Ten o „This Is Us” [recenzja]

Ten o „This Is Us” [recenzja]

Ciągle ewoluujący świat seriali dawno już przebił hity dużego ekranu. Nic dziwnego, skoro produkcje stoją na tym samym poziomie, jednak historia opowiadana w odcinkach daje nam więcej frajdy, kiedy losy bohaterów poznajemy na przestrzeni kilkudziesięciu, a nie jak to zazwyczaj bywa w filmach, dwóch godzin. Rokrocznie amerykańskie stacje telewizyjne zalewają rynek setkami nowych seriali, wśród których rzecz jasna znajdują się zarówno gnioty, jak i prawdziwe perełki, zyskujące z czasem status kultowych. Do uznawanych powszechnie za najwyższą półkę zaliczyć można chociażby Grę o tron, Rodzinę Soprano, Breaking Bad, Zagubionych czy Dextera. Wierzcie lub nie – serial omawiany w niniejszym tekście to ta sama, górna półka. Najwyższa z możliwych. This is us – Tacy jesteśmy, niby zwyczajna rodzinna historia, której akcja nie pędzi na łeb, na szyję; serial o… życiu, jakkolwiek banalnie to brzmi. Jedna z najbardziej pokrzywdzonych podczas wielkich, branżowych ceremonii (zaledwie jeden Złoty Glob i dwie statuetki Emmy) i niedocenianych produkcji, będąca zarazem jedną z najlepszych rzeczy, jakie na ten moment można zobaczyć w telewizji. Rozszarpująca emocjonalnie historia rodziny Pearsonów, która w trakcie 45- minutowego odcinka potrafi wywołać u widza morze łez, by trzy sceny później, ten zaśmiewał się do rozpuku. Serial perełka; serial, który powinien znać każdy.

Teoretycznie powinienem tu omówić zakończony właśnie sezon numer dwa hitu NBC, jednakże biorąc pod uwagę, jak mało popularny jest to nad Wisłą tytuł, tekst tyczył się będzie obu odsłon This is us. Zacznę więc od SPOILERA i to dość sporego, jednak nie da się tego nie napisać, omawiając ten konkretny obraz. SPOILER dotyczy pierwszego odcinka i to, co za chwilę zostanie tu napisane, to główny twist pilotażowego epizodu, jednak spokojnie, jest to twist pierwszy, choć zdecydowanie nie ostatni. Kochające się małżeństwo – Jack i Rebbeca, w dniu urodzin tego pierwszego, jadą na oddział położniczy – to dzień, w którym Rebecca wreszcie urodzi. Kate, chorobliwie wręcz otyła, walczy z kompleksami. Kevin, prawdziwe ciacho, chciałby wreszcie wyrwać się spod klosza roli męskiej niańki w niezwykle popularnym serialu, jest bowiem przekonany, że stać go na więcej. Czarnoskóry Randall, człowiek sukcesu, próbuje odnaleźć ojca, który w dniu narodzin zostawił go pod posterunkiem policji.

I tak oto oglądamy perypetie bohaterów, których polubić można już przy pierwszym spotkaniu, gdy nagle okazuje się, że wszystko, co widzimy na ekranie, dzieje się na dwóch płaszczyznach czasowych. Rebecca rodzi trojaczki, jednak jednemu z dzieci nie udaje się przeżyć, wtedy to Jack postanawia przygarnąć przywiezionego do szpitala czarnoskórego malucha. Jack i Rebecca mają więc kompletną rodzinę z trójką pociech – bliźniętami Kate i Kevinem oraz adoptowanym Randallem. Jest to zaledwie pierwsza z wielu niespodzianek, jaką przy 36 (obecnie wyemitowanych) odcinkach zaserwuje nam dzieło Dana Fogelmana.

Losy rodziny Pearsonów śledzić będziemy na przestrzeni ponad trzydziestu lat, od niemowlęctwa po dorosłość „trojaczków”. I choć, jak zostało już napisane, tempo akcji nie powala, to ładunek emocjonalny jest wręcz niepojęty. Nie mając zamiaru nikogo urazić, powiem tylko, że bomba, która zrzucona została na Hiroszimę, miała mniejszą siłę rażenia. I uwierzcie, mówię poważnie. Ilości zwrotów akcji i sposobów, w jaki prezentowane są widzowi, można tylko przyklasnąć, dodając zarazem, że nie są to tanie chwyty rodem z brazylijskiej telenoweli. To, co widzimy na ekranie, to życie. Zmagająca się z potężną nadwagą kobieta szuka miłości i zrozumienia, zaszufladkowany dzięki ładnej buzi aktor nie radzi sobie z popularnością, chcąc zarazem udowodnić sobie oraz otoczeniu, że stać go na więcej. Adoptowany w dzieciństwie mężczyzna, choć kocha przybraną rodzinę, próbuje odnaleźć swoje korzenie, a dwójka młodych rodziców, pomimo codziennych problemów, stara się stworzyć szczęśliwy dom, dla siebie i dzieci; dom, którego żadne z nich nie miało. Tacy jesteśmy.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, na czym polega geniusz tego obrazu. Nie ma tu emerytowanego nauczyciela chemii produkującego narkotyki, policjanta-mordercy ani smoków. W This is us nie ma nawet ostrego języka. Taki ot, „zwyczajny” serial o zwyczajnych ludziach, ich problemach i radościach, w którym pierwszym, co wypadałoby pochwalić, jest aktorstwo. Trudno znaleźć w obsadzie choćby jeden słaby punkt. Teoretycznie największą gwiazdą powinien być tu znany z pierwszego sezonu American Crime Story, Sterling K. Brown, który za kreację Randalla nagrodzony został i Złotym Globem i Emmy, jednak na dobrą sprawę nagrody te mogłyby trafić do dowolnego członka rodzinki z This is us. Milo Ventimiglia jako głowa rodziny Pearsonów to facet, którego każdy chciałby mieć za ojca. Mimo że nie bez wad, jest człowiekiem, który dla rodziny zrobiłby wszystko i to w taki sposób, że widz zadaje sobie pytanie pt.: „Czy tacy mężczyźni naprawdę istnieją?”. Mandy Moore w roli Rebeki, próbującej pogodzić macierzyństwo z marzeniami o karierze scenicznej, zachwyca w każdej niemal scenie. Nie dość, że to postać ciepła i prawdziwie troskliwa, to jeszcze tak piękna, że nie można oderwać od niej wzroku! Chrissy Metz (serialowa Kate) to dziewczyna, która mogłaby zostać naszym kumplem, której dopingujemy i ściskam kciuki, by wreszcie odnalazła szczęście. Z Kevinem (Justin Hartley), o którym swoją drogą dowiadujemy się wiele w drugim sezonie, chcielibyśmy wybrać się na piwo i poklepując go po plecach, powiedzieć: „Stary, dasz radę!”. Nie będę już nawet wymieniał postaci drugoplanowych, bo nie starczyłoby stron w Wordzie, by to rozpisać. Są genialni, wszyscy, bez wyjątku.

Druga odsłona największej niespodzianki zeszłorocznej telewizyjnej ramówki stawia poprzeczkę jeszcze wyżej, serwując nam emocjonalny rollercoaster, nad którym nie sposób zapanować. Główni bohaterowie rozwijają się na naszych oczach, natomiast tych z drugiego planu poznajemy lepiej i chcemy poznawać, bo są dla nas niczym przyjaciele (tu najlepszymi przykładami będą Toby – chłopak, z którym spotyka się Kate oraz żona Randalla – Beth), niczym rodzina. Nowe twarze w obsadzie zostają wpasowane wręcz idealnie (przygarnięta przez Randalla i Beth do rodziny zastępczej, Deja). Tu po prostu wszystko jest na swoim miejscu i tak jak trzeba. Nie muszę chyba dodawać, że jako dramat, serial Fogelmana porusza niełatwe tematy jak – dla przykładu – rasizm czy próba poradzenia sobie ze stratą bliskiej osoby. Mało tego – wreszcie poznajemy odpowiedź na pytanie, które widzowie zadawali sobie niemal od samego początku, i tak się składa, że poświęcone temu trzy odcinki – odpowiednio That’ll Be The Day, Superbowl Sunday i The Car – to najlepsze, co przydarzyło się telewizji od dawna. By otrzeć łzy po emocjach wymienionych epizodów nie wystarczy jednej paczki chusteczek.

Na czym polega urok This is us? Ten serial jest niczym mięciutki koc, którym chcemy się otulić w chłodny wieczór. To produkcja niezwykle ciepła, rodzinna, wzruszająca i życiowo mądra. Być może tylko przypomina o wartościach, które pielęgnować powinien każdy, jednak w natłoku codziennych obowiązków, zapominamy o nich i owo przypomnienie powinniśmy docenić. Tacy jesteśmy wywołuje łzy i niekontrolowane napady śmiechu, sprawia, że chcemy pobiec do członków własnej rodziny i uściskać ich tylko za to, że z nami są. To serial, który sprawia, że chcemy stać się lepszymi ludźmi. Nie wiem, czy ta, dość ogólnikowa recenzja, przekona kogoś do sięgnięcia po produkcję stacji NBC, jednak nalegam – spróbujcie, śmiejcie się i płaczcie, oglądając perypetie Pearsonów, przeżywając katharsis, jakiego jeszcze w telewizji nie było.


To też może Ci się spodobać:

7 komentarzy

  1. Na pewno obejrzę ten serial z moim ukochanym. Po serialu Dark czas na coś spokojniejszego 🙂

  2. O, a ja akurat choruję i szukam czegoś na wieczór miłego do obejrzenia. Spadłaś mi z nieba. 😀

  3. O serialu „This Is Us” słyszałem za pośrednictwem twittera, który zawsze mam ustawiony na amerykańskie trendy. Muszę przyznać, że jest on niesamowicie chwalony tam nie tylko przez zwykłych mieszkańców, ale także gwiazdy, co tylko mówi o jego wielkości. Sam jeszcze nie miałem okazji go „spróbować”, aczkolwiek szukam czegoś właśnie takiego „ciepłego”. Mam nadzieję, że rozumiesz, co mam na myśli. Ostatnio nadrabiam „Full House” właśnie dla tego aspektu. Świetna recenzja!

  4. Ja wciąż świat seriali omijam szerokim łukiem. Jakoś przeraża mnie ilość czasu, które trzeba by poświęcić na serialowe hobby 😉

  5. Kocham seriale, uważam, że obecnie więcej się produkuje dobrych seriali, niż dobrych filmów. „This Is Us” jeszcze nie znam….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *