FILM,  RECENZJE

Ten o graniu na najczulszych strunach, czyli “Narodziny gwiazdy” [recenzja]

To historia prosta jak budowa cepa. To historia, jakich kino widziało już wiele. To historia stąpająca po cienkiej granicy między geniuszem a kiczem. To historia dla masowego odbiorcy, który ponad artystyczne doznania stawia chrupanie popcornu (co zresztą nie jest ujmą). To historia, w której Madonna XXI wieku i jeden z najpopularniejszych aktorów na świecie tworzą jeden z najbardziej autentycznych duetów w dziejach kinematografii. To historia niepozostawiająca nikogo obojętnym (jeśli nie ma serca z kamienia). To historia stawiająca pytanie o co tak naprawdę chodzi we współczesnym kinie. To historia do bólu aż przewidywalna. To historia okraszona świetną muzyką. To historia o miłości podupadającego rockmana pijaka i potrafiącej śpiewać, zagubionej, młodej dziewczyny. To historia z cholernie nierównym tempem akcji. To historia, która co najmniej jedną statuetkę Oscara ma już niemal w kieszeni, choć od gali w Los Angeles dzieli nas jeszcze przeszło miesiąc. To historia po obejrzeniu której większość czytających ten tekst będzie musiało sięgać po chusteczkę, aby otrzeć ściekające po policzkach łzy. Taka to właśnie jest historia.

Historię rozpoczyna wpadający w ucho gitarowy riff i tłum widzów szalejący na koncercie niejakiego Jacksona Maine’a. Kiedy światła na scenie gasną, a kurtyna opada Jackson wsiada do limuzyny i otwiera butelkę whiskey. Droga dłuży się niemiłosiernie, przynajmniej w odczuciu Jacksona, zwanego przez przyjaciół po prostu Jackiem; opróżnił już butelczynę do cna, a kierowca śmie twierdzić, że ze względu na korki przejażdżka może potrwać jeszcze dobrą godzinę. Jack każe zatrzymać samochód nieopodal przydrożnego baru, do którego lepiej nie zaglądać po zmroku. Na pierwszy rzut oka knajpa wygląda na taką, z której mogą Cię wynieść prosto do karetki ze sterczącym z brzucha nożem, jednak dla naszego gwiazdora nie ma to żadnego znaczenia. Chce się napić. Musi się napić. I kiedy tak popija sobie gin na lodzie w klubie dla drag queens, na scenie pojawia się Ona. Ma pofarbowane specjalnie na tę okazję włosy, doklejone brwi i śpiewa po francusku. Wychodzi z tego tani romasidłowy chwyt, bo On już się w niej zakochał.

Odwzajemnienie uczucia zajmie jej kilka minut więcej, ale i ona zakocha się od pierwszego wejrzenia, nawet jeśli będzie próbowała wmówić sobie, że tak nie jest. Następnie Jack wybierze się do garderoby i zaproponuje Ally (bo tak jej na imię) drinka. Będzie musiał chwilę poczekać ponieważ trzeba jeszcze zmyć farbę z włosów. Dla umilenia czasu zagra wzruszającą piosenkę we wspomnianym ekscentrycznym barze. Później razem wyskoczą do lokalu dla gliniarzy, ona opowie kilka słów o sobie, on zdradzi jej, że gdy jest się sławnym, ludzie zwracają się do ciebie pełnym imieniem i nazwiskiem. Kolejnym punktem będzie przywalenie przez nią w twarz zupełnie obcemu gościowi, czego pochodną okaże się wizyta w supermarkecie celem zakupienia mrożonego groszku dla złagodzenia opuchlizny po ciosie. Dalej będzie Mielizna, lub jak kto woli Płycizna, albo po prostu znane już chyba wszystkim Shallow, za które wcielający się w Jacka i Ally, Bradley Cooper oraz Lady Gaga zgarną za nieco ponad miesiąc Oscara dziękując producentom, rodzinie, no i oczywiście Bogu.

Ktoś mógłby się w tym momencie ostro wkurzyć i pokazać mi środkowy palec krzycząc „Ejj, gościu, nienormalny jesteś? Po co streszczasz cały film?”. Uspakajam więc: powyższy opis nie jest streszczeniem całego filmu. Nie jest nawet streszczeniem połowy filmu. To tylko wybrane sceny, w dodatku z celowym pominięciem kilku istotnych dla fabuły fragmentów. Po co więc napisane zostało wszystko powyżej? Ano po to, by pokazać, że to naprawdę prosta historia jest. Prosta, ckliwa i bardzo przewidywalna, a jednocześnie są Narodziny gwiazdy filmem, który urzeka, który hipnotyzuje, który grając na najbardziej czułych strunach ludzkiej duszy, w sposób być może tani, ale skuteczny chwyta za serce, wali obuchem w łeb i zmusza do myślenia (co niektórych również do przewartościowania swojego życia). Historia prosta jak drut, a jednak oddziałująca na widza; dająca poczucie dobrze wydanych pieniędzy na kinowy bilet oraz dobrze spędzonego czasu. Dlaczego tak się dzieje?

Głównym, największym i niezaprzeczalnym atutem A star is born jest obsada, na czele rzecz jasna z Bradleyem Cooperem oraz Lady Gagą. Trzeba przyznać, że dość odważnym ruchem było w swym reżyserskim debiucie postawić siebie jako jednego z dwójki głównych aktorów, oddając przy tym pierwszeństwo, tej właśnie drugiej osobie. Zwłaszcza jeśli osobą tą jest jedna z największych skandalistek show biznesu, kojarzona między innymi z mięsną kreacją modową. Tymczasem okazało się, że obsadzenie prowokacyjnej „na co dzień” Lady Gagi w roli nieco zahukanej, zamkniętej Ally było strzałem w dziesiątkę, ponieważ przedstawiana tu historia w znacznym stopniu pokrywa się z prawdziwą historią artystki. Nie byłoby jednak w tym filmie geniuszu Gagi bez Coopera, tak jak i nie byłoby Coopera bez Gagi. Chemia między tą dwójką jest niemal namacalna. Przyznam, że oglądałem niedawno fragment wywiadu z wokalistką w ramach jednego z amerykańskich late show. Zapytana o to jak w ogóle doszło do tej współpracy, jak wyglądał casting, odpowiedziała, że był to zwykły przypadek, mianowicie pewnego wieczoru Cooper znalazł się w klubie jazzowym, w którym dawała występ, po koncercie podszedł i powiedział, że ma dla niej propozycję i chciałby, żeby rzuciła okiem na scenariusz. Nazajutrz spotkali się w posiadłości piosenkarki i jak powiedziała „od razu zaiskrzyło”. I ja jej wierzę, bo tę właśnie iskrę widać na ekranie gołym okiem! Dialogi (świetny pomysł częstego wykonywania zbliżeń na cały kadr), sceny intymne, a właściwie każdy moment kiedy wspomniana dwójka znajduje się razem są niezwykle… ludzkie. Czuć w tym szczerość kiedy patrzy się na całokształt, a zarazem rzucają się w oczy małe elementy tej układanki, jak dla przykładu fenomenalna wstawka dotycząca nosa Ally. Śmiem twierdzić, że jest to najlepszy filmowy duet od czasów… właśnie uświadomiłem sobie, że nie wiem, czy kiedykolwiek widziałem lepszy.

Przed przystąpieniem do prac nad narodzinami gwiazdy Bradley Cooper prawdopodobnie przeczytał poradnik pod tytułem Jak zrobić film ocierający się o kicz, a jednocześnie taki, który spodoba się niemal wszystkim? I wierzcie mi – musiał go przeczytać od deski do deski ponieważ pomimo niekiedy rażących błędów film w końcowych rozrachunku zdecydowanie się broni. O jakich błędach mowa? Pierwszym, który rzuca się w oczy jest nierówne tempo. A star is born umownie dzieli się na dwie części. Dwie bardzo nierówne części. Pierwsza spokojna, momentami nawet zabawna, z kilkoma banałami jak chociażby pojawienie się Jacka akurat tej nocy w barze i miłość od pierwszego wejrzenia. No i generalnie rzecz ujmując naiwność niektórych scen i wydarzeń. Z kolei druga połowa filmu pędzi na łeb na szyję, w momentach kiedy powinna zwolnić, rozwinąć niektóre wątki wyjaśniające to co otrzymamy na końcu. I tutaj obrońcy filmu, również mogą odpowiedzieć, że zmiany były sugerowane chociażby w mimice Bradleya. Mimo wszystko nie da się ukryć, że niekiedy przesłanie ukazywane jest na ekranie w sposób łopatologiczny, a kolejne rozwiązania fabularne coraz bardziej popadają w banał.

Trzeba jednak oddać tak Bradleyowi, jak i całej ekipie współtworzącej omawiany obraz, że pewne zauważalne niedociągnięcia udaje im się zgrabnie przykryć. Czasami dzieję się to za sprawą pojedynczej sceny z udziałem dwójki głównych bohaterów, czasem za pomocą wpadającego w ucho utworu rozbrzmiewającego gdzieś w tle (nie muszę chyba dodawać, iż ścieżka dźwiękowa w tym bądź co bądź musicalu jest FANTASTYCZNA i stanowi kolejną zaletę produkcji). Przede wszystkim jednak, tym co stanowi o sile Narodzin gwiazdy są emocje. I choć tutaj również zarzucić można granie na najczulszych strunach, za chwytanie się najprostszych trików, trzeba przyznać, że to po prostu działa. Rzecz jasna nie zdradzę zakończenia, powiem jednak, że kiedy patrzy się na ten film z perspektywy chwili czasu od seansu widać jak wszystko zostało naprawdę dobrze przemyślane i jak udało się Cooperowi wciągnąć nas w emocjonalną pułapkę, jak sterował nami za pomocą zdawałoby się niezbyt istotnych momentów, które finalnie okazały się być powodem, dla którego wielu widzów będzie w trakcie końcowych napisów ocierać łzy.

Summa summarum, Narodziny gwiazdy to naprawdę bardzo dobre kino. Nie wymaga od widza wielkiego skupienia, choć jak się okazuje samo wciąga bez reszty. Nie ustrzega się błędów w postaci nierównego tempa, a także całkiem sporej ilości banałów. Na niedociągnięcia można jednak przymknąć oko, bowiem w zamian dostajemy kapitalną muzykę, niezwykle autentyczny duet aktorski oraz prawdziwe emocje. A przecież, w gruncie rzeczy, to o emocje właśnie chodzi, prawda? No i taka to właśnie jest historia – niby prosta, jakich było ich już wiele, a jednak tej udaje się przebić i skraść serca. To historia, o której tekst zakończyć mogę w jeden tylko sposób. W sposób dzięki któremu Lady Gaga, może już powoli startować do rzeźnika po dostawę podrobów na nową kreację, a Bradley śmiało powinien ćwiczyć przed lustrem szelmowski uśmiech i wyraz zaskoczenia, kiedy w kategorii Najlepsza piosenka filmowa, ktoś na scenie powie: .. and the Oscar goes to

Lady Gaga, Bradley Cooper – Shallow (A Star Is Born)


  • Fot.: Warner Bros. Entertainment Inc.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *