FILM,  RECENZJE

Ten o pan!ce na parkiecie, czyli “Climax” [recenzja]

Choć przeszło pół wieku temu urodził się w Argentynie, wychowany został w Paryżu, co rzecz jasna przekłada się na jego twórczość. Twórczość zresztą niezwykle kontrowersyjną, bowiem rzadko zdarza się, by podczas projekcji kolejnych dzieł Gaspara Noé wszyscy widzowie wytrwali na sali kinowej do ostatniej sceny. Szokował właściwie od zawsze, ponieważ już w debiutanckim Carne z 1991 roku (nagrodzone na Festiwalach Filmowych w Awinion oraz Cannes) przedstawia historię rzeźnika, który zabił niewinnego mężczyznę, gdyż podejrzewał go o molestowanie swojej upośledzonej córki. I chyba już sam opis mówi tutaj wszystko. Następne były Sodomites oraz Sam przeciw wszystkim, choć prawdziwie światowy rozgłos przyniósł mu drastyczny dramat Nieodwracalne z 2002, w którym wystąpili między innymi Vincent Cassel oraz Monica Bellucci, a sam film zawiera – można to śmiało powiedzieć – jedną z najbardziej pamiętnych scen w historii kina. Po kilku mniej udanych produkcjach znany z przekraczania kolejnych granic (według wielu krytyków oraz widzów również granic dobrego smaku) twórca, w październiku ubiegłego roku wkroczył do kin ze swym najnowszym dziełem zatytułowanym Climax. Ku zdumieniu samego reżysera na palcach jednej ręki można było policzyć osoby, które opuściły premierowy seans przed jego zakończeniem, a i recenzje w zdecydowanej większości stanowiły opinie pochlebne. Sam Noé zażartował nawet w jednym z wywiadów, że musi teraz przemyśleć swoją karierę, bo chyba coś zrobił nie tak jak trzeba. Czy roztańczony Climax rzeczywiście stonował kontrowersyjnego artystę, by ten stał się bardziej przystępny dla przysłowiowego przeciętnego zjadacza chleba? A może przekroczona została granica, po której nie ma już odwrotu? 

Na dobry początek otrzymujemy przedostatnią scenę filmu ze zdecydowanie zbyt lekko ubraną (w stosunku do panującej na dworze śnieżycy), okrutnie łkającą dziewczyną, która to po chwili pada w objęcia białego puchu. Dalej pojawia się plansza z napisami końcowymi, a po niej następująca informacja: Obejrzeliście film oparty na prawdziwych wydarzeniach, do których doszło we Francji w zimie 1996 roku. Ile w owym komunikacie prawdy ciężko powiedzieć, bowiem Internet nie udzieli Wam odpowiedzi, natomiast sam twórca obrazu utrzymuje, że przedstawione wydarzenia naprawdę miały miejsce, lecz dla dobra uczestników wszystkie dane zostały zatajone. Chwilę później scena z przesłuchań (w domyśle: do jakiegoś tanecznego show) odtwarzana na magnetowidzie, a widoczna na ekranie telewizora „obudowanego” kasetami VHS z takimi klasykami jak chociażby Suspiria, czy Schizofrenia. W przeciągu najbliższych dwóch zdań zdradzę większość fabuły filmu i jeśli chcecie, możecie pominąć owe dwa zdania, jednak na dobrą sprawę nie ma to sensu, skoro każdy jeden opis (w tym opis dystrybutora na wydanym niedawno w Polsce DVD/ Blu Ray) w sieci mówi dokładnie to samo. Dlaczego? Ano dlatego, że choć nie zabrzmi to dobrze, w tym obrazie, który – uprzedzając fakty – oceniam na dziesięć gwiazdek, scenariusz jest sprawą drugorzędną i co tu dużo mówić – najsłabszym ogniwem. Tak więc sprawa wygląda następująco – grupa tancerzy spotyka się pewnego zimowego wieczoru w opuszczonej szkole od kilku dni ćwicząc układ choreograficzny. Po pracy zebrani zaczynają świętować racząc się puszczaną z winyli muzyką oraz przygotowaną na tę okazję sangrią. Okazuje się jednak, że ktoś wpadł na genialny pomysł doprawienia trunku substancjami psychoaktywnymi (LSD) co owocuje ogromnym bad tripem wszystkich uczestników imprezy, przeradzającym się w istne piekło na ziemi (i to nawet nie jest przenośnia).

Przeczytałem gdzieś opinię, że Climax to kino, które nie tyle się ogląda co się go doświadcza i muszę przyznać, że jest w tym stwierdzeniu sporo prawdy. Skąd taki wniosek? Stąd, że gdybym zaczął rozbierać ten obraz na czynniki pierwsze wyliczyłbym zdecydowanie więcej wad aniżeli zalet z czego doskonale zdaje sobie sprawę. Mało tego – film, który niespodziewanie wskoczył na wysokie miejsce mojego prywatnego TOP movies ever jest dziełem, którego nie jestem w stanie nikomu polecić wiedząc co zobaczy na ekranie. No więc choćby powierzchownie pozwolę sobie przefiltrować wizję Gaspara Noé przez sito przez jakie zazwyczaj przepuszcza się filmy. Jak już wspomniałem scenariusz jest tu (pozornie) najsłabszą stroną. Nie miejcie mi za złe, bo nie ja jeden to zdradzam, ale taki jest fakt – Climax to film o imprezie, która zmienia się w dziką orgię obrazującą najgorsze ludzkie oblicza. I tyle. Po prostu. Może więc – pomyśli ktoś – dialogi stoją na wysokim poziomie? Ależ skąd! Są wulgarne, prostackie i prymitywne (znaczna ich część kręci się wokół seksu i to bynajmniej nie w poetyckim wydaniu). Skoro ani scenariusz, ani dialogi, to przynajmniej aktorzy musieli spisać się na medal, prawda? Również i z tym nie do końca można się zgodzić. Z jednej strony są dosyć wyraziści (spory też plus dla reżysera i scenarzysty za oddanie każdemu z licznej grupy tancerzy porównywalnie równego czasu przed kamerą), z drugiej ciężko tutaj kogokolwiek wyróżnić. Teoretycznie mogliby to być Sofia Boutella, Souheila Yacoub oraz Romain Guillermic, wcielający się odpowiednio w role Selvy, Lou i Daniela, jednak nawet oni nie kradną show. Na upartego można by się jeszcze przyczepić przekłamania jakim – przynajmniej tak mi się wydaje – jest przesadzona reakcja bohaterów na narkotyki. Żaden ze mnie spec w tej dziedzinie, jednak z tego co się orientuję „kwas” który mówiąc kolokwialnie „nie wejdzie” raczej nie doprowadza do tak drastycznych zachowań jakie za pośrednictwem swoich tancerzy serwuje nam Noé. Oczywiście wszystko zależy pewnie od dawki, ale tak, czy owak reakcja wydaje się być najdelikatniej mówiąc przegięta. Za co więc te dziesięć gwiazdek?

Za wspomniane wcześniej „doświadczanie” omawianego tytułu. Przyznaję z ręką na sercu, że zawyżam ocenę filmu, a powodem dla którego to robię jest fakt, że nigdy nie przeżyłem (ooo, aż samo się napisało – „przeżyłem” zamiast „oglądałem”) czegoś podobnego podczas jakiegokolwiek seansu filmowego. Teraz chwila na odrobinę prywaty i odpowiedź na pytanie dlaczego dopiero pół roku po premierze sięgnąłem po Climax, który przecież od dawna już przyciągał mnie samym plakatem? Odpowiedź jest prosta: mało taneczny ze mnie facet. Tańczę jedynie w domu, gdy nikt nie widzi i co tu dużo mówić, ma się te kocie ruchy, jednak świat chyba nie jest jeszcze na nie gotowy. A tak już bardziej poważnie – nigdy nie przepadałem za filmami, czy programami telewizyjnymi, których głównym wątkiem był właśnie taniec, stąd i swego rodzaju rezerwa w podejściu do opowiadanej w znacznej mierze wygibasami na parkiecie historii. Pora więc, by uderzyć się w pierś i przyznać do błędu! Zresztą niesamowicie ekspresyjny taniec i wyrywające momentami z butów układy choreograficzne w rytm klubowych klasyków z repertuarów chociażby Daft Punk, NEON, czy Aphex Twin (wreszcie doszliśmy do jakiejś zalety, którą rzecz jasna stanowi ścieżka dźwiękowa i wierzcie mi na słowo, bo pisze to gość nie zaliczający się do fanów muzyki klubowej) to zaledwie jeden z elementów tworzących to niezwykle przyciągające kino. Niedawno w recenzji Narodzin gwiazdy napisałem, że film Coopera leży w warstwie scenariuszowej, jednocześnie będąc czymś prawdziwym, ponieważ bije od niego emocjami, a czy nie o emocje właśnie chodzi? (i żeby było jasne obu tych tytułów – Narodzin gwiazdy oraz omawianego teraz nijak nie da się do siebie porównać). I tutaj oczywiście ilu widzów, tyle opinii, bo czy najwyższą ocenę (jak w omawianym przypadku) można przyznać dziełu bez scenariusza, dialogów i gwiazdorskich kreacji aktorskich? Jak widać, można. Jeden „prawdziwym kinem” nazwie, dajmy na to, Incepcję, inny będzie się upierał przy estetyce Tarantino, trzeci przy humorze Allena, czwarty da się pociąć za Bergmana itd. Kto więc ma rację? Prawdopodobnie każdy swoją.

Porwał mnie duszny, klaustrofobiczny klimat. Porwały mnie kolorowe sceny taneczne podczas których czuć pod skórą, że ta impreza raczej tęczowego finału nie doczeka. Porwał mnie Gaspar Noé ze swoim specyficznym flirtem tak z kamerą (co ciekawe film pomimo wielu długich, nie przerywanych ujęć „z ręki” został nakręcony w niespełna dwa tygodnie) jak i samym widzem. Climax autentycznie wygląda jak kręcony w ubiegłym stuleciu, przygniata z każdej możliwej strony, oblepia swoim brudem. Odpowiadając więc na pytanie za wstępu: NIE(!), zdecydowanie nie jest to dzieło, dzięki któremu jego twórca staje się łatwiej przyswajalny oraz TAK(!) – kolejne granice zostały przekroczone. Wymieniłem w niniejszym tekście więcej wad niż zalet i w pełni zdaje sobie sprawę z rzucających się w oczy niedociągnięć technicznych, czy też przegięcia w epatowaniu czystym ludzkim złem. Nie jestem w stanie zagaić znajomych w stylu: „Ej, wiecie co, oglądałem spoko film. Jaki? Climax. Obejrzyjcie sobie, naprawdę fajny”, choć sam najchętniej od razu obejrzałbym go ponownie. To trudna miłość jest, bez dwóch zdań. Wielu powie, że to podręcznikowy przykład przerostu formy nad treścią i nawet nie mam im tego za złe. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że część widowni, tak jak ja zostanie zahipnotyzowana i wciągnięta w wir jednej z najostrzejszych, a zarazem autentycznych imprez jakie widział świat kina! Tytuł z gatunku tych, których nigdy nie zapomnę. Zdecydowanie!

 

OCENA: 10/10


  • Fot.: Gutek Film

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *