Ten o Grażynce…

Ten o Grażynce…

To ten moment kiedy okazuje się, że fajnie jest mieć bloga. Większość ludzi pójdzie dziś kupić paczkę kawy i różę; wypowiedzą kilka słów, bo tak wypada i nawet gdyby chcieli więcej, nie będą wiedzieli jak. Ja z kolei mam możliwość napisania czegokolwiek, nawet bez ładu i składu, bo piszę przecież PoPijaku. Opowiem więc dziś o kobiecie, o której cokolwiek napiszę, wciąż będzie za mało, zbyt płytko, niewystarczająco. Dzisiaj wpis o pewnej Grażynce, która wpłynęła na moje życie jak nikt inny…

Choć młoda nawet w dniu dzisiejszym, urodziła się w czasach, kiedy drugim, po ojczystym, nauczanym w polskich szkołach językiem był rosyjski. W czasach, kiedy nauczyciel mógł Cię trzepnąć grubą, drewnianą linijką w rękę, a Ty nie szedłeś poskarżyć się rodzicom, bo to pedagog miał rację, bez względu na metody.

Kiedy wygrzebała się już z pieluch rodzice ostrzygli ją „na Kopernika” i chyba nie potrzeba wiele wyobraźni by załapać jak owa fryzura wyglądała. Dodatkowo, była chuda jak szczypior. Była dzieckiem tak chudym, że na zimę ubierano ją w dwie pary rajstop, żeby jej przypadkiem wiatr nóg nie połamał. Po dziś dzień krążą również legendy o jej nienasyconym głodzie wiedzy. Wkurwiała wszystkich dookoła milionem pytań w stylu „A dlaczego trawa jest zielona?”, „A dlaczego niebo jest niebieskie?”, „A skąd się bierze deszcz?”. Normalnie „Sto pytań do”. Kiedy tylko pojawiała się na horyzoncie, rodzice, wujkowie i ciocie uciekali w te pędy, chowając się gdzie popadnie, nikt nie chciał stać się kolejną ofiarą ciekawej świata, chudziutkiej Grażynki. Mojej Mamy.

Wyrosła na naprawdę – i przepraszam, bo nie wypada tego mówić o mamie, ale – … niezłą laskę! Widziałem zdjęcia więc uwierzcie mi na słowo, bo będąc szczerym: moja mama była Mrrrrrr. Była? Tfu, Przemek, co ty pierdolisz? Nadal jest! Szczęście uśmiechnęło się do Krzysia, znanego szerzej jako Mój Tata. Krzysiek, chłopak co to z niejednego pieca chleb jadł, typowa Złota Rączka. W dniu, w którym poznał Grażynkę, wygrał od życia los na loterii. Dzień, w którym poderwał Moją Mamę był prawdopodobnie najlepszym w jego życiu, no bo co mogło go spotkać lepszego? Powiedzieć o nim „szczęściarz” to jak nie powiedzieć nic.

Chwilę sobie porandkowali, a jakiś czas później na świat przyszedł ważący niecałe dwa kilogramy chłop jak dąb, czyli ja. Przy moich gabarytach lekarze nie dawali większych szans na to, że przeżyję miesiąc. No i kto śmieje się ostatni, wy podstarzałe komunistyczne konowały? Prawdopodobnie duża w tym zasługa miłości jaką ofiarowała mi Grażynka oraz śmierdzącego na kilometr chemią oraz skarpetami pysznego mleczka, którym mnie karmiono. Ofiarowane uczucie oddawałem na każdy możliwy sposób – rozbitym kolanem, które trzeba było opatrzeć, zsikaniem się w pieluchę, po trwającym pół godziny zimowym ubieraniu przeplatanym sto razy pytaniem – Przemek, na pewno nie chcesz siku? – Nie, nie chcę. Złamaną górną jedynką, którą trzeba było naprawić, czy porachunkami z katechetką w pierwszej klasie szkoły podstawowej. I tu się zatrzymam, bo warto odnotować, jak strasznym babskiem była nauczycielka religii w mojej pierwszej szkole. Co lekcje wstawiała mi uwagi do dzienniczka i to – jak Boga kocham – ZA NIC!! Nie ściemniam, uwzięła się na mnie, a miałem przecież zaledwie 7 lat!! Jebnięta baba! Kto musiał wkroczyć do akcji? Moja Mama! Grażynka to cicha i skromna osoba, jednak pamiętam jak wparowała wtedy do sali lekcyjnej i nie mam pojęcia co nagadała wrednemu babsku z krzyżem na piersiach, ale żadnej uwagi już nie dostałem.

Generalnie większość ludzi może powiedzieć, że ma fajną mamę. Jestem w stanie zaakceptować fakt, że wierzą w to co mówią. Szkoda mi ich jednak, nie wiedzą bowiem jak zajebista jest Grażynka! Wśród wszystkich mam świata jest ona, długo, długo nic, a potem mama numer dwa. Nikomu nie ujmując. Grazia to nie mama z tych co Cie tłamszą i co chwila poprawiają, nie z tych, które przez dziecko spełniają swoje chore ambicje. Moja Mama to ta z gatunku „- Przemek, może weźmiesz pomidorową? I klopsiki z makaronem jeszcze mam. – Nie, dzięki, poradzę sobie. – Ale tyle narobiłam, przecież my z ojcem tego wszystkiego nie zjemy. – Nie, serio, dzięki. – To co, mam wyrzucić?”. I z tym się już nie dyskutuje. Czasem mam ochotę zapytać „Mamuś, to czemu aż tak duże porcje gotujesz?”, ale nie mówię nic, po prostu biorę. I zawsze jest pyszne. Mało tego, kiedyś przyszła do mnie w odwiedziny i wyciąga z siatki zgrzewkę jogurtów, kiść bananów i sok. Zszokowany odpowiadam, że przecież mam ponad 30 lat i ogarniam zrobienie zakupów, nie chcę tego bo najzwyczajniej jest mi głupio, że matka mi jedzenie przynosi jak jakiejś łajzie, a ona na to „akurat byłam w sklepie i były promocje”. To oczywiście urywa wszelką dyskusję i argumenty, bo „akurat była w sklepie”. Klamka zapadła, mleko się rozlało, musztarda po obiedzie, finito. Temat zamknięty.

Rzecz jasna nie kocham Mojej Mamy wyłącznie za domowe obiadki, a za to, że zawsze mogę na nią liczyć, za cenne rady, za to, że jest życiowo mądrą, zaradną, kipiącą miłością do najbliższych kobietą, oraz najzwyczajniej w świecie dobrym człowiekiem. Nie byłem wychowywany bezstresowo, jednak nie pamiętam by kiedykolwiek na mnie nakrzyczała. Oczywiście, lata temu nakierowywała na właściwą drogę, dając jasno do zrozumienia kiedy ją zawiodłem. To ona nosiła pod sercem przez dziewięć miesięcy, godząc się na poranne mdłości i opuchnięte stopy; to ona nakleiła na kolano pierwszy plaster, zaśpiewała pierwszą kołysankę. To ona powiedziała, że nic się nie stało kiedy na egzaminach wstępnych na polonistykę napisałem 7 stronicową pracę na nie ten temat co trzeba (chodziło o rozwinięcie wątku na podstawie poezji, ja opisałem na podstawie powieści). To ona zawsze stała za mną murem, ona nauczyła szacunku do kobiet. I żeby była jasność – wbrew pozorom, nie jest Grażynka typem mamy co głaszcze swojego synusia i jest on jej największym skarbeczkiem, o którego będzie zazdrosna. Kiedy któregoś dnia pojawi się na horyzoncie pani PisanePoPijakowa, moja mama nie będzie rzucała jej kłód pod nogi a pokocha, zdając się na mój wybór. Moja Mama jest po prostu spoko.

Jest coś w stwierdzeniu, że synek jest mamusi, a córeczka tatusia. Tak jest w mojej rodzinie. Mam tę samą wrażliwość co Grażynka, tez potrafię walnąć focha i unieść się honorem, a zarazem pierwszy wyciągnąć dłoń na zgodę. Jestem miękki jak ona, taka prawda. Dogaduję się z nią bez słów, tak jesteśmy do siebie podobni. „Maminsynek”, ktoś mógłby powiedzieć. Wyjebane w to mam (mamo, przepraszam za ilość przekleństw w tym tekście, wiem, że przewracasz oczami przy każdym kolejnym, myśląc „Ojjj, synu, przecież nie tak Cię wychowałam”), bo są więzi, których nie pokona żaden hejt.

W zeszłym roku był wierszyk, co wszystkich nas nauczyło, że pisanie tego typu „dzieł” nie idzie mi najlepiej. Był tort z arbuza wyglądający jak ostatnia, najbardziej dramatyczna z egipskich plag. Dość kompromitacji! Przynajmniej takiej, na której się nie znam. Dzisiaj, Droga Mamuś, nie będzie kuchennych rewolucji ani grafomanii poza tą powyżej. Dziękuję Ci za wszystko co dla mnie zrobiłaś, za każde słowo wsparcia i każdą życiową lekcję, za to ile dla mnie poświęciłaś i jak wiele dzięki Tobie mam. Za to czego nie odda stan konta w banku, ten marny tekst, ani żaden inny pomiar. Wybacz, że choć piszę intymne teksty, Tobie tak rzadko okazuje uczucia. Wiedz, że jesteś ponad wszystkimi tekstami, a tego co jest między nami i całej wdzięczności z mojej strony nie oddadzą żadne słowa.


PS Ciekawostka: Kiedy Moja Mama przeczyta ten tekst, największym zaskoczeniem nie będą przekleństwa, a to, że nazwałem ją per „Grażynka”. Nigdy przez 34 lata życia nie odezwałem się do mamy po imieniu. Basia, Krysia, Asia, tak można mówić do koleżanek albo sąsiadek, ale do mamy? Matka jest tylko jedna, szacunek się należy 😉

PPS Mamuś, pamiętasz?

PPPS … Prawie bym zapomniał!!! Czymże byłoby świętowanie bez muzy?! Do dla Ciebie, Mamuś…

To też może Ci się spodobać:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *