FILM,  RECENZJE

Ten o wojnie światów, czyli “Midsommar. W biały dzień” [recenzja]

Schematyczne amerykańskie slashery, fala brutalnego kina francuskiego, azjatyckie, upiorne dziewczynki o kruczoczarnych włosach, czy też pięknie opakowana groza rodem z Hiszpanii. Zombie, strzygi, wszelkiego rodzaju śmiercionośne epidemie oraz czyhające w cuchnących miejskich kanałach potwory marzące jedynie o skromnym panowaniu nad światem. Co łączy wszystkie wyżej wymienione? Jedno hasło, brzmiące: ALE TO JUŻ BYŁO! I kiedy wydawało się, że horror jako gatunek nie jest już w stanie zaskoczyć przeciętnego widza (a co dopiero prawdziwego fana grozy!) na scenę wkroczyli Jordan Peele oraz Ari Aster, którzy fantastycznymi debiutami (odpowiednio filmami Uciekaj! i Hereditary. Dziedzictwo) rozbili bank, wlewając w serca miłośników gatunku odrobinę nadziei na lepsze czasy dla ekranowych makabrycznych opowieści. Obu twórcom udało się stworzyć dzieła wybitne i przerażające, jednocześnie unikając wtórności, o którą w tym przypadku nietrudno. Na początku lipca 2019, czyli w momencie pisania tych słów obaj panowie mają już za sobą drugi, o wiele trudniejszy krok. O ile zadebiutować z przytupem można (przy odrobinie talentu) zawsze, o tyle niezwykle istotny jest obraz numer dwa, dający odpowiedź na pytanie, czy genialny debiut był jedynie dziełem przypadku, czy też mamy tu do czynienia z twórcą większego kalibru. O drugim filmie Peele’a – To my – pisałem TUTAJ (zachęcam do przeczytania recenzji, jednocześnie uprzedzając fakty – być może z mniejszym rozmachem, jednak udało się Amerykaninowi obronić nazwisko). Co więc z Ari Asterem, którego Hereditary (recenzje znajdziecie TUTAJ) podzieliło widownię na zachwyconych oraz zdegustowanych? Pierwsze przedpremierowe recenzje omawianego właśnie Midsommar. W biały dzień (tak, za chwilę do niego dojdziemy 😉 ) to jeden wielki Ocean zachwytów! Takie to innowacyjne, takie wizjonerskie, takie piękne, tak nieszablonowe itd. itd. Mało tego, wielu nazwało Midsommar NAJLEPSZYM HORROREM ODKĄD ZACZĘTO KRĘCIĆ FILMY! Ile w owych zachwytach prawdy dowiecie się z niniejszego tekstu.

Cała historia rozpoczyna się – o wow – dosyć standardowo, bo oto główna bohaterka, Dani (w tę postać wciela się jedna z najlepiej rokujących młodych aktorek, znana chociażby z Lady M., czy Małej doboszki, Florence Pugh) za jednym zamachem traci najbliższą rodzinę, a dokładnie rodziców oraz siostrę, która to postanowiła się zabić przy okazji (świadomie lub też nie) mordując tych, którzy dali jej życie. Zrozpaczona Dani próbuje więc znaleźć ukojenie w ramionach Christiana (Jack Reynor) – chłopaka, z którym związek również chyli się ku upadkowi. Nasza nowa sierotka nie wie jednak, że Christianowi (również dzięki namowom kolegów) niespecjalnie już widzi się ich związek. A teraz jeszcze to durne pocieszanie i w ogóle. „Daj se siana, laska” – myśli po cichu chłopak planujący z najlepszymi ziomkami wakacyjny wypad do Szwecji, bo właśnie do swej rodzinnej wioski na końcu świata (a wioska ta zwie się Hårga i jest to autentyczna nazwa autentycznie istniejącego miejsca na Ziemi) zaprosił wszystkich uśmiechnięty od ucha do ucha Pelle. Cel wyprawy? Zapoznanie się z odprawianym zaledwie raz na dziewięćdziesiąt lat rytuałem letniego przesilenia. Pierwszy problem pojawia się, gdy o wypadzie dowiaduje się Dani, psując męską wyprawę w nieznane, no bo przecież trzeba nie mieć serca, by zostawić w nudnym domu to kipiące traumą dziewcze o sarnich oczach! I tak oto czwórka Amerykańców i jeden Szwed wyruszają ku przygodzie życia! SPOILER: Wkrótce okaże się, że obecność Dani to najmniejszy z ich problemów.

Rzeczywistość w odizolowanej od cywilizacji wiosce wydaje się być bardziej niż bajkowa, choć już przy wjeździe na piękne skandynawskie tereny reżyser daje nam znać, że to co zobaczymy dalej może odbiegać od normy, dlatego odwraca na kilka chwil kamerę „do góry nogami”. Nasi bohaterowie nie mają o tym jednak zielonego pojęcia dlatego z uśmiechami na ustach idą na rzeź niczym stado bezmyślnych baranów. Trzeba jednak oddać młodym Amerykanom, że tym co zastają na miejscu ciężko się nie zachwycić. Piękne, pszenicznowłose Szwedki, świeże powietrze, możliwość wyciszenia się od miejskiego zgiełku, narkotyki na każdym kroku, czy skok dwójki ludzi na pewną śmierć z kilkudziesięciometrowego klifu. Piękna sprawa! Tak, do narkotyków i śmierci jeszcze wrócę, tymczasem Dani i ferajna bawią się w najlepsze, gdy dookoła śpiewy, tańce, jadło i napitki! Tak trzeba żyć – powiedzieliby przedstawiciele pokolenia wychowanego na Youtubie i rzeczywiście nie sposób nie przyznać im racji – Tak trzeba żyć!… No, chyba, że nie każdemu Twoje życie jest na rękę, a tak się akurat składa, że życie naszych bohaterów nie jest specjalnie istotne dla mieszkańców Hårgi, czego mam nadzieję nie muszę wyjaśniać, skoro mówimy o horrorze umiejscowionym w bądź co bądź typowo sekciarskiej społeczności.

Tyle w kwestii samej fabuły (przynajmniej na chwilę), pora na rozliczenia. Pora na zalety, wady, odniesienie do przedpremierowych zachwytów oraz porównanie z wybitnym debiutem jakim w przypadku Ari Astera było Hereditary. Dziedzictwo. Zdradzę może od razu, że gdybym wypisał sobie na kartce listę zalet i wad, Midsommer wygrałoby z poprzednikiem w cuglach, bowiem plusów tu od groma. Niestety są i minusy, na domiar złego strasznie psujące odbiór całości. To czym z całą pewnością można się zachwycać są przepiękne, niesamowicie jasne i nasycone (prześwietlone w wielu przypadkach) zdjęcia oraz fantastyczna praca kamery. Niektóre ujęcia dosłownie zapierają dech w piersi, a co za tym idzie, widz jak i bohaterowie daje się w pewnym stopniu zahipnotyzować tym idyllicznym, skandynawskim obrazkiem. Wynikającą z tego kolejną zaletą jest wywołanie zamierzonego przez twórcę efektu, czyli poczucia dyskomfortu, kiedy to na tle całego tego Edenu zaczynają dziać się rzeczy absolutnie przeciwne do pięknego, cieplutkiego słonka, czy jaskrawozielonych pól ozdobionych wielobarwnymi kwiatuszkami. Rzecz jasna innowacyjne (i za to plus) jest już samo osadzenie akcji – jak łopatologicznie wyjaśnia nam polski tytuł – za dnia. Horror za dnia? Czy to możliwe? Tak, możliwe. Niestety nie do końca udane.

Pierwszym i największym zarzutem jaki mogę skierować w stronę Midsommar. W białym dzień jest fakt, iż im dalej w las (swoją drogą niezwykle pasujące tu porównanie) tym gorzej. Zakończenie rozczarowuje i choćby nie wiem jak bardzo wszyscy „znaFcy” na świecie próbowali wmawiać, ten film nie jest ani zaskakujący ani wielce głęboki. Oczywiście nie zaspoileruje zakończenia, jednak o ile w przypadku Hereditary zostawiało ono widza osłupiałym, tak w Midsommer również kończymy seans z otwartymi ustami, jednakże z zupełnie innego powodu. Jakiego? Takiego, że po głowie kołacze się jedno wielkie: „Serio? To już jest koniec?”. Wiem co mówię, widziałem ludzi w kinie rozglądających się po seansie dookoła z niedowierzaniem, próbując znaleźć u współwidzów odpowiedzi na gigantyczne WTF. Druga sprawa to straszenie. I oczywiście rozumiem, że był to zabieg celowy, że to taka nowa moda, że zróbmy coś na przekór, czyli horror bez choćby jednej mrożącej krew w żyłach sceny. Wszystko niby ok, bo przecież trzeba próbować nowego, ale żeby aż tak? Wiadomym było, że Aster nie będzie nas straszył zjawiskami paranormalnymi (na całe szczęście!), a spróbuje wedrzeć się do głowy każdego z widzów budząc najbardziej skrywane lęki. Tak też się stało, jednak w sposób nie do końca przekonujący. Dodatkowo uśmiech politowania wzbudzać może logika (a właściwie jej brak) głównych bohaterów, którzy chociażby w chwili, gdy na ich oczach ktoś rozbija żywemu człowiekowi czaszkę wielkim młotem nie biorą nóg za pas, a tłumaczą to sobie „różnicami kulturowymi” (serio!). I tutaj na chwilę się zatrzymam, bowiem wspomniane różnice dało się zauważyć (właściwie na nich zbudowany jest cały szkielet filmu), a owo porównanie konsumpcyjnego, zabieganego świata zachodu z cichą wioską wypadło całkiem znośnie. Nie zmienia to jednak faktu, że po fantastycznym wprowadzeniu (które – o lol – rozgrywało się nocą, nie „w biały dzień”) i świetnym rozwinięciu, końcowa część Midsommar rozczarowuje. W wielu opiniach można przeczytać o motywie zemsty, o nieukojonej traumie itp. jednak umówmy się, że jest to zwyczajne wciskanie przyszłym widzom kitu! Łopatologiczne rozwiązania finałowe wzbudzają już nie uczucie dyskomfortu, a uśmiech i to wcale nie w tych scenach, w których reżyser by sobie tego życzył (a i takie tu znajdziemy). Na koniec tego akapitu dodam, że Florence Pugh wielką aktorką zostanie (już jest?). Ten film to jej One Man Show i trzeba dziewczynie oddać, że spisała się na medal! O reszcie bohaterów ciężko powiedzieć cokolwiek.

Wiem, wiem, wiem. Cały poprzedni akapit mógłby sugerować, że film nie przypadł mi do gustu, zwłaszcza jeśli dodam, że widać w Midsommar inspirację Climaxem Gaspara Noe. Inspirację raczej średnio udaną, bowiem bad trip pokazany przez Astera to co najwyżej daleki, biedny kuzyn tego z dzieła Francuza. Nie mniej jednak nie takie Letnie Przesilenie straszne, jak je PisanePoPijaku maluje. Co prawda po niezwykle udanym debiucie reżyser Dziedzictwa nieco obniża loty, jego najnowsze dzieło nadal warte jest zapoznania się z nim. Obraz hipnotyzuje zarówno stroną wizualną jak i ścieżką dźwiękową (jeden z największych atutów Midsommar, o którym nie wspomniałem wcześniej), zmusza do refleksji (wojna światów!), jest kapitalnie zagrany przez tę osobę, która błyszczeć tu powinna, a i samej wizji twórczej nie sposób odmówić oryginalności oraz odwagi. Nie wszystko jednak poszło tu zgodnie z planem, lub – co gorsza – było dokładnie takie jak zaplanowano, a sam pomysł okazał się dziurawy. Najlepiej o jakości najnowszego obrazu Ari Astera przekonać się samemu, do czego szczerze zachęcam. Jest całkiem nieźle, choć poprzeczka zawieszona została chyba odrobinę zbyt wysoko.

OCENA: 6,5/10


  • Fot.: Gutek Film

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *