PUBLICYSTYKA,  RECENZJE,  SERIAL

Ten o ucieczce z raju, czyli “Leaving Neverland” [recenzja]

Król, legenda muzyki, ikona popkultury – to zaledwie garstka najpopularniejszych zwrotów, jakimi go określano. Jest i zawsze już pozostanie rekordzistą pod względem ilości sprzedaży jednego albumu i to z powalającą przewagą, gdyż sprzedany w ponad stu milionach kopii Thriller dwukrotnie przebija drugie na liście The Dark Side of the Moon z dyskografii Pink Floyd. Michael Jackson, bo o nim rzecz jasna mowa, to człowiek, o którym powiedziano już – wydawałoby się – wszystko. To on spopularyzował wideoklipy, on “wymyślił” jeden z najbardziej rozpoznawalnych kroków tanecznych świata. A skoro już o świecie mowa to i cały glob za pośrednictwem telewizji oraz Internetu uczestniczył w jego ostatniej drodze. Nie od dziś wiadomo również, że kariera jednego z najpopularniejszych piosenkarzy wszech czasów nie była usłana różami, a kontrowersje wokół osoby Michaela istniały niemal od zawsze. Dotyczyły one głównie kwestii osobistych i wizerunkowych, z tajemniczą zmianą koloru skóry czy – przede wszystkim – oskarżeniami oraz rozprawami sądowymi związanymi z domniemanym wykorzystywaniem nieletnich na czele. Pomimo uniewinnienia w głośnym procesie z 2005 roku oskarżenia, a także spory fanów i przeciwników artysty, towarzyszyły mu do ostatnich dni. I kiedy wydawało się, że wszystko zostało już powiedziane, blisko dekadę po śmierci Jacksona rozgłośnie radiowe na całym świecie zaprzestają emitowania utworów Króla Popu, a nagłówki w prasie oraz sieci wykrzykują słowo “Potwór!”. Dlaczego? Wszystko za sprawą najnowszego filmu dokumentalnego produkcji HBO, Leaving Neverland, w którym to Jimmy Safechuck oraz, co bardziej istotne, Wade Robson – wieloletni “protegowany”, a także kluczowy świadek obrony w procesie sprzed lat – wyznają, że  “potwór” właśnie jest słowem najlepiej oddającym to, kim naprawdę był za życia legendarny muzyk. Co o kontrowersyjnym dokumencie sądzą nasi redaktorzy – Anna, Martyna i Przemek? Czy legenda rzeczywiście runęła i czy świat był na to gotowy? Wszystkiego dowiecie się z lektury poniższego Wielogłosu.

WRAŻENIA OGÓLNE

Anna Sroka-Czyżewska: Podczas seansu przechodziłam od jednych uczuć do drugich, a były one tak silne, że sama jestem zdziwiona, że temat już znany i analizowany wielokrotnie na przestrzeni lat mógł wywrzeć na mnie takie wrażenie. To niewątpliwie zaleta takiej produkcji jak film dokumentalny – ma szokować widza, ma stawiać pytania i rodzić dyskurs. Tak też w mojej ocenie stało się w tym przypadku. Kiedy podczas seansu nie jestem w stanie cały czas patrzeć na ekran, bo coś mnie w nim przeraża i odpycha, kiedy muszę robić pauzę na złapanie oddechu, a jakiś czas po obejrzeniu nie mogę dalej przestać myśleć o tym, co usłyszałam –  to już samo to stanowi o mocy tego przekazu. Przede wszystkim Leaving Neverland trzeba zobaczyć, bez względu na to, czy było się fanem Michaela Jacksona, czy nie przepadało się za jego muzyką. Jednak mam świadomość, że film dokumentalny powinien pokazywać  historię z dwóch perspektyw, a tutaj brak jest tej drugiej odsłony – jakiegokolwiek głosu z przeciwnej strony barykady. W pewien sposób mamy też działanie twórców podkreślające dobitnie, jakie oni mają stanowisko w tej sprawie – uporczywie chodzi za nami przez większość seansu refren piosenki Bad, który tłumaczony na polski nie brzmi inaczej jak: Wiesz, że jestem zły, jestem zły – wiesz to. Granie na naszych emocjach jest bardzo widoczne i bardzo odczuwalne. Można nawet dostać wiele razy gęsiej skórki, kiedy patrzymy na zestawienia filmów z różnych momentów życia piosenkarza – najczęściej pokazuje się go nam w towarzystwie dzieci i ten właśnie przekaz narzuca nam się bardzo usilnie. Leaving Neverland jest bardzo dobrze zrealizowany i w każdym – niezależnie, po której ze stron chciałby stanąć – wywoła wiele sprzecznych emocji, a wątpliwości będą nim targały jeszcze bardzo długo – może już zawsze.

Przemek Kowalski: Pierwszą i najważniejszą kwestią w ocenie tego filmu jest odpowiedzenie sobie na pytanie, czy wierzy się w jego treść. Ja na to pytanie odpowiedzieć nie potrafię, dlatego z mojej strony sporo będzie w tym tekście gdybania, analizowania i zadawania pytań (być może bez odpowiedzi). Nie pamiętam, czy jakikolwiek inny film wzbudzał we mnie tyle sprzecznych emocji tak przed, w trakcie, jak i po seansie. Jak już mówiłem – kwestią kluczową jest tu odpowiedź na pytanie, czy wierzymy bohaterom Leaving Neverland, czy też nie. I już to pierwsze pytanie rodzi szereg kolejnych – jeśli nie wierzymy, to panowie Safechuck i Robson są dla nas kreaturami, które po śmierci będą smażyć się w piekle. Jeśli z kolei wierzymy, to okazuje się, że Król Popu był potworem i – co najbardziej przerażające – „od dawna wiedział o tym cały świat”, bo nie jest chyba wielkim odkryciem, że już samym wizerunkiem Michael Jackson wzbudzał kontrowersje. Skoro więc „cały świat wiedział”, to tenże świat powinien teraz spojrzeć w lustro, a to, co w nim zobaczy, nie będzie wcale przyjemnym obrazkiem, skoro „wiedząc”, pozwoliliśmy bestii kreować świat. I to dosłownie. Nie ma tu co porównywać legend muzyki, bo co innego powie fan Queen, miłośnik The Beatles czy choćby Jacksona. Tak się jednak składa, że to Michael tworzył w erze rozkwitu telewizji i globalnego zasięgu, on tworzył trendy i to nie tylko w dziedzinie muzyki, to on ukształtował co najmniej jedno pokolenie ludzi! Najważniejsza jest tu sprawa wiary bądź też jej braku w odniesieniu do zwierzeń Robsona oraz Safechucka. Do wiarygodności zdążę jeszcze w naszym tekście powrócić, jednak kończąc słowo wstępu, powiem, że tak ogromnych i sprzecznych emocji, jakie kłębiły się we mnie w trakcie zapoznawania się z Leaving Neverland, nie czułem od dawien dawna. Jedno, co z całą pewnością można o tym dokumencie powiedzieć, to że jeśli nie zawiera prawdy, to z całą stanowczością jest mistrzostwem manipulacji.

Martyna Michalska: Przed zobaczeniem tego filmu wiedziałam tylko tyle, że to bodaj najbardziej kontrowersyjny dokument ostatnich lat. I nie sposób się z tym nie zgodzić, biorąc pod uwagę, kogo bierze na tapet. Michael Jackson – idol milionów, artysta, który sprzedał najwięcej płyt w historii muzyki i postać, która wywarła ogromny wpływ na przemysł muzyczny. Kontrowersje dotyczące głównego bohatera krążyły już od dawna, pierwsze związane były z jego operacjami plastycznymi mającymi na celu zmianę koloru skóry, kolejne, te już naprawdę poważne, związane były z mocnymi oskarżeniami o pedofilię. Leaving Neverland skupia się właśnie na tym. Mamy tu dwóch mężczyzn, którzy w dzieciństwie byli przyjaciółmi Jacksona, a po latach oskarżają go o molestowanie seksualne. I właśnie momenty, w których padają dokładne opisy czynności, których Jackson miał się dopuścić, są najbardziej przerażające. Naprawdę trudno dopuścić myśl, że można w taki sposób manipulować i okłamywać niewinne dzieciaki. Tym bardziej przerażające są momenty, kiedy rodzice opowiadają, jak pozwalali chłopakom przebywać sam na sam z, jakby nie było, obcym mężczyzną, a nawet spać z nim w jednym łóżku. Złudzenie, że osoba, którą widzimy na ekranie telewizorów, której muzykę uwielbiamy, jest nam bliska, to ogromna pułapka, w którą bohaterowie dali się złapać. Nie chcę tu ferować wyroków, bo świadectwo jednego z bohaterów filmu jest łatwe do podważenia, ale trzeba brać pod uwagę, że były jeszcze inne potencjalne ofiary.

WADY I ZALETY FILMU

Przemek: Jakie są plusy tego filmu? Właściwie trudno znaleźć jakiekolwiek. I oczywiście można powiedzieć, że jeśli opowiedziana historia jest prawdziwa, to dobrze się stało, że ktoś powiedział o tym głośno, bo przecież nikt nie stoi ponad prawem, a my jako społeczeństwo nie powinniśmy gloryfikować bestii. Tylko że i to jest wątpliwe moralnie, o czym kilka zdań więcej w kolejnym punkcie naszej rozmowy.

Minusy? Tutaj jest ich całkiem sporo. Pierwszym, najbardziej oczywistym, jest BRAK JAKICHKOLWIEK DOWODÓW. Leaving Neverland poza opowieścią, w którą uwierzyć można lub też nie, nie dodaje absolutnie niczego nowego do sprawy. Nie ma tu bielizny ze śladami DNA, nagranych rozmów potwierdzających winę czy chociażby zdjęć rzucających na całą sprawę nowe światło. Na dobrą sprawę mamy tu słowo przeciwko… ciszy nagrobka. I zanim ktoś pomyśli, że bronię Jacksona – to nie tak. Gdybym był pewny jego niewinności, pisałbym inaczej, to samo tyczy się pewności co do winy. Film, o którym rozmawiamy, bardzo oddziałuje na widza, w tym również na mnie, i nie będę ukrywał, że zdarzały się momenty, kiedy szepnąłem pod nosem stare dobre, polskie „O k…!”. Zdjęcia, które nie są niczym nowym, tak wplecione zostały w materiał, że z „normalnego” z pozoru zdjęcia zrobiono namiastkę piekła. Narracja jest tak jednostronna, że bardziej się już nie da; pierwsze piętnaście minut filmu upływa nam pod znakiem: „Patrzcie na tych biednych chłopców, jak dorastali (w domyśle: zanim trafili w ręce potwora)”. Wszystko tu przedstawione jest w taki sposób, by w winę uwierzyć. I oczywiście nie mogło być inaczej, skoro wzięło się za to HBO zdające sobie sprawę z konsekwencji, jakie pociągnie za sobą dystrybucja tego filmu. Jednak jeśli spojrzymy na czyste, rzetelne fakty, to okazuje się, że mamy tu obraz nieprzedstawiający żadnych dowodów, w którym jednym z narratorów jest facet, który to DWUKROTNIE POD PRZYSIĘGĄ zeznawał na korzyść artysty, facet, którego wywiady z różnych programów talk-show są dostępne w Internecie, a na pytanie: „A Ciebie Michael gdzie dotykał?” zanosi się śmiechem, mówiąc, żeby dać spokój tym bredniom. I kiedy temu samemu facetowi z reżyserskimi aspiracjami rodzina Michaela odmawia reżyserii filmu o nim, on… uświadamia sobie, że był molestowany. Celowo przed tym tekstem przyjrzałem się sprawie i już pomijając fakt zatajania przez Robsona dowodów nawet przed własnymi adwokatami (w wytoczonym przez siebie oskarżeniu o molestowanie), to chociażby w samym filmie mówi on, że jako dziecko został zastraszony tym, iż jeśli powie, co się działo, to obaj z Jacksonem wylądują w więzieniu. Po czym ten sam dorosły człowiek zeznaje, że molestowany nie był, następnie po odrzuceniu jego prośby o reżyserię uświadamia sobie że „nie wiedział, że był molestowany”, „nie wiedział, że to było coś złego” (choć całe życie żył w kłamstwie zastraszony groźbą więzienia).

I pewnie wielu pomyśli, że robię tu za adwokata diabła, jednak nic z tych rzeczy – jeśli film mówi prawdę, to nie mam słów, by wyrazić smutek na myśl o tym, jak spaczona została psychika narratorów Leaving Neverland, a Michael Jackson jest diabłem wcielonym, dopuścił się bowiem najgorszej możliwej zbrodni, w mojej hierarchii gorszej niż morderstwo – bezlitośnie wykorzystywał bezbronne dzieci, które następnie zastraszał i przekupywał, skrywając się pod maską opiekuna. Problem w tym, że pojawia się „JEŚLI” i choć film gra na emocjach w sposób wybitny, to fakty są takie, że FBI splądrowało posiadłość Jacksona i został uniewinniony, a niniejszy obraz to opowieść, w którą można  – lub też nie – uwierzyć.

Trochę się rozgadałem, nawiązując już do kolejnej kategorii naszego wspólnego tekstu, jednak autentycznie: jeśli mowa o wadach i zaletach tej produkcji, to poza sensacją trudno znaleźć w niej jakiekolwiek plusy. Nie ma tu frajdy z oglądania, nie ma nawet czystej ciekawości, jaka zazwyczaj towarzyszy filmom dokumentalnym, bo czy temat domniemanej pedofilii jest aż tak interesujący? Na koniec pozwolę sobie jeszcze wrócić do kwestii bronienia bestii – nie bronię Jacksona, ja również mam oczy i wiem, że z facetem coś musiało być nie tak skoro wybielił sobie skórę, świat zastanawiał się, kiedy odpadnie jego nos po milionie operacji plastycznych, a rodzina usprawiedliwia istnienie posiadłości Neverland słowami: On był jak duże dziecko. Nie jestem idiotą, potrafię zauważyć symptomy, ale z drugiej też strony – jeśli winy nie udowodniono, to człowiek jest niewinny, choćby nawet był najłatwiejszym do ataku celem na świecie, a takim właśnie był Michael Jackson.

Anna: Leaving Neverland to w mojej ocenie swoista wiwisekcja zbrodni. Czy w nią uwierzymy lub nie zależy tylko od nas samych, naszych przeżyć i doświadczeń, etyki, moralności, zakorzenionych przekonań, a myślę, że i również tego, w jaki sposób patrzymy na całą popkulturę. To jest właśnie wielki plus tego dokumentu. Krok po kroku obserwujemy losy bohaterów, jak na tacy mamy podane bardzo intymne szczegóły ich życia, śledzimy rozwój ich karier, patrzymy oczami tych mężczyzn na ich Boga – Michaela Jacksona. Z zażenowaniem spoglądamy na wypowiedzi ich matek – myślę, że z tym zgodzi się chyba każdy. Leaving Neverland bowiem odsłania słabości tych kobiet i wszystkie ich przewiny; przewiny, których wstydziłaby się każda matka. To, jak zagubiły się po drodze, i to, jak muszą z tym dziś żyć. Twórcy filmu postawili na narrację tych kobiet, nie dopowiadając nic od siebie. I pod tym względem muszę ocenić film wysoko. Stopień, w jakim dany film uznać można za dokument, zależy głównie od decyzji odbiorczej widza i jego wiary w prawdziwość wydarzeń. Dlatego też nie podoba mi się, że nie ma żadnej wypowiedzi, żadnej wzmianki, która mogłaby świadczyć na korzyść nieżyjącego dziś już artysty. Uczyniłoby to ten film bardziej wiarygodnym, bardziej ludzkim i mniej stronniczym, ale też rozumiem, że twórcy chcieli pokazać historię tych dwóch chłopców, a nie samego Króla Popu. To, że nie ma nowych dowodów pokazanych w filmie, w przeciwieństwie do Przemka, mi nie przeszkadza. Uważam, że sama bolesna i trudna relacja Robsona i Safechucka wystarczy, aby pojąć  ogrom tragedii wyrządzonej psychice tych mężczyzn. To, jak zwichrowane muszą mieć życie, to, że ich rany być może nigdy się nie zagoją. Widząc wstyd w oczach wypowiadających się mężczyzn, czuję smutek, że przeszli przez piekło, a nikt nie był na tyle odważny, aby powiedzieć: “dość”. Sama matka jednego z nich nie uważała, że tow jakiś sposób dziwne, że jej kilkuletni synek śpi z obcym, dorosłym mężczyzną w jednym pokoju, w jednym łóżku. Może gdyby to był jakiś przypadkowy, obcy mężczyzna, to byłby problem, jednak Jacksonowi się nie odmawiało. Oczywiście, mamy tylko jednostronną relację i, tak jak pisałam wcześniej, okraszoną sporą dawką muzyki Jacksona, która w pewien sposób działa podprogowo, a filmy z nim zaprezentowane w Leaving Neverland dotyczą tylko jego relacji z dziećmi. Jednak nie da się zakończyć seansu, będąc pewnym co do joty, że jest on winny, tak samo jak nie da się z zapałem potwierdzać jego niewinności. Świadczyłoby to o ignorancji.

Przemek: No i tu pojawia się problem, bo nie mam absolutnie zastrzeżeń do tego, co napisałaś. Tyle tylko, że film przedstawia nam jedną wizję tej historii. Nie trzeba jednak długo przeszukiwać sieci, by natrafić na liczne artykuły i wywiady osób związanych z Wade’em Robsonem, mówiące o tym, że jest to człowiek, któremu nie można ufać, bo po trupach i na kłamstwie będzie dążył do celu. I co ciekawe – teksty te pochodzą SPRZED jego wyznania. I niczego mu nie odbieram, jeśli przeżył aż tak gigantyczną traumę, to niech zazna choć duchowego spokoju. Jednak jeśli spojrzymy na ten film pod kątem: “Jeśli to kłamstwo, to jedyną opcją, by świat w to uwierzył, jest pokajać się i zrobić z siebie naiwnego (często używane w Leaving Neverland słowo) durnia” – to wszystko się zgadza. I tak to właśnie wygląda. Niestety nigdy nie będzie nam dane dowiedzieć się, jaka jest prawda.

Martyna: Największym minusem jest to, na co już zwrócili uwagę moi poprzednicy, czyli jednostronność. Cały film zdominowany jest przez opowieści Robsona i Safechucka, którzy oskarżają Michaela o molestowanie, jednak zdecydowanie za mało pojawia się materiałów przemawiających na korzyść Króla Popu. Jeśli twórcy chcieli stworzyć rzetelny obraz to, niestety, fakt tej dysproporcji w moich oczach pod tym względem go dyskredytuje.

Zgodzę się również z Przemkiem, że film nie dostarcza żadnych konkretnych dowodów, a osobę Wade’a Robsona należy traktować z mocnym dystansem, biorąc pod uwagę różnice w jego zeznaniach. Przez to też nie można, moim zdaniem, traktować tego filmu jako jedynego głosu i ostatecznego dowodu na winę Michaela, a, niestety, jako takowy jest kreowany przez twórców i przez wielu widzów odbierany. Jeśli chodzi o plusy, to zdecydowanie jest to długość filmu. Twórcy przygotowali prawie czterogodzinny materiał, dając bohaterom czas na opowiedzenie swoich historii, dzięki czemu żaden z nich nie musiał się spieszyć i mieli możliwość opowiedzenia o wszystkim, co dla nich było istotne. Kolejny plus jest taki, że (jeśli faktycznie M.J jest winny zarzucanych mu czynów), film na nowo otwiera temat i być może doprowadzi do jakiegoś konkretnego rozwiązania tej sprawy, które raz na zawsze zamknie usta wszystkim. Bo pomimo wydania korzystnego wyroku dla Jacksona w ostatniej sprawie o pedofilię, temat nie do końca jest zamknięty.

OSĄD MORALNY

Przemek: Cieszę się, że rozpoczynam tę kategorię, bowiem pierwszym, co przychodzi mi do głowy, jest jedna scena z filmu, będąca zarazem zapisem wywiadu z matką Wade’a Robsona, a scena ta pokazuje, jak różnorodnie można interpretować tę samą sytuację. Dziennikarz zadaje pytanie: Czy nie wydawało się pani dziwne, że 30-letni mężczyzna sypia w jednym pokoju z małymi chłopcami? Kobieta natomiast odpowiada: Gdyby chodziło o kogoś innego, prawdopodobnie miałabym wątpliwości, ale przecież to Michael, on nie jest zdolny do takich rzeczy. Na pierwszy rzut oka – babka jest albo, za przeproszeniem, niezbyt rozgarnięta, albo naprawdę wierzy w to, co mówi. Fan Jacksona powie teraz: “No przecież jasno powiedziała, że nie wierzy w to; oddała Michaelowi swoje dziecko!” Antyfan doda: “Ona nie rozumiała, co się dzieje, zaślepił ją luksus”. I tu znów zwolennik Króla Popu może powiedzieć, że kiedy w filmie odtwarzana jest owa scena, matka zalewa się łzami, mówiąc jaka to była naiwna, a przecież, jeśli cały ten film jest kłamstwem, to jaka jest jedyna droga, by świat uwierzył? Zrobić z siebie durnego naiwniaka i popłakać przed kamerą, wyznając swe winy. Nagroda za tę chwilkę niedogodności to dolary w ilości zapewniającej dobrobyt kilku następnych pokoleń rodziny.

Ogólnie to całe Leaving Neverland jest jednym wielkim społecznym osądem moralnym. Wrócę do pytania: czy produkcja tego filmu była potrzebna? I oczywiście można powiedzieć, że była, bo nikt nie może być ponad prawem i… moralnością. Z drugiej strony, wystarczy pomyśleć o dzieciach MJ’a, które składając kwiaty w dniu pogrzebu, żegnały ojca z prawdopodobnie świadomością: „Był dziwakiem, ale nie udowodniono mu nic złego. Mój ojciec nie był złym człowiekiem”. I nagle, po dziesięciu latach, ludzie niepodający żadnych dowodów, wskazują palcem, mówiąc: “To był potwór!”. I cały świat wymierza palec, bez jakiegokolwiek dowodu, krzycząc: “Tak, to był potwór!”. No i gdzie ta moralność?

Anna: W jaki sposób działał Jackson? Wpraszał się wręcz w życie rodzin “wybranych” przez siebie chłopców, stawał się kolejnym członkiem rodziny, wtapiał w otoczenie, pokazywał, jak wiele dla niego znaczą, zabierał na luksusowe wakacje, wyjazdy, kupował nieograniczoną ilość drogich prezentów, pozwalał robić w Neverland wszystko, na co mają ochotę, zapewniał rozwój kariery, luksus i poczucie bezpieczeństwa. Przecież wiemy, że Jackson był ikoną, był królem muzyki popowej, artystą wysokiej rangi, ale również kimś, kto mógł zapewnić wielkie możliwości. To, co robił chłopcom, jak wynika ze słów Wade’a Robsona i Jamesa Safechucka, to przede wszystkim manipulacja, przywiązywanie do siebie, uzależnianie i rozkochiwanie. Nie wiem, co innego mam sądzić o tym, że odbywał kilkugodzinne  rozmowy z chłopcami, że wysyłali sobie faksy pełne gorących zapewnień o przyjaźni, o tym, że non stop przebywali w domu gwiazdora, a wiele osób z otoczenia to potwierdza. I warto dodać także to, że Jackson rzeczywiście bardzo często był widywany w towarzystwie dzieci; oczywiście samo to niczego nie dowodzi, jednak pokazuje, w jaki sposób ten mężczyzna mógł myśleć i działać. To, że porównywany był przez wielu do dziecka, budzi we mnie przerażenie. Bywał dla nich niegroźny, ponieważ był infantylny, uroczy i chłopięcy. Czy nikt nie zastanowił się, że właśnie takie cechy osobowości mogą świadczyć o tym, że miał zaburzenia seksualne dotyczące dzieci? Kolejna kwestia dotyczy matek chłopców – matek, bo ojcowie praktycznie nie istnieli, byli odsuwani od rodziny na bok. Czy tymi kobietami łatwo było manipulować? Sam fakt, że nie chciały stawać na drodze do szczęścia i spełnienia marzeń swoich dzieci nie jest jeszcze niczym złym, ale fakt, że przymykały oczy na to, że ich dzieci przebywają sam na sam z dorosłym mężczyzną, że błagają o to, czy mogą spać z nim w jednym łóżku, zostać na dłużej w jego domu bez obecności rodziny oraz przyjmować ogromną ilość bardzo wartościowych prezentów – to już wzbudza we mnie poważne wątpliwości moralne. W drugiej części dokumentu mamy bardziej dosadne pokazanie tego, co działo się za zamkniętymi drzwiami hotelowych pokoi. Bohaterowie filmu dzielą się przerażającymi historiami z nimi i Michaelem w rolach głównych. Tom w jaki sposób to mówią, jakie są ich emocje, wprowadziło mnie w stan osłupienia. Było sprawdzianem wytrzymałości psychicznej, bowiem relacje osób molestowanych są niezwykle obciążające dla każdego słuchacza. W tej części filmu również przypomniano nam, że Jackson uniknął procesu, wypłacając odszkodowanie chłopcu, który go pozwał. Ta sprawa po raz pierwszy rzuca cień na osobę, wydawałoby się kryształowego, piosenkarza. W 2005 roku sąd uniewinnia Jacksona od tamtych zarzutów. Jednak wyznania Robsona i Safechucka są tak bulwersujące, że praktycznie te opowieści dominują w drugiej części filmu. Moją uwagę przykuło kilka wypowiedzi, w tym siostry Robsona, która mówi: Nigdy nie przypuszczałabym, że ten człowiek mógł skrzywdzić dziecko. Wszyscy ci, którzy mówią, że mój brat jest kłamcą, znali Michaela tylko z mediów. My wiedzieliśmy, jaki był naprawdę. I dokładnie tak jest – każdy z nas zna jedynie ikonę, a ikona nie jest prawdziwa.  Jest sumą obrazów, sumą wyobrażeń o danej osobie, w końcu sumą jej artystycznego dorobku. Utożsamiając piękno muzyki Michaela Jacksona z pięknem jego duszy, możemy popełnić błąd.

Przemek: Znów wyjdę na obrońcę, jednak w przeciwieństwie do Leaving Neverland, tutaj ktoś musi stać w kontrze, więc powiem, używając tego samego cytatu: Nigdy nie przypuszczałabym, że ten człowiek mógł skrzywdzić dziecko. Wszyscy ci, którzy mówią, że mój brat jest kłamcą, znali Michaela tylko z mediów. My wiedzieliśmy, JAKI BYŁ NAPRAWDĘ. No więc niech tylko jeszcze raz spojrzę na to zdanie… wynika z niego, że postronne osoby takie jak my nie znały Jacksona, natomiast dla nich był jak rodzina, cytując “znali” go i nigdy przez dekady żadnemu członkowi rodziny nie przyszło do głowy, że coś jest nie tak? Można zrozumieć zaślepienie, jednak oni wszyscy brali udział w jednym z najgłośniejszych procesów w historii Stanów Zjednoczonych! Był taki czas w ich życiach, kiedy dziennikarze walili drzwiami i oknami, dopytując o molestowanie. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. I naprawdę nikt nic? Przecież, jak również powiedziane jest w tym “dokumencie”, schadzki, jakie urządzał Jackson w swoim domu z dziećmi, to, jak znikał z nimi za drzwiami, były czymś tak normalnym jak śniadanie. I naprawdę nikt nie wywnioskował, że coś jest na rzeczy, natomiast kiedy po odrzuceniu ze strony rodziny Michaela Wade Robson wypala, że był molestowany (dopiero tutaj dołącza do niego Safechuck, podpinając się poniekąd pod pozew), wszyscy wierzą im na słowo dzięki umiejętnie wplecionym w narrację zdjęciom, które od wieeeeelu lat dostępne są w Internecie? Nie staję w obronie, jednak każdy fan Michaela Jacksona ma równie mocne argumenty, jak i Wade Robson.

Inną kwestią jest wspomniane przez Ciebie, Anno, zaślepienie. I tak, oczywiście, że Michael Jackson miał i pieniądze, i uwielbienie, które teoretycznie mogły mu “pozwalać” na taki proceder, a wierni fani nadal będą go bronić. Z drugiej strony to właśnie to uwielbienie, ikoniczność i image sprawiają, że jest dokładnie przeciwnie do tego, co mówisz – nie można sobie wyobrazić łatwiejszego celu do ataku.

Dodam jeszcze jedną rzecz à propos moralności i tego filmu. Wade Robson mówi nam, że “całe życie żył w kłamstwie” i wie, że teraz również wielu uzna go za kłamcę (czy można sobie wyobrazić bardziej przekonującą gierkę z widzem?), jednak on wyznaje prawdę, gdyż właśnie “na prawdzie chce zbudować nowe życie”. I jeśli mam być szczery – łzy mogą być udawane, nie jest też sztuką odpowiednio oświetlić studio nagraniowe, puszczając w tle muzykę, która rozbroi widza. Dla mnie osobiście, skoro najważniejsza – jak mówi bohater – jest prawda, to dla wiarygodności nie żądałbym odszkodowania (zresztą kto wypłaci je gościowi, przyznającemu się do krzywoprzysięstwa?). Wyznałbym historię, mówiąc: “Nie chcę kasy od HBO, nie chcę milionów dolarów od rodziny Michaela, tu naprawdę chodzi o prawdę i dlatego wyrzucam to wszystko z siebie, bez $”. Tak się jednak nie dzieje.

Martyna: Nie jestem w stanie w 100% przychylić się ani do dowodów na winę Jacksona, ani tych świadczących na jego korzyść. Jak już było w tym tekście kilkukrotnie wspomniane, opowieść Robsona jest chwilami grubymi nićmi szyta i biorąc pod uwagę to, jak zmieniał swoje zeznania, nie jestem w stanie traktować jego opowieści jako wiarygodnej. Natomiast trzeba zwrócić uwagę na kilka innych istotnych faktów. Robson i Safechuck to niejedyni chłopcy, którzy oskarżali Michaela o molestowanie. Na jego korzyść zaś zeznawało zaledwie kilka osób, m.in. znany już wtedy szerszej publiczności Macauley Culkin. Jasne, on bywał w Neverland i mógł wiedzieć, co się tam działo, a co nie, ale weźmy też pod uwagę, że już wtedy był znany publiczności dzięki roli Kevina. Dzięki temu mógł być również uważany za bardziej wiarygodnego niż świadkowie zeznający na niekorzyść Jacksona. Kwestia tego, że Michael otaczał się w głównej mierze dziećmi, nie dorosłymi, również budzi uzasadnione wątpliwości. Przez to, nie w 100%, ale jednak, skłaniam się ku winie Jacksona. Powtarzające się wypowiedzi rodziny co do sposobu działania gwiazdora, są przerażające. Stopniowe przywiązywanie do siebie dzieci, rozpieszczanie drogimi prezentami i pomoc w rozwoju kariery, żeby w końcu odsunąć rodzinę od chłopców i móc stosować takie, a nie inne praktyki… Obrzydliwe. Z drugiej strony podejście matek chłopców też zasługuje na głęboką pogardę. Wyobraziły sobie, że znają człowieka, którego widzą na pierwszych stronach gazet, a tak naprawdę był to dla nich zupełnie obcy mężczyzna i pozwoliły swoim dzieciakom na przebywanie z nim sam na sam. Zaś na pytanie, czy film był potrzebny, odpowiem w ten sposób – jak najbardziej, ale pod warunkiem, że sprawie przyjrzymy się głębiej i nie wyciągniemy wniosków, tylko na podstawie opowieści Wade’a i Jimmiego. Nieważne, jak istotnym artystą był Jackson – dopuszczając się tego typu czynów, powinien za to odpowiedzieć. Oczywistym jest, że nie przed sądem, ale przynajmniej w świadomości ludzi powinien się jawić jako osoba nie do końca prawa.

WPŁYW FILMU NA ODBIÓR MICHAELA JACKSONA W MEDIACH

Przemek: Odnośnie całej tej obecnej nagonki i banowaniu utworów Michaela Jacksona w radiostacjach to dla mnie osobiście jest to żenujące i to z dwóch powodów. Pierwszy – co to da? Drugi – jeśli założymy, że w Leaving Neverland opowiedziana jest prawda, to ban na Jacksona jest niczym innym jak hipokryzją w najczystszej postaci. Wiem, że żyjemy w czasach poprawności politycznej, #MeToo itd., jednak utwory MJ’a nie były “zakazane” podczas obu (uniewinniających) spraw sądowych, a teraz robi się to na podstawie nieprzestawiającego dowodów filmu. Mówiąc inaczej – wierzymy na słowo, że Jackson był potworem bez żadnego poparcia tych słów i blokujemy, bo przecież “to było wiadomo od dawna”. Dlaczego więc grano Beat it w 1989, 1993 czy 2017? Bo pokazano nam ogólnodostępne zdjęcia z ckliwym podkładem muzycznym?

Poza tym druga sprawa: poświęciłem swój czas, by zapoznać się z reakcjami dorosłych obecnie facetów, którzy wiele lat temu również byli przyjaciółmi Jacksona i sypiali z nim w jednym pokoju jako dzieci (nie twierdzę, że jest to w jakikolwiek sposób normalne). Jakie są ich reakcje? Są oburzeni i wściekli na Robsona, a ich gniew jest równie autentyczny, co łzy w Leaving Neverland. Wielokrotnie przewijają się głosy mówiące, że ci mężczyźni również spali w tej samej sypialni co Michael, będąc dziećmi, i nie ma absolutnie żadnej szansy, by mógł być człowiekiem jakim obrazuje go omawiany tu film. Mają ochotę przyłożyć Robsonowi w twarz za deptanie grobu legendy. I widać, że jest to szczere. Z tą różnicą, że materiały dostępne są na Youtubie, a nie “pięknie” zobrazowane przez HBO. Zanim zaczęliśmy pisanie tego tekstu, pojawiły się w redakcji głosy, że to “normalny dokument”. Nie, to nie jest “normalny dokument”, to film, w którym ścierają się światopoglądy, to produkcja, która może złamać psychikę milionów ludzi utożsamiających się z Jacko (co ciekawe, do linczu najczęściej nawołują fani innych legend muzyki 😉 ). I można tu oczywiście zadać pytanie, czy łatwiej nam jako społeczeństwu uznać prawdziwość niezwykle przekonującego filmu bez dowodów, czy też okłamywać siebie, uznając, że to wszystko pomówienia, nawet jeśli Leaving Neverland zasiewa w nas ziarno niepokoju. Dlatego raz jeszcze podkreślę – nie odbieram bohaterom tego obrazu prawa do wyrzucenia z siebie domniemanej prawdy, i jeśli nie kłamią, to Michael Jackson smaży się obecnie w najgorętszym kotle piekieł. Jednak tu nie ma żadnego dowodu, Wade Robson pozew wytoczył, wisząc nad finansową przepaścią, gdy dodatkowo rodzina Michaela nie zgodziła się, by reżyserował film o Królu Popu. A jakby tego było mało – mężczyźni, którzy jako dzieci również byli stałymi bywalcami Neverland, absolutnie nie dają wiary słowom narratorów tego filmu. Każdy widz musi się więc zmierzyć z tym sam, jednak zakazywanie piosenek Jacksona w radiach jest według mnie słabe na maksa i zalatuje hipokryzją na kilometr.

Anna: Król popu. Jedna z największych gwiazd muzyki rozrywkowej. Ikona popkultury. Na kartach muzycznej historii zapisały się jego największe przeboje, a ruch sceniczny zwany moonwalk stał się jego znakiem rozpoznawczym. Po prostu Michael Jackson. W mojej opinii Leaving Neverland to nie jest tylko film o tym, że dwóch facetów chce skorzystać finansowo na wymyślonej historii z jego udziałem, a te głosy słyszę najczęściej. Cała dyskusja, której obiektem jest ten film, stawia przed każdym z nas pytania natury moralnej. Zastanawiamy się teraz, czy istotniejsze jest, aby ofiary mogły uporać się z traumą i powiedzieć głośno o tym, czego doświadczyły, czy jednak wierzymy w prawo do obrony i w prawo domniemania niewinności? Czy możemy ufać twórcom filmu, którzy dają prawo głosu jednej stronie sprawy? W końcu, tak jak już wspomniał Przemek, mamy dwa głosy krzyczące głośno, ale my nie dostaniemy żadnej odpowiedzi, bo człowiek, który mógłby się bronić, już dziś nie żyje. Dodatkowo Leaving Neverland dał argumenty obu stronom sporu. Są tu treści zarówno dla obrońców Jacksona, jak i dla jego przeciwników, którzy znajdą mnóstwo przesłanek o jego chorej fascynacji małymi chłopcami. Jednak, w mojej ocenie, to film o czymś więcej niż tylko o rozstrzygnięciu, czy był on potworem, czy tylko ofiarą ogromnej nagonki. To film o wielu dysfunkcjach – rodzinie, która zatraca się w wizji luksusu i dostatku, aby być może nie dostrzec, że jeden z nich jest krzywdzony; film o tym, jak popkultura tworzy swój produkt – od dziecka nastawiany na sukces. I nie tylko chodzi mi o Jacksona, ale również o Robsona i Safechucka, którzy również byli pewnego rodzaju produktem. Od małego wypychani w wielki świat, świat brutalny, gdzie nawet największy przyjaciel może skrzywdzić. To również film o ludzkiej słabości do wybaczania i zapominania największych krzywd, jeżeli dokonuje ich osoba, którą darzymy uczuciem. I to przenosi się na każdego rodzaju wykorzystywanie, gdzie drugą osobą jest ktoś bliski. A takich przypadków jest już bardzo dużo i ten jaskrawy przypadek z Leaving Neverland powinien nam posłużyć za przykład. Nawiążę jeszcze na moment do obecnej cenzury muzyki Jacksona, która w mojej opinii na tę chwilę jest reakcją przesadzoną. Pozostawmy słuchaczom wybór, czy będą po tę muzykę sięgać, czy nie. Niech to będzie decyzja każdego z nas. Jednak nie zapomnijmy też, że po poprzednich doniesieniach świat zachował się o wiele inaczej niż dziś. Kto pamięta słynną scenę ze Strasznego filmu 3, gdzie żart nawiązujący do molestowania przez Jacksona dzieci bawił lub szokował każdego i nie trzeba było nikomu tłumaczyć, o co w nim chodzi? Każdy w mig zrozumiał aluzję. A film powstał w 2003 roku, wiele lat po pierwszych doniesieniach o Jacksonie. Dlatego może cieszyć, że dziś poziom dyskusji jest inny.

Przemek: To ja jeszcze słówko, bo wychodzę tu na stojącego po drugiej stronie muru. Nie do końca tak jest, bowiem i ja podczas seansu Leaving Neverland miałem momenty, kiedy wielka czerwona, ostrzegawcza lampka zapalała mi się w głowie. I to zapalała się mocno, choć faktem jest też, że im dłużej trwał ten film, tym mniej w niego wierzyłem; im bliżej było łzawych scen, tym bardziej coś mi “śmierdziało”. I nie mnie oceniać, jednak, kurcze, może to jedynie moje wrażenie, ale obaj panowie nawet z twarzy nie wyglądają na godnych zaufania (co potwierdza ich “renoma” w środowisku). Jednak, żeby było jasne – ja również nie jestem ślepo zapatrzony i jasne, że samo istnienie Neverland wzbudza kontrowersje, tylko raz jeszcze to powiem: o Neverland wiedzieli wszyscy. Dosłownie wszyscy cywilizowani ludzie na świecie, a pierwsze oskarżenia pojawiły się wieeeele lat temu. I co? I nikt nie uznał, że coś jest nie w porządku, a teraz nagle “wyciszamy” muzykę Michaela? W mojej ocenie szanse na winę Króla Popu są 50/50 i też odnosząc się do kwestii, którą poruszyłaś, czyli rodziny: mamy tu (w filmie) obraz dysfunkcyjnej rodziny i to wbrew pozorom nie mowa tu o rodzinach oskarżycieli, ale (może przede wszystkim) familii Jacksonów. Co do samej moralności i wiarygodności to jeszcze jedna rzecz i porównanie, które idealnie tu pasuje, pokazując, jak ludzie w diametralnie różny sposób patrzą na tę samą sytuację. Nie chciałem przywoływać tego przykładu, bo i nasz portal daleki jest od tematu, jednak po prostu się prosi, a wolę to napisać teraz, aniżeli w podsumowaniu. Mianowicie oglądałem niedawno wywiad z pewną znaną w Polsce personą, której nie wymienię z imienia i nazwiska, żeby nie zapoczątkować burzy, powiem jedynie, że po kim jak po kim, ale po tej osobie nie spodziewałem się takich słów i nie mówię, że są one “złe” – po prostu chodzi o pokazanie różnicy w odbieraniu tej samej sytuacji (i z góry przepraszam za tę wstawkę i poruszenie tego problemu). Wywiad, pytanie i odpowiedź: – Czyli uważasz, że katastrofa smoleńska to był zamach? – Tak – Dlaczego? – Bo wydaje mi się nieprawdopodobne, by ktoś wsadził kilkudziesięciu najważniejszych w państwie ludzi w jeden samolot i tak się akurat złożyło, że ten samolot się rozbił. Broń Boże nie chcę tu brnąć w politykę i nie odbieram nikomu prawa do własnego zdania, tylko, że choć pozornie są to zupełnie różne sytuacje, to mamy tę samą reakcję. W tej omawianej w wywiadzie również brak jest dowodów potwierdzających winę, a jednak znaczna część społeczeństwa uważa, że było tak, a nie inaczej. Tyle ode mnie, bo boję się, że zabrnę zbyt daleko 😉 .

Martyna: Szczerze mówiąc, to nie słyszałam nic na temat banowania utworów Michaela w radiu. Nie sądzę, żeby miało to sens, bo dokument nie udowadnia w 100% ani winy, ani niewinności artysty. I wolałabym, żeby każdy w swoim sumieniu dokonał jego oceny i wybrał, czy chce słuchać jego kawałków, czy nie. Nie ulega wątpliwości, że Leaving Neverland to najgłośniejszy dokument ostatnich czasów i ze względu na głównego bohatera będzie wywoływał kontrowersje. Dawno nie spotkałam się, żeby jakiś film był tak szeroko komentowany w mediach (no może nie tak znowu dawno. Kler Smarzowskiego również nie przeszedł bez echa). I sądzę, że to dobrze. Tak ważna sprawa jak pedofilia powinna być piętnowana i powinna być tematem dyskusji, nieważne kto się jej dopuszcza. Fakt jest jednak taki, że film nie daje stuprocentowej odpowiedzi i nie dowodzi winy Jacksona. Może być tylko przyczynkiem do zbadania sprawy i zapoznania się z szerszą ilością świadectw, dowodów i dokumentów. I sądzę, że właśnie w ten sposób powinniśmy do niego podchodzić. Jeśli chodzi o mnie, to zadałam sobie pewien trud, żeby poszukać czegoś więcej i bardziej, choć nie całkowicie, ten mały research skłania mnie ku twierdzeniu, że jednak M.J dopuścił się zarzucanych mu czynów.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Anna: Uważam, że Leaving  Neverland to film potrzebny, ważny, ale jednak pokazujący tylko wybrany fragment rzeczywistości. Mimo to film jest dobrym początkiem do mówienia głośno o pedofilii. W naszym środowisku wciąż bardziej chroni się sprawcę niż ofiarę, potrafi się znaleźć mnóstwo dowodów na winę ofiary, lekceważy się temat, w tym przypadku choćby dlatego, że Jackson to Jackson – wielka gwiazda popu, która wpłynęła na tak wielu ludzi. Ile razy jeszcze to usłyszę? Czy gorliwi obrońcy Michaela Jacksona oddaliby swojego kilkuletniego syna pod jego opiekę? Leaving Neverland daje nam kolejny powód – jakby jeszcze było nam mało po, coraz to nowych, doniesieniach medialnych o księżach czy nawet filmie Kler – do rozmowy o tym zjawisku, do rozmowy i uświadomienia sobie raz na zawsze, że winny jest zawsze dorosły, nigdy dziecko, że winnym jest oprawca, a nie ofiara. Kiedy wreszcie zrzucimy z siebie tę hipokryzję, która każe nam bronić faceta, który jawnie spał z dziećmi w jednym łóżku? I znowu: czy wystarczy być sławnym, bogatym, utalentowanym, aby móc robić wszystko i jednocześnie nie ponosić kary? Wiele jest pytań bez odpowiedzi i pewnie takimi już pozostaną, ale nie znaczy to, że ich stawianie jest z góry skazane na porażkę. Może kiedy umilknie ta fala nienawiści rzucona w głównych bohaterów Leaving Neverland, to głos zabiorą inne ofiary?

Martyna: Bohaterowie filmu niewątpliwie wykazali się sporą odwagą, opowiadając o swoich doświadczeniach. Nie mogę się zgodzić z Przemkiem, że Jackson to łatwy cel, bo cała jego marka ma miliony zwolenników na całym świecie gotowych bronić Króla jak lwy. Rodzina, firmy z nim związane i ogromne pieniądze, które dają sporą przewagę w takiej dyskusji. Dlatego sądzę, że Leaving Neverland to film potrzebny. Może nie udowadnia w 100% winy głównego bohatera, jednak znowu kieruje oczy świata na ten temat. A to ważna rzecz, bo nikt w takiej sytuacji nie powinien pozostać bezkarny.

Przemek: Leaving Neverland to obraz, z którym każdy musi zmierzyć się sam, by wyciągnąć własne wnioski. Kontrowersji jest tu co nie miara, a sam film oddziałuje na widza w sposób trudny do opisania. Czy otrzymaliśmy cztery godziny prawdy na temat potwora w ludzkiej skórze, czy może jest to niezwykle umiejętnie skrojona manipulacja? Na to pytanie w stu procentach nie odpowiem ani ja, ani koleżanki z redakcji. Całkowitej pewności nie będziecie mieli i Wy po seansie dokumentu HBO. Warto jednak zmierzyć się tak z samym filmem, jak i poruszanymi w nim kwestiami.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *