jak i ukochanym ojcem, osadzony dożywotnio w jednym z najbardziej ponurych więzień jakie widział świat.

Akcja powieści rozgrywa się w latach 1815-1838, a więc na przestrzeni ponad dwudziestu lat. I tu pozwolę sobie na mały twist dla tych, którzy do tej pory nie zetknęli się ani z omawianą książką, ani z żadną z jej wielu ekranizacji. Napisałem wcześniej, że Le Comte de Monte-Cristo (tytuł oryg.) to powieść przygodowa i tak jest w istocie, jednak jest to przede wszystkim opowieść o zemście. Zemście wyrafinowanej, przemyślanej i niemal perfekcyjnej. Osobiście jest to jeden z moich ulubionych motywów popkulturowych, o czym świadczyć może choćby czołowa dwójka moich ulubionych fikcyjnych postaci, czyli Arya Stark z Pieśni lodu i ognia, oraz Czarna Mamba z tarantinowego Kill Billa. Dopiero teraz dowiedziałem się, że poniekąd pierwowzorem każdego fikcyjnego samotnego mściciela był właśnie Edmund Dantès, czyli nie kto inny jak tytułowy Hrabia Monte Christo. Zdradzę więc jeszcze ostatni szczegół fabuły, który od początku nie powinien być chyba zaskoczeniem (w końcu musi być jakiś powód, dla którego dzieło Dumasa uważane jest za klasykę literatury, a jednocześnie jest to historia zemsty) – po wielu latach udaje się naszemu niegdyś ufnemu marynarzowi zbiec z więzienia. W jego sercu nie ma już jednak miłości ani współczucia; nie ma wiary w drugiego człowieka. Edmundowi (od teraz Hrabiemu M.Ch.) przyświeca tylko jeden cel – zemsta na wszystkich tych, którzy zrujnowali mu życie.

Teoretycznie nie mało już zdradziłem z treści książki, jednak umówmy się, że omawiana powieść wydana została przeszło 170. lat temu i doczekała się ponad dziesięciu ekranizacji. Myślę więc, że mała garść spoilerów nikomu nie powinna zaszkodzić, zwłaszcza, że to historia rozpisana na przeszło tysiącu stron, więc wierzcie mi – zaledwie liznąłem tu wierzchołek góry lodowej. Tak, czy inaczej, pora chyba wskazać co takiego sprawia, iż ten napisany tak dawno temu obraz zaliczany jest w poczet klasyków. Poza niezwykle przekonującymi opisami poszczególnych miejsc (podczas scen w porcie niemal czuć morską bryzę, natomiast w trakcie pobytu w więzieniu zapach stęchlizny wylewa się z kartek) na szczególne wyróżnienie zasługują kreacje kolejnych postaci (o kilkorgu naprawdę ważnych dla fabuły nawet nie wspomniałem). Właściwie oprócz jednego Danglarsa – od początku do końca bohatera negatywnego i odpychającego, nie ma tu bohaterów jednoznacznie dobrych lub złych. Adwersarze Edmunda/Hrabiego pomimo wielu wad, posiadają również cechy dodatnie, tak samo tych pozornie „dobrych” niekoniecznie nazwać można aniołami. Najlepszym przykładem jest tu zresztą sam Monte Christo – z jednej strony ciężko mu nie kibicować, czy nawet identyfikować się z nim, mało tego, bohater ten obdarzony jest niemal nadludzkimi zdolnościami oraz – jak sam wspomina wielokrotnie – działa w imieniu Opatrzności, karząc za zło, nagradzając natomiast dobro. Nie mniej jednak postać jaka jawi nam się w drugiej części powieści to już nie ten sam sympatyczny młodzieniec, a wyrachowany socjopata nie zważający na koszta ludzkie jakie niesie za sobą zemsta. To on zabiera nas w najbardziej niezwykłą podróż – nie tylko po wodach Morza Śródziemnego, uliczkach Marsylii, Rzymu, czy Paryża, a podróż w głąb siebie, na samo dno ludzkiej duszy.

W tym miejscu wypadałoby wyliczyć również drobne potknięcia jakie przytrafiły się Dumasowi. Na szczęście nie ma ich zbyt wiele, dlatego wymienię je jednym tchem. Największą wadę stanowi swego rodzaju naiwność i pozwolę sobie tu nie wyliczać poszczególnych scen, by nie zepsuć nikomu zabawy. Uważam również, że zdecydowanie można by się obyć bez wątku włoskiego (książka podzielona jest jakby na trzy etapy – marsylski, rzymski oraz paryski). Oczywiście on również do czegoś doprowadził, jednak jak na mój skromny gust, można to było rozpisać inaczej i przede wszystkim szybciej. Mimo wszystko, wymienione tu „wady” nie rzutują na odbiór całości, zwłaszcza, że jak było już wspomniane – to powieść przygodowa i co by nie mówić lekka, a co za tym idzie, na niektóre niuanse można przymknąć oko.

Podróż dobiega końca, a jej motto najlepiej oddaje cytat* jaki znajdziecie na końcu wpisu. Droga jaką czytelnik przebywa z Edmundem Dantèsem aka Hrabim Monte Christo, jest z całą pewnością jedną z tych, w które warto się wybrać. W zasadzie mamy tu wszystko – przygodę, intrygi, namiętności, zdradę, zemstę, ukryty skarb, piratów, arystokratyczne salony, determinację, miłość, ból… i wiele, wiele innych. To niezwykła podróż, która nikogo nie powinna zostawić obojętnym, dlatego jeśli do tej pory odstraszał Cię czytelniku sam tytuł, wyzbądź się obaw, chwyć za ster, poczujcie wiatr we włosach oraz jak mawia sam główny bohater…

*Czekaj i nie trać nadziei

OCENA: 8,5/10


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *