TAKIE TAM

Ten o złym planowaniu…

Najgorzej to jest coś źle zaplanować. Na przykład taką dietę. Siedzisz sobie w niedziele na chacie, przerzucasz kolejne strony książki i nagle – o wow, pomysł roku pt.: „Hmmm, a może bym zrzucił te nadprogramowe 15 kilo? W sumie dobrze mi tak jak jest, ale pewnie spoko byłoby znów móc spojrzeć w dół i zamiast brzucha zobaczyć coś jeszcze”. Klawa myśl – chwalisz sam siebie i postanawiasz, że najlepiej zacząć od początku tygodnia, czyli od jutra. Poniedziałek wypada akurat jutro?! No niesamowite. Ja to jednak mam nosa. To musi być przeznaczenie – ponownie podbijasz sobie tę fit fazę, która jeszcze nawet nie weszła, ale już zapowiada się zacnie. Od jutra, bez dwóch zdań!

Poniedziałek zaczyna się typowo – budzikiem, który masz ochotę wyjebać (wybaczcie mą łacinę) za okno. Oczywiście go nie wyrzucasz, bo ten budzik to jednocześnie Twój telefon, więc szkoda by było kontaktów. Na myśl o tym, że miałbyś je od nowa wpisywać, albo co gorsza – wpaść PoPijaku na pomysł, by zamieścić na Fejsie wpis z serii: „Hejka, straciłam kontakty. Piszcie na priv. Buziaki”, wyłączasz jednak tę irytującą melodyjkę i nawet bez dodatkowej drzemki zwlekasz się z łóżka.
Pierwszy test bierze Cię z zaskoczenia, gdy zaspany wstawiasz wodę na herbatę i już masz sięgać po słodki jogurcik oraz pyszny serek na nadmuchanej niczym balon pszennej bułce, a tu znienacka w głowie zapala się czerwona lampka, a nad nią wielki napis: TY, ZIOMUŚ, A CO Z TYM ‘ZACZNĘ OD JUTRA’ CZYLI DZIŚ? I wtedy zaskakujesz sam siebie, mówiąc na głos (co wydaje się tym bardziej upiorne, kiedy mieszkasz sam, więc w sumie gadasz w tym momencie ze ścianami): “O nie! Tym razem nie będę oszukiwał samego siebie! Wchodzę w tę dietę jak dentysta w nieleczoną szóstkę!” – niemal krzyczysz. Na śniadanie zjadasz jajko i plasterek chudziutkiej wędliny, tak delikatnej i smacznej, że inne wędliny na dziale mięsnym mówią do niej: „Proszę pani…”.

W poniedziałek dajesz jeszcze lekko dupy, bo na obiad dojadasz wczorajszy makaron. Kalorie, bleeee. Do końca dnia owoce popijasz wodą, jesteś z siebie prawie dumny. Wtorek zaczyna się identycznie jak poniedziałek, a Ty ponownie wygrywasz wewnętrzną, śniadaniową walkę z samym sobą i brzoskwiniową Jogobellą. Tyle tylko, że we wtorek musisz też coś przegryźć w pracy, a fakt, że trocheś głodny. Kupujesz więc – o zgrozo – „Green Box” za 7. zeta w osiedlowym spożywczaku. Nie wiesz co jest w środku, ale rzeczywiście wygląda zielono. Kwadrans później okazuje się, że wydałeś siódemiaka na dwa liście sałaty, jakieś kiełki nie wiadomo czego i „sos” smakujący niczym. Yummy! Wkręcasz sobie, że nażarłeś się jak świnia i w sumie to może odpuścisz dziś obiad. Rzecz jasna – obiadu nie odpuszczasz. Różnica w porównaniu z Twoimi obiadami z ostatnich kilku lat jest taka, że teraz sam coś ugotujesz. Kupujesz więc pierś z kurczaka i – szczyt szaleństwa – kaszę gryczaną! Jak smakuje kasza gryczana? – zastanawiasz się stojąc przy kasie, ale co tam, raz kozie śmierć! Finał tej przygody wprawia Cię w osłupienie, bo okazuje się, że potrafisz coś „ugotować” na dwa gary, nie puszczasz chaty z dymem i nawet da się to zjeść! Plus sto do dumy.

Nabuzowany wczorajszym obiadowym sukcesem, w środę wbijasz z entuzjazmem, nie biorąc jeńców! Jogobella dalej kiśnie w lodówce, nauczony doświadczeniem zamiast „Green Boxa” wybierasz rybę i co by nie mówić – idzie zajebiście. Wracając z pracy wpadasz do piekarni prosząc panią zza lady o najzdrowszy, najbardziej razowy, no po prostu naj naj naj chleb jaki widział świat, a ona wręcza Ci naszpikowanego ziarnami dyni i słonecznika czarnucha (bez skojarzeń), którego jeszcze tydzień wcześniej nie dotknąłbyś masłem. Jarasz się, bo wiesz, że ten chleb jest tak zdrowy, że kiedy Światowa Organizacja Zdrowia szukała nowego logo, to se zapożyczyli zdjęcie tego właśnie chleba. Wypas na maxa! Na obiad ponownie kurczak i gryczana, bo zostało. I wtedy, napawając się swą dobrą passą, jakieś 15 minut przed napisaniem i opublikowaniem tego wpisu, zerkasz w wiszący na ścianie kalendarz i łzy napływają Ci do oczu. Odkrywasz, że jutro TŁUSTY CZWARTEK, a przecież pączki to Twoje ulubione słodycze!
Tak więc, jak mówiłem – Najgorzej to jest coś źle zaplanować

🥯🍩🥯🍩🥯


PS Tradycyjna nuta, do której powstawał wpis to tym razem…

PRO8L3M – Koło fortuny

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *