Ten o pisaniu po pijaku…

Ten o pisaniu po pijaku…

Znacie to uczucie kiedy budzicie się rano z trzydziestką na karku i pierwsza myśl to: „Coś tu się, kurwa, nie zgadza”? Pewnie nie bo i kto w tym wieku chciałby zawracać sobie głowę takimi duperelami? Trzydzieści plus to już ten czas kiedy wszystko powinno być ułożone – mieszkanie, dzieci krzątające się pod nogami i spokojne wyczekiwanie piórnika. Drewnianego piórnika, dwumetrowej dziury w ziemi i ubranych na czarno panów zasypujących wieko piachem. Jasne, można się oszukiwać, ale prawda jest taka, że powoli zaczyna być już z górki. Godziny, tygodnie, miesiące i lata upływające coraz szybciej. „Oooo 2002”, mrugasz okiem: „Ooo 2009”, kichniesz: „Oooo 2016”. Rodzice mówili, żeby cieszyć się młodością bo po osiemnastce wszystko zaczyna zapierdalać (no, oni użyli nieco innych słów). I wiecie co? Mieli rację.

Wstajesz i myślisz: „Coś tu się chyba nie do końca klei” i nie wpadasz na to patrząc na odłażącą od ściany tapetę ani na pływającą w szklance sztuczną szczękę (jeszcze!). Wiesz, że zaraz musisz iść do kibla, zjeść śniadanie i wio do roboty! Nie żeby praca była zła choć jak wiadomo większość nie pracuje w miejscu swoich marzeń. Czasem jest lepiej, czasem gorzej; robota jak robota. Pozwala Ci raz do roku bujnąć się nad morze i raz w Tatry, kupić chlebuś, masło, wiśniowe Belriso, Tyskie czy tam nie wiem – Lego Duplo dla ukochanego szkraba. Aaa, no i pozwala też spłacić kredyt zaciągnięty na tysiąc trzysta dwadzieścia dwa lata czyli akurat do dnia przejścia na emeryturę. Emeryturę, której zresztą nie dostaniesz i będziesz zmuszony wsuwać tynk ze ścian (do tego czasu tapeta może odejdzie już całkowicie). No, ale dobra, dość smętów. Kończysz pracę i wtedy rozkłada się wachlarz możliwości. Możesz pobawić się z dziećmi (jeśli masz), spotkać się ze znajomymi (jeśli ani Ty ani znajomi dzieci nie macie lub jeśli macie wszyscy. Choć lataj tu za całą tą zgrają; trzeba by mieć oczy w dupie), możesz też poczytać (haha), przejrzeć ultra-super-hiper-kozackiego smartfona, którym ogłupił Cię aktor z reklamy lub – najpopularniejsze – zasiąść z dupą na kanapie i odpalić króla odmóżdżaczy – pudło zwane ti-wi, które gość w Media Markcie wcisnął Ci jako najlepsze, choć tak naprawdę nie miał pojęcia o czym gada, bo go wyłowili z łapanki na ulicy.

Tam to się dopiero dzieje (w telewizji oczywiście, nie w Media Markcie)! Jedna zła wiadomość pogania kolejną. Tsunami w Japonii, gdzieś zawaliła się ziemia, rozbił samolot, pedofil w Szwecji a na Bliskim Wschodzie… wiadomo. Przełączasz na teleturniej, trochę zabawniej – obcy ludzie wygrywają pieniądze. Wow.

Wiem, brzmi grobowo, ale co zrobić? Taka jest po prostu codzienna rutyna, takie jest życie. I ok. Są tacy, którzy pracują w miejscu marzeń oraz tacy, którzy odkryli w sobie np. talent kulinarny więc bawią się w Masterchefa albo pasję do wspinaczki i chodzą sobie na ściankę. Gorzej jeśli masz te 30+ i wkurwia Cię rutyna, a dopiero teraz skapnąłeś się co lubisz robić. Na dodatek okazuje się, że nie jest to ceniona w tym kraju opcja. Wstajesz więc rano zdając sobie sprawę, że obudziłeś się z ręką w nocniku.

Wystarczy, że odpowiesz sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie – ‚Co lubię w życiu robić?’ … a potem zacznij to robić.

Tylko dlaczego tak późno? – zastanawiasz się wciąż tego samego poranka. Może podjęte wcześniej decyzje nie były do końca słuszne? Czyżbyś niepotrzebnie chodził przez 8 (!!!) lat do szkół ekonomicznych nie znając nawet tabliczki mnożenia? Wstyd się przyznać, ale autentycznie nie znam. Ok, idiotą nie jestem, znam te łatwe mnożenia – razy 1, 2, 3, 5, 9, 10. Ale 6*7? Nie będę nawet strzelał. Wszystkie te lata zaliczane na powiedzmy czwórkę. „Gościu, nie rób sobie jaj. Osiem lat w matematycznych szkołach (w tym na studiach!!) i nie znasz tabliczki mnożenia? Tak się nie da!”, ktoś mógłby powiedzieć. Uwierzcie, że się da.

Pierwszą książkę przeczytałem w wieku mniej więcej 20 lat. Okazało się, że to całkiem spoko zajęcie jest. Prawie tak fajne jak pisanie o nich (książkach) czyli w moim przypadku szerzenie grafomanii. Fatalnie zaczyna to jednak wyglądać dopiero wtedy, kiedy poza pisaniem o książkach zaczynasz pisać o otaczającym Cię świecie, bo jakoś przynosi Ci to ulgę. Wtedy zaczyna się dramat! Miło jednak kiedy ten dramat pozwala Ci oderwać się od codziennej rutyny. Gdzieś masz wtedy Bliski Wschód, smartfona, tabliczkę mnożenia i fakt, że jutro znów wstaniesz, pójdziesz do kibla, zjesz śniadanie i wio! Dzień, kurwa, w dzień!

Nie zamęczając dłużej – na stronie będą ukazywać się wpisy pokroju tych, które niektórzy już znają czyli „z życia wzięte”, a także (czasami) recenzje z tworzonego przez zacne grono ludzi najlepszego w tym kraju portalu o szeroko pojętej kulturze – www.gloskultury.pl. Jeśli więc nudziłoby się Wam po robocie, to zachęcam i zapraszam na http://pisanepopijaku.pl.

PS. Mamo przepraszam za tę nazwę! Nie piszę po pijaku, ja w ogóle nie tykam alkoholu! Nawet nie wiem jak smakuje mocne piwo, że o wódce nie wspomnę. Chciałem tylko, żeby tak luzacko i chwytliwie brzmiało, żeby się przebiło. Wiesz, mainstream i te sprawy. No i logo mi się fajne wymyśliło. Love you!

To też może Ci się spodobać:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *