FILM,  KSIĄŻKA,  RECENZJE

Ten, w którym film przebija książkę, czyli “Ojciec chrzestny” [recenzja]

Film nazywany jest kultowym i znaleźć go można w górnej części tabeli wszystkich liczących się branżowych rankingów. Nie inaczej sprawa ma się z literackim pierwowzorem historii, którą zna chyba każdy. I choć wstyd się przyznać, muszę to zrobić, by cały niniejszy tekst miał jakikolwiek sens: Jeszcze dwa dni temu, miłośnikowi popkultury takiemu jak ja, opowieść o losach rodziny Corleone była w dużej mierze obca. Dziwne to o tyle, że nie mam nic przeciw kinu gangsterskiemu, ba, zdarzają się w tym gatunku dzieła, które kocham miłością prawdziwą, jak chociażby Kasyno, czy Wściekłe psy. Nie jest też oczywiście tak, że o samej historii nie wiedziałem nic, w końcu do samego filmu podchodziłem wcześniej trzykrotnie, a i przesłanie Ojca chrzestnego oczywiste było jeszcze przed zerknięciem na pierwszą scenę, czy przełożeniem pierwszej strony utworu pióra Mario Puzo. Tak, czy inaczej wreszcie się udało – w kilka dni pochłonąłem napisaną przeszło 50. lat temu powieść, by chwilę później zapoznać się z jej ekranizacją w reżyserii Francisa Forda Coppoli (scenariusz współtworzył z reżyserem sam autor książki). Wnioski? W zasadzie zdradza je już sam tytuł tego wpisu, jeśli jednak chcecie dowiedzieć się dlaczego tak a nie inaczej odbieram omawiany obraz, zapraszam do dalszej lektury.

Sycylijczycy to wedle słów amerykańskiego pisarza ludzie niezwykle twardzi i słowni, którym przez lata uciemiężania na własnym kawałku Ziemi wpojono jedną zasadę – omertę, będącą niczym innym jak zachowaniem milczenia w konfrontacji z organami władzy. Legenda głosi, że na podlegającej Włochom wyspie nawet kobieta, która straciła męża w bezprawnych porachunkach, nie wyda mordercy ojca swych dzieci. Prawda to, czy nie? Ciężko powiedzieć. Faktem jest jednak, że to właśnie stamtąd (uciekając przed gangsterami) emigrował do Ameryki niejaki Vito Andolini. Trafił do Nowego Jorku, gdzie w okresie międzywojennym, życie europejskiego emigranta nie było usłane różami, jednakże dzięki sprytowi oraz wierze we własne zasady moralne z nieopierzonego Andoliniego przeobraził się we wzbudzającego postrach don Vita Corleone – Ojca chrzestnego. I to na ślubie jego jedynej córki rozpoczyna się właściwa akcja tej historii.

W Ameryce znalazłeś raj. Dobrze zarabiałeś, chroniła Cię policja i sądy. Nie potrzebowałeś mej przyjaźni. A teraz przychodzisz do mnie: ‘Don Corleone, sprawiedliwości’. Ale nie prosisz z szacunkiem. Nie proponujesz przyjaźni. Nie zwiesz mnie Ojcem chrzestnym. W dniu ślubu mej córki prosisz, bym mordował za pieniądze

Ten, jeden z najbardziej klasycznych cytatów w historii kina, to słowa wypowiadane przez FENOMENALNEGO Marlona Brando w stronę Amerigo Bonasery (zdjęcie powyżej) – zarządce zakładu pogrzebowego proszącego wielkiego dona o przysługę, o wymierzenie sprawiedliwości bandziorom, którzy skatowali jedynaczkę ‘grabarza’. Ojciec chrzestny zgadza się, ponieważ według niepisanej zasady żaden Sycylijczyk nie może odmówić prośby w dniu ślubu własnej córki. Rzecz jasna nie robi tego bezinteresownie, a ze świadomością, że dług wdzięczności jaki zaciągnął właśnie Bonasera, będzie mógł odebrać w dowolnym czasie i miejscu.

Tymczasem na typowym włoski weselu Connie Corleone, bawi się już chyba połowa wszystkich pochodzących z kraju pizzy emigrantów, w tym oczywiście bracia panny młodej – porywczy Sonny, nijaki Freddie oraz powracający po wojskowej służbie Michael. Ostatni z wymienionych jest jedynym, który przez całe życie był na tyle odważny, by przeciwstawiać się wielkiemu ojcu; postanowił walczyć za Amerykę, odciął się od rodzinnych interesów, a jakby tego było mało, na weselu siostry pojawił się z nową dziewczyną nie będącą z pochodzenia Włoszką! Odważnie Michael, odważnie, nie ma co! Nie ma również co opowiadać tej historii dalej skoro niemal wszyscy ją znają, natomiast tym, dla których – jak dla mnie jeszcze chwilę temu – jest ona obca, nie będę psuł zabawy. Wiadomo: mafia, rodzina, strzelanki, zasady itp., itd.

Pora za to odpowiedzieć na pytanie, czy historia ta rzeczywiście zasługuje na status jaki posiada w masowej świadomości. Odpowiedź nie jest oczywista, gdyż zgodnie z prawdą brzmi ona: I tak, i nie. Z jednej strony posiada ona znamiona kultowości, jak choćby przypominanie o wartościach, podane w sposób przystępny i prosty (momentami wręcz prostacki, ale o tym za chwilę). Ojciec chrzestny to także kilka naprawdę udanie skrojonych postaci oraz tempo akcji, które nie pozwala na chwilę nudy. Tyle tylko, że trzeba się zastanowić, czy cechy te wystarczają, by sam tytuł znajdował się tak wysoko we wszystkich zestawieniach „Naj…”. I tu dochodzimy do rzeczy niesłychanej i zawartej w tytule tekstu. Nie jest bowiem aż tak niesamowitym, gdy ekranizacja przerasta pierwowzór, to raz na jakiś czas się zdarza. Różnica jest taka, że o ile w przypadku takiego Forresta Gumpa, czy Skazanych na Shawshank (to chyba najlepsze przykłady), film jest rozbudowaną wersją opowieści przytoczonej na kartach, a co za tym idzie rozwija historię, o tyle ekranowa (bardzo wierna oryginałowi) wersja Ojca ucina zbędne książkowe wątki, jednocześnie dodając błysku dzięki m.in. muzyce, czy – przede wszystkim – aktorstwu.

Coppoli do spółki z Puzo udało się zrobić to czego sam Puzo zrobić nie potrafił, czyli nadać sznytu. Sama powieść, choć dobra, jest… no właśnie, tylko dobra. Czyta się ją sprawnie, łatwo, lekko i przyjemnie, bo żadna to wielka literatura, a zwyczajna prosta historia o zasadach, które każdy zna od urodzenia. Historia wypełniona w znacznej mierze zbędnymi i nic nie wnoszącymi do fabuły wątkami (przykładem niech będą opisy losów takich postaci jak Johnny Fontane, Nino Valenti, czy Lucy Mancini). Żeby była jasność – nie jest źle, jednak w świecie książek jest The Godfather co najwyżej lepszym średniakiem, takie 7,5/10.

Co innego reżyserska wizja Coppoli wycinająca niepotrzebne elementy i wyciągająca z opowieści to co najlepsze. Ba, nawet nieco zmienione na potrzeby produkcji dialogi, brzmią o niebo lepiej aniżeli w pierwowzorze. Nadal w sferze fabuły nie jest to rzecz wielce wybitna, jednak dzięki klimatycznej ścieżce dźwiękowej, a także co najmniej dwóm wielkim kreacjom aktorskim, śmiało można powiedzieć, że o ile tytuł ten wśród książek nie jest niczym nadzwyczajnym, o tyle film spokojnie można zaliczać do pierwszej ligi kinematografii. Marlon Brando dzięki mimice, gestom, czy tembrowi głosu daje nam jednego z najbardziej charakterystycznych bohaterów ever, czego najlepszym dowodem jest fakt, że to właśnie wizerunek aktora po dziś dzień kojarzony jest z obliczem klasycznego mafioso. Swoje dokłada jak zwykle świetny Al Pacino w roli Michaela Corleone, będąc o wiele bardziej wyrazistym niż jego literacka wersja, a sama przemiana postaci lepiej zagrana aniżeli napisana piórem Mario Puzo.

Dobrze to, czy źle dla Ojca chrzestnego, że ekranizacja przebija powieść? Trudno powiedzieć, choć pierwszym co przychodzi na myśl jest wniosek, że cała ta historia fabularnie jest po prostu nieco powyżej średniej, jednocześnie daleko jej do klasyki. Oczywiście udało Coppoli przysłonić fabularne ułomności muzyką, udało się podrasować bohaterów, czy wreszcie pominąć dość prostackie obrazowanie kobiet (w książce płeć piękna przedstawiana jest jako niedorozwoje umysłowe, których jedynymi aspiracjami są rodzenie dzieci i bycie okładaną przez męża, a problemami – jak wmawia nam Puzo – zbyt szeroka pochwa, która nie daje partnerowi satysfakcji), za co wielki plus dla reżysera oraz obsady aktorskiej. To w sumie sztuka z prostej, momentami topornej historii uczynić ikonę, co bez dwóch zdań udało się reżyserowi Czasu apokalipsy; udało się na tyle, że po ekranową dalszą cześć przygód rodziny Corleone, w formie ciekawostki, sięgnę chętnie, natomiast od dalszego poznawania twórczości Puzo zrobię sobie chwilową przerwę 😉 .


  • Fot.: Paramount Pictures

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *