FILM,  RECENZJE,  TAKIE TAM

Ten o miłości, w którą nikt nie wierzy…

Opierając się plecami o budynek Urzędu Miasta, rzuciła dogasającego Marlboro na chodnik, przydeptując żarzący się koniec czubkiem znoszonych już, niegdyś czarnych szpilek. Niegdyś, ponieważ obecnie, mocno już sfatygowane, barwą zdecydowanie bardziej przypominały ten sprany t-shirt, pamiątkę z Woodstocku 2003, który dziś nadawał się już jedynie do spania lub na szmatę do podłogi. Póki co, wciąż uwielbiała w nim śnić. Muszę je wyrzucić – pomyślała nieco zawiedziona na widok własnych butów. I wtem – POWIADOMIENIE. Jedno. Drugie. Trzecie. – Pali się, czy ktoś umarł? – mruknęła pod nosem spoglądając w ekran wyciągniętego z kieszeni Samsunga. Chłopcy z Tindera szukają weekendowej zabawy. Szkoda tylko, że jacyś tacy niewyraźni – oceniła bez mrugnięcia okiem – Adi31, heh, wygląda jakby się zderzył z ciężarówką, chwile po tym, gdy wyszedł po 10. latach odsiadki za morderstwo. Ryj cwaniaka. Nara. Następny… ten jeszcze by się nadał, ale rudy? Nara. Za to trzeci? O proszę, tego można by nawet rodzicom przedstawić. A co tam, raz kozie śmierć – pomyślała odpisując tajemniczemu numerowi trzy. Schowała smartfona z powrotem, wychylając twarz w stronę oślepiającego Słońca. – Co to się porobiło, żeby w lutym pogoda dopisywała bardziej niż w sierpniu? – przemknęło jej przez głowę. Szybkim krokiem ruszyła w stronę Starego Miasta, mając w pamięci konieczność kupna nowych szpilek. Może teraz? Będą jak znalazł na wieczorne spotkanie z nieznajomym numer trzy – pomyślała bezwiednie unosząc kąciki ust, zostawiając Urząd Miejski daleko w tyle.

*** WPIS ZAWIERA SPOILERY Z FILMU “ŻYCIE JEST PIĘKNE” ***

Tak zaczyna się, lub przynajmniej mogłaby się zacząć kolejna miłosna historia XXI w., choć „miłosna” jest tu może nieco na wyrost. Takie czasy. Źle to, czy dobrze? Ciężko powiedzieć. Faktem jest jednak, że miłość jako ta, którą od wieków opisują najwybitniejsi poeci, ta, na cześć której pieśni śpiewane są odkąd świat poznał muzykę, nie istnieje, a już z pewnością inaczej jest odbierana. Bo właściwie, czym ona jest? Wyborem najlepszej z najgorszych opcji, tylko po to, by mieć z kim dzielić rachunki i spłodzić potomka? Wspólnymi problemami? Wspólnym kontem w banku? Pewnie wszystkim po trochu i milionem innych spraw na dokładkę, jednak… gdzie się podziało to obezwładniające uczucie na widok drugiej osoby? Gdzie przyspieszone tętno, suchość w ustach i mówienie jednym głosem? Gdzie ta wyidealizowana wizja księcia i księżniczki, których miłość trafia niczym piorun, a oni już wiedzą, że od zawsze byli sobie pisani? Może najlepiej poszukać odpowiedzi w opowieści, która nie zaczyna się od niedopalonego peta i dzwoneczka aplikacji, a tak…

To zwyczajna historia, ale trudna do opowiedzenia.
Jak bajka – jest trochę smutna, ale jest w niej też dużo radości

Tymi właśnie słowy rozpoczyna się historia Guido (uhonorowany za tę rolę Oscarem, Roberto Benigni) i Dory (w tej roli Nicoletta Braschi, prywatnie małżonka Beningiego); historia – co ważne – której akcja startuje w jednym z włoskich miasteczek, roku 1939. On to typ faceta, którego jedni uwielbiają, innych natomiast doprowadza do szału. Usta mu się nie zamykają, ciągle tylko trajkocze i trajkocze, co ślina na język przyniesie. Trzeba mu jednak oddać, że nie jest w ciemię bity, to po pierwsze, a po drugie uroku osobistego trudno mu odmówić. Piekarz, murarz, akrobata – można by o nim powiedzieć, bo wszędzie sobie poradzi, choć gwoli ścisłości wykształcenie ma humanistyczne i marzy o otwarciu własnej małej księgarenki. Typ błazna, który każdą sytuację potrafi obrócić w żart. Jak się jednak okazuje wszystkie te cechy prowadzą go do jednego miejsca – do podmiejskiej gospody, w której dosłownie z nieba (przypadek?) spada na niego miłość i kobieta, dla której zrobi wszystko.

Ona, czyli Dora, to dama z nieco innych sfer, bo choć pracuje „tylko” jako nauczycielka, w czasach, gdy zawód ten był jeszcze poważany, obraca się w diametralnie odmiennych kręgach niż Guido. Lada chwila wychodzi za mąż, za gościa, co do którego nie jest w stu procentach pewna, ale rodzina nalega. Zresztą wysoko postawiony wybranek ma też swoje zalety, co nie? I nagle, pewnego dnia, potyka się chodząc po górnej części stodoły i spada… wprost w ramiona TEGO JEDYNEGO – bujającego głową w chmurach, wsiowego pajaca. Jakie są pierwsze słowa, które do niej wypowiada? Buongiorno Principessa! Nie będę tego nawet tłumaczył, bo chyba wszystko jest jasne. Swoją drogą ta historia jest tak magiczna, że nawet jej rodzimy język nie dość, że nie drażni, to jeszcze dodaje jej uroku, no bo „posłuchajcie” sami (wypowiadając te zwroty, gdy będziecie je czytać): Życie jest piękne, czy bardziej popularne Life is beautiful, brzmią nieźle, prawda? Czymże jednak są te pospolite tytuły w porównaniu do: La vita é bella?! Słyszycie różnicę? Wierzę, że tak.

No więc piękna, wykształcona Dora na wydaniu, wpada w ręce romantyka z powołania i niech mnie kule biją jeśli się mylę, ale iskra, ba, co tam iskra – ogień, który w lot pochłonąłby całe Colloseum rozpala się w jej oczach ot tak. Serio, sprawdźcie. A dodajmy, że Roberto Benigni nie grzeszy urodą amanta, o którym śnią damy tego świata. I kiedy dwa magiczne spotkania i dwa Buongiorno Principessa później, na własnym, wytwornym przyjęciu przedślubnym nasza ulubiona włoska nauczycielka napotyka swego poetę, prosi: Zabierz mnie stąd. I co on wtedy robi? Patrz zdjęcie poniżej.

Tak, przyjechał na białym koniu. No dobra, zielonym, bo go naziści obmalowali antysemickimi hasłami, ale zawsze! Jak to mówią: Darowanemu koniowi się w zęby nie patrzy. Dora postanawia więc i w te zęby nie zaglądać, nawet pomimo koloru rumaka. Wyjeżdżają z sali bankietowej, żegnani gromkimi oklaskami od zebranych, nieświadomych sytuacji gości. Następnie przeskok czasowy i pod nogami naszych zakochańców plącze się, na oko 4- letni szkrab imieniem Jozue. Fajnie, co? Biały koń, dziecko, uśmiechy na ustach. Tylko – zaraz, zaraz – ktoś mógłby powiedzieć, a gdzie problemy życia codziennego? Gdzie rachunki? Gdzie wkurw na źle wyciskaną pastę do zębów? Gdzie niemowlęcy płacz nie pozwalający zasnąć miesiącami? I wreszcie – gdzie tu jakieś pożądanie? I tu dochodzimy poniekąd do sedna tego wpisu, kwintesencji magii opowiadanej w tym obrazie historii i poglądu (perspektywy), pod którym i ja się podpisuję, czyli: są rzeczy ważne i ważniejsze. Jasne, że martwili się rachunkami, jasne, że młody nie dawał pospać, jasne, że czasami żarty Guido drażniły Dorę, tyle tylko, że wszystko to jest nieistotne w porównaniu do czegoś tak ogromnego i niepojętego jak braterstwo dusz.

Wiem, brzmi naiwnie. Ktoś czyta te słowa (lub ogląda dzieło Benigniego (bo jest on zarazem reżyserem, scenarzystą i głównym aktorem tego filmu)) myśląc: Bez przesady, life is life. Nana-na-na-na. Nie ma zmiłuj! Trzeba być twardym, przygotowanym na słane przez życie codzienne gówno. Zresztą jak mówi piosenka: Miłość to nie pluszowy miś, ani kwiaty. I jasne, że nie! Miłość to nie dość, że nie pluszowy miś, ani kwiaty, powie Ci każdy w Ministerstwie Oświaty. Nie kłamię. Nie zmienia to faktu, że coś co spotkało tych dwoje, jest ponad pluszowymi misiami, wspólnym kontem w PKO, czy na Netflixie, a nawet ponad… ich własnym istnieniem. I ok, zupełnie inna jest miłość do dziecka (też tu ukazana), na swój sposób silniejsza, jednak Dora wsiada do pociągu, którym Niemcy wywożą jej męża i syna (zapomniałem wcześniej napomknąć, że obaj z pochodzenia są Żydami). Wsiada dobrowolnie, wsiada dla rodziny, ale wsiada głównie dla niego, bo bez niego jej życie nie ma sensu.

Następnie kilka wzruszających scen, w tym jedna z najpiękniejszych w historii kinematografii, gdy dzięki wrodzonemu sprytowi udaje się Guido puścić w eter obozowej rzeczywistości fragment opery, która zapoczątkowała najbardziej magiczny wieczór w ich życiu. Celowo napisane w liczbie pojedynczej, bowiem od tej właśnie opery z dwóch (żyć 😉 ) zrodziło się jedno. Jak było dalej wie każdy, kto oglądał La vita e bella (a kto nie oglądał, powinien się wreszcie wynurzyć z jaskini, bo od premiery filmu minęły 23. lata). W miłość jaką opisują najdoskonalsze książki świata, w tą, którą wychwala najbardziej poruszająca muzyka, nikt już nie wierzy. Miłość romantyczną, która spada niczym grom z jasnego nieba, rozpala ogień i sprawia, że nie ma nic ponad. Brzmi zabawnie? Naiwnie? Bajkowo? Niewiarygodnie? Magicznie? Może i tak, ale czy nie o tę odrobinę magii w życiu chodzi? O te poranki witane słowami: Buongiorno Principessa!


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *