RECENZJE,  SERIAL

Ten o amerykańskim Sherlocku, czyli “Perry Mason” [recenzja]

Ciężko byłoby nie zauważyć, że pewien wiadomej nazwy wirus, pokrzyżował plany niemal całego świata. Oberwało się wszystkiemu i wszystkim – od gospodarki, po przeciętnego zjadacza chleba. Niewątpliwie jedną z gałęzi, które ucierpiały najbardziej jest kultura, w każdej właściwie formie. Teatry i kina zamknięte na wiele tygodni, w muzyce wciąż te same brzmienia (niekiedy w rozpaczliwy sposób próbujące nawiązać do zaistniałej sytuacji), nawet telewizja, która w takim okresie niewątpliwie święciła triumfy, święciła je w zasadzie jedynie dzięki powtórkom. Plany zdjęciowe tak filmów jak i seriali stanęły i tylko nielicznym szczęściarzom udało się ukończyć projekty przed wybuchem pandemii. Za sprawą HBO, jednymi z takich szczęściarzy byli Ron Fitzgerald i Rolin Jones, którym w głowach zaświtało porwanie się na amerykański klasyk. Tak, postać Perry’ego Masona, o którym jak widać po tytule tekstu będzie traktował ten wpis, to za Oceanem ikona. Czym zasłużył sobie na takie miano? Kim jest? I czy osiem odcinków pierwszego sezonu odświeżonego po latach Masona stawia go w gronie potencjalnych telewizyjnych hitów? O wszystkim tym i paru innych kwestiach poniżej…

Zacznijmy może od tego, że mamy tu do czynienia z serialem w stylu noir. Lubicie? Nie lubicie? Znacie? Nie znacie? Jeśli nie znacie, to szybko wyjaśnię, że to nurt wywodzący się z amerykańskiego kina gangsterskiego lat 40. i 50. XX wieku. Filmy tego typu charakteryzują się zazwyczaj specyficznym, mrocznymi ujęciami ociekających deszczem miejskich ulic, powolną (często jazzową) muzyką w tle, pięknymi (zwykle doprowadzającymi do zguby mężczyzn) kobietami i prywatnymi detektywami uwikłanymi w nieoczywistą zagadkę. Wspomniana nieoczywistość to zresztą kolejna cecha charakterystyczna, gatunek stara(ł) się bowiem unikać jednoznacznych podziałów na dobro i zło, czy też moralizowania. No i tak się akurat składa, że niemal wszystkie z wymienionych powyżej, serwuje nam nowy Perry Mason.

Jak to nowy? A kiedy był „stary”? – moglibyście zapytać, więc spieszę z odpowiedzią, a zarazem wyjaśnieniem dlaczego mamy tu do czynienia z bohaterem kultowym. Mianowicie o ile u nas postać ta nie jest raczej szeroko rozpoznawalna, w Stanach Zjednoczonych zna ją chyba każdy. Skąd? Otóż detektyw-prawnik znany jako Perry Mason wywodzi się z powieści kryminalnych autorstwa Erle’a Stanleya Gardnera, a dodam jeszcze, że powieści tych powstało przeszło 80. (słownie – gdyby ktoś nie mógł uwierzyć – osiemdziesiąt!). Rzecz jasna nie tylko dzięki książkom zyskał on popularność. Stało się to również dzięki ekranizacjom: serialowi z lat 1957-1966, oraz zakończonej dopiero w 1995 serii filmów telewizyjnych. W obu przypadkach postać Masona odgrywał ten sam aktor – Raymond Burr, któremu przez lata udało się wykreować w świadomości widzów bohatera dosłownie ikonicznego. I z taką właśnie legendą postanowiło zmierzyć się HBO oraz znany z niedocenianego w Polsce (a chwalonego przez zagranicznych krytyków) The Americans, Matthew Rhys.

Aktor mniej znany publiczności nad Wisłą przywdział stylowy kapelusik, prochowiec i poplamioną koszulę, by stawić czoła jednemu z najcięższych wyzwań w karierze (tu dodam tylko, że klasyczny detektyw kina noir to typek dość szemrany, zazwyczaj miewający problemy z alkoholem i działający nie do końca moralnie. I to chyba daje Wam już obraz tego, czego możemy się spodziewać po Rhysie w produkcji HBO). Nowego Masona poznajemy zatem na przełomie 1931 i 32 roku, w Los Angeles. Jak zostało już zdradzone, z czasem bohater przeobrazi się w prawnika, jednak na początku historii to prywatny detektyw, podejmujący się właśnie sprawy swojego życia, bowiem znany adwokat E. B. Jonathan (w tej roli kojarzony choćby z roli Trójkowego mordercy w Dexterze, John Lithgow) zatrudnia go przy głośnej sprawie uprowadzenia, a następnie bestialskiego zabójstwa malutkiego Charliego Dodsona. Historia migiem trafia do mediów, gdy okazuje się, że rodzice chłopca powiązani są ze swego rodzaju sektą pod przewodnictwem niejakiej Siostry Alice, w którą wciela się perełka współczesnego małego ekranu, Tatiana Maslany. Tu ciekawostka, ponieważ dość szybko dowiadujemy się kto popełnił zbrodnię, jednak samo rozwiązanie sprawy do najłatwiejszych i najbardziej oczywistych należeć nie będzie.

Czy serial ma szansę stać się przebojem? I tak, i nie. Z całą pewnością posiada kilka niezaprzeczalnych zalet, których nie sposób przegapić. W oczy rzuca się przede wszystkim oddanie klimatu kina noir. Los Angeles które kojarzy nam się głównie z czerwonym dywanem, Słońcem i śnieżnobiałymi uśmiechami, tutaj spowite jest mrokiem, lub w najłagodniejszej wersji – gęstą mgłą. Z jednym wyjątkiem żaden z bohaterów nie jest też jednoznacznie dobry lub zły, właściwie wszystko od postaci po otoczenie, w którym przebywają jest niejednoznaczne i ciężkie do oceny. Z całą pewnością jednak strona audiowizualna Perry’ego Masona to małe dzieło sztuki, przy każdym z ośmiu odcinków. Wybitnym nazwać można także aktorstwo i wierzcie mi, że nie rzucam słów na wiatr, bowiem świetnie zagrany Perry i tak blednie przy postaciach drugoplanowych. Wyróżnia się oczywiście Tatiana Maslany w roli „nawiedzonej” kaznodziejki, lecz niewiele ustępują jej wspomniany wyżej Lithgow, Juliet Rylance jako „prawa ręka” tytułowego bohatera – Della Street, czy też dalsza męska część obsady w osobach Shea Whighama, czy Chrisa Chalka.

Niestety, pomimo niezaprzeczalnych atutów, nie jest produkcja HBO tytułem wciskającym w fotel. Nie da się ukryć, że cała historia właściwego rozpędu nabiera dopiero w ostatnich dwóch, może trzech odcinkach. Jest tu zresztą pewna sprzeczność, bo o ile raz na kilkadziesiąt minut trafia się scena tak brutalna, że nawet taki fan horrorów jak ja potrafił się wzdrygnąć, o tyle samemu serialowi brakuje nieco pazura. Nie jest to jednak winą aktorów, a scenariusza. Trudno oprzeć się wrażeniu, że twórcy chcąc dogodzić każdemu widzowi nie potrafili zdobyć się na jakieś konkretne ruchy, na chwycenie odbiorcy za gardło i potrząśnięcie nim. Jeśli dodamy do tego specyficzna dla noir senny klimat, to nie ma się co oszukiwać, że nie każdemu tego typu rozrywka przypadnie do gustu.

To nie będzie Perry Mason, jakiego znali wasi dziadkowie – mówił przed premierą serialu odtwórca głównej roli, Matthew Rhys. Miał rację, bo jak nie trudno się domyślić – choć akcja osadzona jest w latach 30. ubiegłego stulecia, to produkcja stara się spełnić oczekiwania widza współczesnego. Ma to swoje plusy i minusy. Realizacyjnie to prawdziwy majstersztyk i nic nie mogą sobie zarzucić tak aktorzy jak i osoby odpowiedzialne za stronę wizualną. Nieco zawiodły natomiast rozwiązania fabularne, wielokrotnie zbyt zachowawcze, nawet jak na obecne, wypełnione poprawnością polityczną standardy (zapomniałem dodać, że jedna z ważniejszych postaci wersji oryginalnej, zmienia tu kolor skóry z białego na czarny). Tak więc może i brakuje nieco ognia, choć z drugiej strony całość ogląda się niezwykle sprawnie i z zainteresowaniem. Co za tym idzie, nowy Perry Mason prawdopodobnie nie powali serialowego świata na kolana, jednak rodzi nadzieje na to, że ta amerykańska wersja Sherlocka Holmesa, ma jeszcze kilka asów w rękawie. Liczmy na to, że wyciągnie je w przyszłości.

OCENA: 7,5/10


  • Fot.: HBO

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *