TAKIE TAM

Ten o “byciu gejem” w XXI wieku…

Całkiem clickbaitowy tytuł mi się wymyślił, co? Niestety zawiodę wszystkich którzy liczą na jakiś COMING OUT. Nic takiego nie będzie miało miejsca, bowiem o ile tolerancyjny ze mnie koleś i generalnie wychodzę z założenia, żeby każdy robił sobie co mu się podoba, o tyle widok dwóch całujących się gości raczej nie należy do moich ulubionych obrazków. Nie pluję gejom pod nogi, ale i nie jestem jakimś wielkim zwolennikiem. Jako, że to w naszym kraju palący ostatnio temat pozwolę sobie na własną opinię, a brzmi ona: Mnie to wisi. Róbcie co chcecie, tylko się nawzajem nie pozabijajcie. A teraz do rzeczy: coming outu jak wspomniałem nie będzie, jednak w ramach rekompensaty mogę Was zapewnić, że niniejszy wpis będzie największą porcją szczerości jaką nakarmi Was dziś Internet. Dlaczego? Ano dlatego, że dzisiaj PisanePoPijaku powróci do korzeni blogowania, tych pięknych czasów kiedy to autorzy stron takich jak ta dzielili się za pośrednictwem wpisów swoim życiem, obserwacjami dotyczącymi świata i TAKIE TAM (przypadkowo wyjaśniła się właśnie nazwa działu z życiowymi historyjkami na PotrójnymPe). Do napisania tego tekstu szykowałem się od dawna. Na dobrą sprawę zbierałem się do tego chyba od zawsze. No i wreszcie się zebrałem. Kiedy piszę te słowa nie mam jeszcze pojęcia jak długi będzie to wpis, zakładam jednak, że okaże się raczej dłuższy aniżeli krótszy. Słowo jednak daję – czas przeznaczony na jego przeczytanie nie będzie dla Was czasem straconym.

Zaczniemy więc od tytułowego bycia gejem. Sam pomysł na wpis wziął się od obrazka wrzuconego do sieci przez jednego ze znajomych. Na obrazku widniał dialogi, dokładnie taki: „- Jesteś gejem? – Nie, a dlaczego pytasz? – Bo widziałem jak rozmawiasz z gejem – No popatrz, rozmawiam z Tobą, a nie jestem idiotą”. I wtedy mnie oświeciło! Dotarło do mnie, że prawdopodobnie moi rodzice do teraz podejrzewają, że mogę być homo. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że mam 35 lat i jestem sam. Mało tego – nigdy nawet nie poznali, żadnej z moich byłych wybranek. Przyznaję, moja w tym wina, ponieważ żaden z moich „związków” nie trwał na tyle długo, by przedstawić pannę rodzicom. Oczywiście narzucającym się pytaniem jest: „Facet, co jest z Tobą nie tak?”. I uwierzcie, że jak Boga kocham, sam chciałbym wiedzieć. Mam jednak swoje podejrzenia, bowiem jedną z zalet samotności jest nieograniczony czas na myślenie, więc i tę kwestię rozbierałem już na czynniki pierwsze. Najbardziej prawdopodobna odpowiedź brzmi: Mam zawyżone oczekiwania. Zawyżone względem własnej mordy nadającej się co najwyżej do radia. Jestem niski, mam wystającą górną jedynkę (bez kitu mam w chuj wystającą jedynkę) i zeza. Co gorsza nie tego uroczego niczym słodka panda, czyli zbieżnego, a rozbieżnego, pasującego jak ulał do seryjnego mordercy, albo oprawcy bezpańskich psów. Powiem szczerze: w lustro patrzę tylko wtedy, kiedy muszę. Zresztą każdy kto ma mnie w znajomych na Facebooku wie, że nie za bardzo znajdzie tam moje zdjęcia. Nie bez powodu. Summa summarum: kompleksy, kompleksy i jeszcze raz kompleksy. A gdy dodamy do tego fakt, że wizualne oczekiwania względem przyszłej partnerki mam niepomiernie wysokie do własnego wyglądu wychodzi nam jedna wielka kaszana. Pikanterii całemu domniemanemu „byciu gejem” dodają takie drobiazgi jak to, że dogaduję się z kobietami i rozumiem je w większym stopniu niż przeciętny facet.

Teraz walnę małą autoreklamę, ale taka prawda: umiem słuchać, doradzić, jestem – a chuj, napiszę to – troskliwy, czuły i w ogóle do rany przyłóż. Dla kobiet jestem typem fatalnie wyglądającego kumpla. Na domiar złego „od zawsze” (czyli od prawie trzydziestu lat) kumpluję się z Tomaszem. Z Tomkiem a.k.a. Siwym od ósmego roku życia mieszkaliśmy w jednym bloku, chodziliśmy do tej samej klasy w podstawówce i liceum, siedzieliśmy w tej samej ławce. Wspólnie podpalaliśmy petardy na cmentarzu (to w ogóle zasługuje na osobny wpis), czy też piliśmy we dwóch wódkę na klatce schodowej albo w piwnicy (Tak, wiem jak to brzmi, ale jakoś trzeba było sobie radzić kiedy mając 19 lat, chcesz się napić, a jednocześnie zachować pozory dobrego wychowania. Przynajmniej tak się to robiło za moich czasów). No więc piliśmy wódkę na półpiętrze wieżowca, a wszyscy znajomi mieli nas za braci. Byliśmy/Jesteśmy jak Flip i Flap, czy papużki nierozłączki. Tyle, że nie różniła nas waga, a wzrost. Ja oczywiście byłem tym niższym. Obaj byliśmy szczupli. Piszę „byliśmy”, bo teraz szczupłych ludzi oglądamy wyłącznie na demotywatorach. Na całe szczęście Siwy się ożenił, co choć odrobinę zdjęło z nas obu podejrzenia. Trafił na kobietę, która doceniła jego poczucie humoru, dobre serce i i tym podobne. Ogólnie to wszyscy moi rówieśnicy są już ohajtani. Wszyscy wychowują dzieci, a ja nadal gówno mam. I co najdziwniejsze – powinienem się wkurwiać, pisać pod zdjęciami ich pociech komenty w stylu „A ten zez to po mamie?”, „Kurcze, płaskostopie to ciężka sprawa, ale spoko, nie przejmujcie się, mogło być gorzej” albo „Ooo, sorry za lajka, myślałem, że to zdjęcie serialowej wersji Golluma”, ale nie, jestem aż tak pojebany, że cieszę się ich szczęściem. Serio. Kreeeejze. I tu wracamy do pytania „Facet, co jest z Tobą nie tak?” Druga możliwa odpowiedź to: Jestem ciężki w obyciu. Trzecia: Lubię swoje własne towarzystwo. Pewnie brzmi to słabo, jednak autentycznie, wbrew kompleksom, lubię samego siebie, lubię posiedzieć i pomyśleć nad rzeczami do których inni nie przywiązują wagi, lubię poczytać książkę w ciszy (i tu kolejne moje dziwactwo: praktycznie nie oglądam telewizji. Dla mnie telewizor mógłby nie istnieć). Czwarta odpowiedź to: dobrze mi się słucha „babskiej” muzy. Zresztą mało powiedzieć „babskiej”, ja się bujam do rytmów dla nastoletnich dziewcząt. Najlepszy przykład: Kiedy piszę ten tekst na słuchawkach leci Ariana Grande na przemian z Taylor Swift. Taylor-kurwa-Swift! Who the fuck is Taylor Swift???!!! Nie, żartuję, wiem kim jest Taylor Swift, aż tak stary nie jestem, choć rzeczywiście zastanawiająca może być słabość 35-letniego faceta do muzyki tworzonej dla dziewczynek przy pierwszej miesiączce. No i to było na tyle w temacie „gejowatości”, także spokojnie mamo, spokojnie tato, nie kręcą mnie kolesie, ba, nie wyobrażam sobie spania w jednym łóżku z facetem, chyba, że z kimś z rodziny, ale to też nie wiem jak musiałbym być porobiony, żeby do tego doszło.

Jako, że wpis miał być największym dziś wylewem szczerości w Internetach, a i sam zamysł miałem na dwie części, to teraz część druga, do której nie mam pojęcia jak płynnie przejść, więc nieudolnie posłużę się fragmentem z kawałka Taylor-kurwa-Swift, który to znajdziecie na dole tego tekstu. Oto cytat: „I’m sorry, the old Taylor can’t come to the phone right now. Why? Oh ’cause she’s dead!”. Ja na szczęście nie jestem jeszcze dead, choć według powtarzającego się w kółko snu, zostało mi niewiele czasu. Kilkukrotnie już wspomniałem swój wiek i nie ma się co oszukiwać – jestem stary. Za starością tą idą jednak pewne przemyślenia i ostrzeżenia dla wszystkich, którzy czytają niniejszy wpis i mają jeszcze szansę nie powielić moich blędów. Mianowicie pomimo wszystkich kompleksów i introwertyzmu, który całkowicie kłóci się z postawą a’la „Napiszę o sobie wszystko na blogu i niech świat to widzi” (o sprzecznościach we mnie samym przeczytacie TUTAJ) odkąd pamiętam jakiś głosik z tyłu głowy mówił mi: „Przemek, jesteś stworzony do wielkich rzeczy”. Tylko, kurwa, nie wiedziałem do jakich. I teraz mając 35 na karku – surprise, surprise! – nastąpiła brutalna pobudka. W momencie kiedy trzeba było w życiu podejmować ważne decyzje, czyli gdzieś na etapie wyboru szkoły średniej lub studiów ja… sam nie wiem co robiłem. Być może piłem z Siwym wódkę w piwnicy, choć bliższe prawdy jest, że po prostu nie wiedziałem co lubię i co chcę w życiu robić (wtedy jeszcze świat książek był dla mnie nieznaną krainą). No i tak się jakoś złożyło, że umiejąc pisać, bo nieskromnie powiem – umiem pisać. Może nie jest to wielce wyrafinowane pisanie, żaden ze mnie Marquez, czy Dostojewski, ale umiem. Sam nie wiem dlaczego. Może taki się urodziłem, może tak mnie życie zorało, a może łatwiej mi pisać niż mówić – … umiejąc pisać oblałem egzamin na polonistykę produkując 7 kartek na temat powieści dotyczących prześladowań Żydów, kiedy trzeba było napisać pracę na podstawie wierszy, innymi słowy nabazgrałem 14 stron A4 nie na temat (Można? Okazuje się, że można!) i bez znajomości tabliczki mnożenia wylądowałem w liceum, a następnie na studiach ekonomicznych. Obecnie pracuję w kablówce i choć nie jest to zła robota to umówmy się – nie jest również spełnieniem marzeń. Marzeń, których nie miałem wówczas, gdy powinienem był je mieć. Dla mnie jest już raczej za późno, a teksty takie jak ten są jedynie pierwszym, małym kroczkiem w dobrą stronę (lub też pierwszym w stronę autodestrukcji, ciężko powiedzieć). Próbuję robić coś co daje mi fun zanim w pracy podetnę sobie żyły (bo uwierzcie, że pomimo zabawnego wydźwięku większości PisanychPoPijaku tekstów, cholernie smutny ze mnie koleś) lub spotka mnie bliżej nieokreślona śmierć zimą tego roku (bez kitu, cholernie przekonujący jest ten sen). Nie chcę zabrzmieć jak stary dziad, jednak jeśli czytają to osoby w wieku powiedzmy 14-24 lat to wierzcie mi na słowo – i UWAGA, po raz pierwszy uda mi się fajnie spuentować własny tekst – nie dajcie się stłamsić presji otoczenia, a zarazem wywierajcie presję na sobie samych, być może wtedy nie obudzicie się z ręką w nocniku jak ja.


Na zakończenie obiecany kawałek Taylor-kurwa-Swift, przy którym powstawał ten tekst. Od połowy to naprawdę fajna nuta jest z rozwalającą ostatnią sceną. No i gorąca ta cała Taylor w czarnych pończochach. Dziwkarski styl jest spoko 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *