TAKIE TAM

Ten o zakupach na dziale odzieży damskiej…

Gdybym miał wyliczyć wszystkie swoje wady, nie starczyłoby stron w Wordzie, żeby to zapisać. Nieskromnie jednak mówiąc posiadam jedną zaletę – jestem dobrym bratem. No, albo przynajmniej tak sobie wkręcam, dla połechtania własnego ego. Może i lałem siostrę w dzieciństwie, ale… od tego przecież są starsi bracia! Na kim miała się nauczyć samoobrony jeśli nie na mnie? I choć moja mała sis nie powie tego głośno, to jestem bardziej niż pewien, że jest mi wdzięczna za te wszystkie kuksańce, czy dziobanie kombinerkami w oko (to akurat było przypadkowe, sorry Młoda). Tak czy siak, jestem tak zajebistym bratem, że kiedy Nati zadzwoniła z prośbą „Ej, pojedziesz mi kupić spodnie? Bo są w promocji, a w Zielonej Górze nie ma tego sklepu” zgodziłem się bez chwili wahania. Nie miałem jeszcze wtedy pojęcia na co się piszę.

Wydawało się, że jadę kupić parę czarnych spodni. JaneSkinny, czy coś tam, nie wiem. Generalnie jeansy, ale takie przylegające do ciała i rozciągliwe. W wyobraźni widziałem to tak: Wchodzę do sklepu, mówię do pani ekspedientki, że poproszę takie a takie spodnie, kolor czarny, rozmiar XS. Ona pyta „Kartą, czy gotówką?”. Odpowiadam, że kartą, którą przykładam do czytnika. Po chwili PIIIIIP, „Transakcja zaakceptowana”, mówię „dziękuję”, „do widzenia” i wychodzę ze sklepu z uśmiechem na ustach, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku i z jednym dobrym uczynkiem więcej na koncie. Tymczasem… nic bardziej mylnego.

„Tylko jak będziesz wybierał te spodnie, to na nich jest rozmiar, ale jest też taki numerek. Tylko ten numerek nie zawsze się zgadza, więc mi podeślij zdjęcie jak będziesz w sklepie to Ci powiem” – oznajmia mi Młoda na 5 minut przed wejściem do Centrum Handlowego. Zajebiście. Jestem bardziej niż szczęśliwy. Niestety, albo stety, nie ma już odwrotu, wchodzę do Galerii i bez rozglądania się na boki prę prosto do sklepu ze spodniami JaneCośTam na promocji.

Wchodzę. W środku jakieś dziesięć osób. Same kobiety. Dokładając do tego pięć pań z obsługi, wychodzi prosty rachunek – ja i piętnaście samic w sklepie z damską odzieżą. Być może dla niektórych byłoby to spełnieniem mokrego snu, ja jednak daleki jestem od zachwytów. Niepewnie rzucam wzrokiem to w lewo, to w prawo, wypatrując tych fantastycznych rozciągliwych jeansów. Poddaje się po pięciu minutach i idę poprosić o pomoc przyjaźnie wyglądającą blondynkę segregującą koszulki. Ta z uśmiechem odpowiada, że oczywiście jest do mojej dyspozycji i czym może służyć. Odpowiadam więc zgodnie z prawdą, że szukam takich konkretnych spodni, koniecznie czarnych.

Czytające ten tekst kobiety prawdopodobnie kręcą teraz głowami z uśmieszkiem politowania pod nosem, myśląc „Ty naiwny, głupi samcu – nie ma czegoś takiego jak ‘czarne’”. Dlatego – i te słowa kieruję do facetów – czaicie, że naprawdę wybór czarnych spodni nie oznacza wyboru… czarnego koloru?

Pani z obsługi pyta więc „Ale jaki czarny?”. Udaję, że niedosłyszałem i odpowiadam pytaniem na pytanie: „Słucham?”. „Jaki to ma być czarny?” – pyta z kolei blondynka patrząc na mnie jak na idiotę. Nie miałem pojęcia, czy to jakaś wyrafinowana gra wstępna, czy może żartujemy sobie jak starzy kumple, więc wypalam: „Czarny-czarny!” i niech ktoś zatrzyma tę karuzelę śmiechu! Laska podaje mi wreszcie spodnie. Tak na nie patrzę i może się nie znam, ale jak na mój skromny gust to te spodnie są naprawdę w chuj (za przeproszeniem) czarne. Powiem więcej: kiedy czarny kolor spotyka te spodnie na ulicy, w kawiarni, czy po prostu na mieście, to zbijają sobie pionę, takie z nich bliźniaki. Nie kłamię.

Po przejrzeniu kilku par, kiedy zaczynam wierzyć w końcowy sukces, dosłownie witam się już z gąską, Nati rzuca: „A pokaż mi jeszcze raz te czarne”. Bo w międzyczasie z rozmowy telefonicznej przeszliśmy na videorozmowę na Messengerze. Ustalmy więc fakty: Jestem na dziale damskiej odzieży, trzymam w ręku spodnie dla siostry, pewien, że akcja zakończona, a ona ni stąd ni zowąd chce, żebym jej znowu pokazał „te czarne”.

Kiedy rozmawiamy ona siedzi sobie w domku w piżamce, ja w godzinach szczytu w centrum handlowym z obcą laską – ekspedientką u boku, zlany potem, bo – i tu nie będzie niespodzianki – zapomniałem przy wejściu zdjąć kurtkę, więc cała ta sytuacja sprawia, że pocę się jak pedofil w Smyku. To się nie może dziać naprawdę. A jednak się dzieje. To nie jakiś na maxa pokręcony senny koszmar, cała ta sytuacja tworzy się autentycznie na moich oczach. DRAMAT! W sumie nie byłoby źle, gdyby nie fakt, że wszystkie były, kurwa, czarne. Każda jedna para zlewałaby się w tło z nocą.

No i to by było na tyle z opowieści o przygodzie ze spodniami koloru smoły na dziale damskiej odzieży, bo finalnie udało się nam (mnie, siostrze, pani z obsługi) dokonać wyboru! Przyłożyłem kartę, kliknęło PIIIIP i zaakceptowało transakcję. Pytanie jakie nasuwa się samo brzmi: Czy z tej historii płynie jakiś morał? Odpowiadam: Absolutnie żaden! Może, poza tym, że jeśli maltretowaliście za dzieciaka młodsze rodzeństwo, wynagrodźcie im to po latach, nawet jeśli wiązałoby się to ze zrobieniem z siebie idioty, który nie ogarnia, że „czarny” to zwrot używany wyłącznie przez laików.


A na koniec niepowiązany zupełnie z niczym kawałek…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *