TAKIE TAM

Ten o NIE byciu Edwardem (część pierwsza)…

Dziś nie będzie przydługiego wstępu, bo to nieskomplikowana historia jest. Historia o samoakceptacji i poszukiwaniu własnej drogi. Historia o wdeptanych w dywan chipsach i martwej dziewczynie. Historia jakich wiele. Wreszcie historia, która mogła spotkać każdego…

Jest poniedziałek. Słońce wstało o 7:24, budzik zadzwonił o 10:55. Trzy i pół godziny snu to niby niewiele, jednak nie dla mnie. Tylko po co w ogóle nastawiać budzik, skoro nie muszę wyjść do pracy ani szkoły? Ano po to, że punkt jedenasta na Polsacie startuje nowy odcinek „Dlaczego ja?”. No właśnie – Dlaczego ja? To dobre pytanie, które zadaję sobie od niemal dwudziestu pięciu lat. Na odpowiedź przyjdzie jeszcze chwilę poczekać, bo póki co, po ciągnących się w nieskończoność reklamach na ekrany wkracza młode małżeństwo – Karol i Kamila. Już na pierwszy rzut oka widać, że koleś wali biedną Kamilę w rogi. I rzeczywiście, ta gnida Karol sypia z kumpelą z pracy, która okazuje się być zaginioną przy porodzie siostrą Kamili, a jeszcze nawet nie było kolejnej porcji reklam. Oj, czuję, że będzie grubo. Dlaczego oni? Dlaczego ja?

Koniec końców Kamila zostawiła Karola, oddała szpik umierającej na białaczkę zaginionej siostrze – Marzenie, po czym ta zwiała do ciepłych krajów z kolumbijskim baronem narkotykowym. Klasyczna polsatowska historia – Narcos, Pełna chata i Moda na sukces w jednym. Wyłączam telewizor. W mieszkaniu ciemno, jak nie przymierzając – u murzyna w dupie. Spokojnie, nie jestem rasistą, po prostu naprawdę jest aż tak ciemno. Tak jak lubię. Nawet pod przysłoniętymi roletami widzę skutki wczorajszej libacji – osiem puszek po piwie leży tuż pod parapetem, solone Lays’y wdeptane w dywan tak mocno, że nie wciągnie już tego żaden odkurzacz, popielniczka wypchana po brzegi – nie zmieści się choćby jeden pet więcej. No i martwa dziewczyna pod stołem. Nawet ładna, gdyby nie te wyłupiaste oczy. Brunetka. Młoda. Agnieszka. Albo Angelika. Nie pamiętam. Zresztą to już nie ma znaczenia.

Na imię mi Rafał, pochodzę z Opola i jeśli ktoś się jeszcze nie skapnął – jestem wampirem. Wampir Rafał, brzmi słabo, co? Brzmi, ale cóż zrobić, jeśli taki przydomek przylgnął już do ciebie na wieczność. Nic. Wampir Rafał, lat siedemnaście. Na zawsze siedemnaście.

Naoglądaliście się pewnie filmów o podobnych mi – Nosferatu (mistrz!!), czy Draculi (prawie mistrz). Myślicie, że jestem wiecznie młody, pełen sił witalnych i przystojny jak ten piękniś ze Zmierzchu, Edward – tfuu – Cullen. Ten dopiero zepsuł nam renomę, nawet bardziej niż ja sam! Wydaje wam się, że wampir to ten o bladej cerze, pięknych, gęstych włosach i uśmiechu rodem z Hollywood. Powiem wam jedno: gówno prawda! Myślicie, że mam sześciopak jak niejaki Robert Pattinson? Bzdura. Bliżej mi do sześciofałdu! Poza tym od waszych wyobrażeń różni mnie cera. Regularnie odwiedzam solarium. Jedyne legendy, które mają odzwierciedlenie w rzeczywistości to: Można mnie zabić drewnianym kołkiem lub przez odcięcie głowy. Nie przepadam za wilkołakami. Wolę unikać słońca.

Moje drugie życie zaczęło się piątego kwietnia 1994 roku, w dniu śmierci Kurta Cobaina. On strzelił sobie w głowę, a mnie ugryzł facet pytający, czy wiem która godzina. Facetowi – jak się później okazało – na imię Leonard. Z pozoru niczym się nie wyróżniał – normalne buty, wiosenna kurtka, włosy postawione na żel. Było już późno, okolice północy. Siedzieliśmy sobie z Michałem, moim najlepszym kumplem na ławeczkach Amfiteatru (tak, tego od Festiwalu piosenki w Opolu) popijając tanie wino i narzekając na to na co narzekają przeciętni siedemnastolatkowie. Leonard pojawił się nagle, jakby znikąd, choć wówczas nie zwróciłem na to uwagi. Podszedł, zapytał o godzinę. Następnie, jak przez mgłę, pamiętam tępy ból głowy i sylwetkę uciekającego Michała. Nie mam mu za złe tej ucieczki, sam zrobiłbym to samo, gdybym tylko miał szansę. Nie miałem jej. Kolejnym wspomnieniem jest ciemność i przenikliwy chłód. Obudziłem się w piwnicy.

Zwyczajna piwnica w zwyczajnym bloku. Dokładniej rzecz ujmując: w bloku naprzeciwko tego, w którym mieszkałem z rodzicami i młodszą siostrą. Zapytacie, czy czułem się „jakoś inaczej”? Tak. Łeb bolał niemiłosiernie, za to całe ciało było jakby bardziej prężne, silne i gibkie. Dosyć szybko przekonałem się również, że od teraz Słońce nie będzie moim najlepszym przyjacielem – przebijające przez szparę w piwnicznym oknie promienie niemal wyżarły mi skórę na prawym nadgarstku. Pierwszej nocy zakradłem się do swojego dawnego już pokoju. Wykradłem ulubioną parę podziurawionych jeansów i koszulę w kratę. Nie byłem idiotą, wiedziałem już doskonale co się ze mną dzieje. Postanowiłem zostać wampirzym Kurtem Cobainem.

*** KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ ***


Nirvana – Smells Like Teen Spirit

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *