TAKIE TAM

Ten o karmniku pośrodku pokoju…

Większość z Was pewnie już wie, a cała reszta dowie się teraz, że autor tej stron, czyli ja, pracuje w firmie świadczącej usługi z zakresu… nazwijmy to „multimediów”. Nieco ponad rok temu, po serii wpisów m.in. o psie Butusiu, uroczej pani Bożence, czy plackach ziemniaczanych ZABRONIONO mi pisać o rzeczach związanych z wykonywanym zawodem. Dlaczego? Na to pytanie odpowiedzi nie poznałem po dziś dzień. Nie było tam ani adresów, ani tym bardziej danych osobowych ludzi, którym naprawiałem telewizję, bądź Internet. Uuuppsss… oj Przemek, znów się wygadałeś! W każdym bądź razie zabroniono i koniec, dlatego też większość tekstów sprzed hiszpańskiej inkwizycji jaka mnie dotknęła jest obecnie niedostępna. Szkoda. Moim skromnym zdaniem były to szczytowe osiągnięcia PisanePoPijaku, ale co zrobić, taką widać mamy wolność słowa, a kredyt z czegoś trzeba spłacać. Jednak w życiu każdego chyba człowieka przychodzi taki moment, w którym wali zaciśniętą pięścią w stół krzycząc: „A pierdole te zakazy!!”. I tak też zrobiłem.

Dzień rozpoczął się jak każdy inny: Budzik, sik, herbata i kromka chleba + The Machine, czyli odpalenie kompa celem sprawdzenia wyników w NBA. I kiedy piszę „rozpoczął się jak każdy inny” widzę z perspektywy czasu jak lekkomyślnie zignorowałem wszystkie znaki wskazujące na to, że ten dzień zapachnie jeszcze szczurzym gównem. Najpierw (przez roztargnienie) przesłodzona herbata, następnie ukruszona na wczorajszym chlebie górna piątka, dosłowne gówno (nie szczurze a psie, przynajmniej taką mam nadzieję) w windzie i pizgawica na dworze, kiedy myśląc, że skoro mamy już kwiecień to przecież mogę sobie pozwolić wyjść do pracy jedynie na bluzie. Przytulając się do gorącego kaloryfera, niczym do ognistej kochanki jakieś 20 minut po wyjściu z domu nadal nie zauważałem znaków dawanych mi przez los. Jak to mówią: Mądry Polak po szkodzie.

W pracy emocje jak na grzybobraniu. Dość powiedzieć, że do mniej więcej dwunastej w południe największym hitem był widok kota rzygającego na przejściu dla pieszych. Nudy na pudy. Nadal jednak (piszę to teraz mądrzejszy o doświadczenia, które nadejdą) nie dostrzegałem tych cholernych znaków. Fali czerwonego światła przez całe miasto, fucka wystawionego przez innego kierowcę, któremu nie podpasowało użycie przeze mnie klaksonu kiedy ten (idiota) wjechał mi przed maskę zmieniając pas bez kierunkowskazu. Zupełnie jakby wszyscy oni: przesłodzona herbata, zwietrzały chleb, czy sygnalizatory na drodze krzyczały: NIEEEE!! PRZEMEK NIE IDŹ TAM!!! Niestety ja, głupi ja, brnąłem dalej przed siebie. I kiedy wydawało się, że limit dziwactw został już na dziś wyczerpany, wybiła godzina zero.

Podjeżdżam pod budynek zamontować komuś Internet. Stara kamienica z pruskiego muru. Stawiali ją zanim jeszcze moi rodzice wpadli na pomysł, że fajnie byłoby mieć mnie. Ba, stała tam zanim rodzice moich rodziców zaplanowali ich poczęcie, innymi słowy stoi tam od dosyć dawna. Okolica taka, że każdy w moim mieście wie, że lepiej nie zapuszczać się tam po zmroku, bo mogą Cie wywieźć w plastikowym worku, nogami do przodu. Na szczęście jest jeszcze jasno, więc zgrywam cwaniaka, przygaszam peta podeszwą i idę. Stare kamienice mają to do siebie, że może i są zazwyczaj brudne, obszczane i pomazane gdzie się da górnolotnymi hasłami osiedlowych poetów pokroju: „ JEBAĆ APATOR!”, „Kocham Cie mój Misiaku <333 – Paula”, Byliśmy tu w pięciu 07.06.2011”, czy „To klęknij przed nim” dopisane przez jakiegoś żartownisia zaraz pod „Kocham Cie mój Misiaku <333 – Paula”. Klasyczny street art nowej generacji. Jedynym plusem owych kamienic jest, zazwyczaj, metraż mieszkań. Wielkie, wysokie pokoje. Pal licho, że z grzybem na ścianie. Prawda jest taka, że niektóre z tych grzybów mają większy rozmiar niż mój duży pokój i kuchnia razem wzięte. Tak, the joke is on me.

Wchodzę na drugie piętro po zeżartych do połowy przez korniki drewnianych schodach. Na dobrą sprawę ryzykuje życiem, ale czy kogoś to obchodzi? Czy ktoś płaci mi dodatek za szkodliwe dla zdrowia? Czy ktoś zapłacze nad moim grobem, jeśli – teoretycznie – wpierdolę się w te schody do ramion i rozoram śledzionę? Nie sądzę. Staję przed ogromnymi drzwiami, które nie pozostawiają złudzeń: To będzie zajebiście wielka chata! Dzwonię do drzwi przeczuwając, że po raz kolejny odbędę rozmowę, którą odbywałem już tysiące razy:

– Ktoooo taaaaam? – woła zza drzwi upiorny starczy głos. Normalnie jakbym słyszał ducha.
– Dzień dobry, ja z ******* do montażu Internetu. – odpowiadam grzecznie.
– Skuuuund?
– Z *******
– Z sieciówki????
– Nie, z *******
– Skuuuund?
– Z ******** ********
– Z ekipy remontoweeeej?
– (Powoli zaczyna mnie szlag trafiać, jednak być może sam dożyję kiedyś sędziwego wieku, więc nadal spokojnie odpowiadam) Nie, proszę pani, do Internetu.
– Nie, nie, to ja dziękuję.
– (Zaczynam się pocić) Ale pani zamawiała.
– Nosz cholera jasna, kogo tam znowu niesie??!! – krzyczy starsza pani przekręcając zamek.
Nareszcie stajemy twarzą w twarz. Jest niższa niż myślałem, choć nie ma to żadnego znaczenia.
– Dzień dobry, ja z ******** do Internetu.
– Aaaa, panie, to trzeba tak było od razu!

Babcia wpuszcza mnie do zadziwiająco schludnego i dobrze utrzymanego wnętrza. Pyta, czy kawki zrobić, mówię, że nie, bo po pierwsze nie pijam kawy w ogóle, a po drugie nie pijam niczego z obcych szklanek u obcych ludzi. W końcu nigdy nie wiadomo, czy po jednym łyku owej kawusi moim następnym wspomnieniem nie będzie walka o wydostanie się z zamkniętego tapczanu, czego ciężko będzie dokonać będąc nagim i związanym. Odmawiam więc kawusi i sam przechodzę do ataku pytając gdzie zamontować ten Internet. Pani wskazuje ogromne drzwi po prawej. „Proszę wejść, śmiało” – zachęca babcia, a jak łykam to jak młody pelikan, wpadając w jej sidła. Za moimi plecami drzwi zamykają się z trzaskiem. Czyżby ktoś przekręcił klucz? Nieee, na pewno tylko mi się zdawało. „Pan się rozgości, zaraz do pana przyyyyyjdęęęęę” – szepcze babcia, na co wzruszam jedynie ramionami, nie zdając sobie jeszcze sprawy, że będzie to jedno z najdłuższych „zaraz” jakie dane mi było przeżyć.

Kilkanaście sekund po przejściu progu pokoju spostrzegam gdzie w ogóle się znajduję. Pokój jest OGROMNY! Ze sto metrów lekko licząc. I wysoki na jakieś cztery, czyli wzwyż zmieściło by się dwóch mnie i dwie pufy. Dopiero po chwili zaczynam się rozglądać dookoła, a w głowie zaczyna świtać wielkie WHAT THE FUCK?! Na podłodze jaskraworóżowy dywan. Jest puszysty, mięciutki i tak cholernie różowy, że nawet Barbie zabolałyby zęby. Na ścianach pozawieszane sporych rozmiarów obrazy, a jeden bardziej psychodeliczny od drugiego. Tu jakaś bitwa niczym u Matejki, z zakrwawionymi żołnierzami leżącymi na polu walki, obok dziwna hybryda krokodylo- żyrafy z łbem słonia, następnie mężczyzna i kobieta w akcie miłosnym, a przez akt miłosny mam na myśli nie to co panie robią rzadko, a to czego nie robią prawie nigdy. Nie będę już nawet opisywał reszty malowideł, wierzcie mi na słowo, że nie chcielibyście wiedzieć. I wtedy jakby ktoś wyostrzył mi wzrok, patrzę, a pośrodku pokoju stoi karmnik dla ptaków. I to nie taki sobie zwykły karmnik co to daje w zimę schronienie byle gilom, a żółto-złoty pałac na cienkiej metrowej nóżce, coś na wzór domku Baby Jagi. Powtórzę raz jeszcze, żebyśmy się dobrze zrozumieli: Stoję w wielkim pokoju wyłożonym walącym po oczach różowym dywanem z demonicznymi obrazami na ścianach i złotym karmnikiem dla ptaków pośrodku. Powoli zaczynam się bać.

Chwytam za klamkę i nawet niespecjalnie mnie dziwi, że nie mogę otworzyć, a co równie ciekawe – nigdzie nie widać punktu, do którego można by podłączyć Internet. Z racji braku lepszego zajęcia idę sprawdzić ten karmnik, przy okazji szczypiąc się w policzek, by sprawdzić, czy aby nie śnię. Okazuje się, że nie. Podchodzę i niech mnie kule biją, ale to coś naprawdę wydaje się być ze złota. Pewności nie mam, bo złoto widuję jedynie na filmach. I kiedy tak przyglądam się z zadziwieniem złotemu domkowi Baby Jagi coś ciepłego ociera mi się o kostkę. Spoglądam w dół a tam – kurwa, trzeba było zostać w domu – wielki czarny szczur z wielkim czarnym ogonem! Patrze na boki i mało nie mdleje, kiedy w każdym rogu pokoju dostrzegam nie małe gromadki tych sukinsynów! Nagle, jak na zawołanie wszystkie zaczynają się zbiegać do środka, czyli do mnie. I to nawet nie to, że boję się szczurów, ale po prostu nie przepadam za zwierzętami. Nie głaszczę psów, nie zachwyca mnie śliczny konik, nie gratuluje nikomu zakupu gekona. Jedynie koty są spoko, ale to jedynie wyjątek potwierdzający regułę. No więc stado czarnych szczurów drepcze w moim kierunku, a ja nie wiem, czy mam krzyczeć, biec do (zamkniętych) drzwi, skakać z okna (na drugim piętrze), czy może po prostu pozwolić się zeżreć w całości. Popłoch w mojej głowie sięga zenitu, a wtedy otwierają się drzwi i …

I okazuje się, że cała ta historyjka jest zmyślona. Zanim jednak ktoś zacznie wieszać na mnie psy, za kłamstwa, podam powód, czym być może odzyskam zaufanie. Mianowicie sprawa wygląda tak, że po odświeżeniu wyglądu bloga, od jakiegoś czasu gwałtownie wzrosła liczba polubień tekstów na stronie, co nijak nie ma odzwierciedlenia w polubieniach postów na Facebooku, czyli jedynym źródle na którym teksty są udostępniane. Dlatego mała prośba – jeśli przeczytaliście ten wpis dajcie znać w komentarzu, czy to pod wpisem, czy na Fejsie. Nie proszę o to, żeby połechtać własnego ego, po prostu coś mi się tu nie zgadza. Początkowo się ucieszyłem (ze wzrostu polubień), później przyszła refleksja „Ale jak to?”. Myślałem, że może nabijają to jakieś boty (być może tak rzeczywiście jest), jednak… kto miałby je ustawiać skoro nikomu za to nie płacę i jestem jedyną osobą, którą cieszyłby ewentualny wzrost oglądalności strony. Prawda jest taka, że na durnych tekstach (a innych pisać nie potrafię) takich jak chociażby ten, kariery nie zrobię, jednak fajnie byłoby wiedzieć, czy liczba osób czytających te wypociny bliższa jest pięciu, czy stu. Także będę wdzięczny za komentarze. Jakiekolwiek. Może być „Czytałem/am”, „Tak”, „Gościu, ale dno tu piszesz”. Cokolwiek. Raz jeszcze sorry za kłamstwo, obiecuję, że następny tekst będzie prosto z życia i z serca.

Z wyrazami szacunku,
PisanePoPijaku


2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *