RECENZJE,  SERIAL

Ten o kotlecie w wersji Bella Ciao, czyli “Dom z papieru” [recenzja]

Choć do końca lipca pozostało jeszcze kilka dni, już teraz wiadomo, że lato 2019 przejdzie do historii telewizji. Dlaczego? Wszystko za sprawą powrotów na ekrany dwóch flagowych tytułów amerykańskiego giganta, Netflixa. O fantastycznym trzecim sezonie Stranger Things pisałem już TUTAJ, jednak pozwolę sobie raz jeszcze przyklasnąć ekipie z Hawkins, która wbrew obawom widzów o poziom nowej serii, zdecydowanie stanęła na wysokości zadania przebijając dwie poprzednie odsłony razem wzięte! I tu dochodzimy do drugiego z tytułów, wobec którego obawy były jeszcze większe i zdecydowanie bardziej uzasadnione. Fakt ten nie może jednak nikogo dziwić, skoro mówimy o produkcji kochanej przez publiczność (serial zajmuje czołowe miejsca w najpopularniejszych internetowych, branżowych rankingach), jednocześnie zlinczowanej przez krytyków. Mowa o serialu pełnym bzdur i bzdureczek, którego najnowsza odsłona nigdy by nie powstała, gdyby nie popularność jaką zyskał dzięki globalnemu zasięgowi, czyli mówiąc wprost – trzeci sezon został najzwyczajniej w świecie „doszyty” do poprzednich dwóch/jednego (co też zależy od tego jak spojrzymy na sprawę, gdyż oryginalnie w hiszpańskiej telewizji pierwszy sezon podzielony został na 15. odcinków po około 70 minut, co Netlfix zamienił na dwa sezony, po 45 minut odcinek). Mowa oczywiście o La Casa de Papel, Money Heist, czy po naszemu o Domu z papieru, czyli najpopularniejszej obecnie na całym globie historii, w której miliony telewidzów trzyma kciuki za powodzenie „tych złych”. Czy ten przeliczany tak w samym serialu jak i realnym życiu na pieniądze eksperyment mógł w ogóle wypalić? O dziwo, okazuje się, że tak!

Od czasu udanego skoku na Królewską Mennicę Hiszpanii minęło dwa i pół roku. Podzielony (ze względów bezpieczeństwa) na dwuosobowe grupy gang Profesora korzysta z życia jak tylko się da, w końcu pieniądze nie grają już dla nich roli. Zakochani Tokio i Rio wylegują się na rajskiej wyspie, Nairobi oraz Helsinki bawią w Ameryce Południowej, Denver wraz z ukochaną zwiedzają Azję. Sam Profesor natomiast, jak śpiewał swego czasu nieodżałowany Zbigniew Wodecki: Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie. Tak się jednak składa, że ani hiszpańska policja, ani Interpol, ani uwolniony kilkanaście miesięcy wcześniej z roli zakładnika (obecnie niezwykle popularny) Arturo, nie zamierzają odpuścić zniewagi jakiej dopuścili się zasłaniający twarze maskami wzorowanymi na Salvadorze Dali rabusie. Rzecz jasna, nie po to jednak wznawiano serial, byśmy podziwiali urokliwe zakątki świata, ktoś w końcu musiał nawalić. I nawalił. Osobą tą był fruwający dzięki motylkom w brzuszku Rio. Chłopak zostaje pojmany przez organy ścigania, lecz – ku zaskoczeniu – informacja ta nie trafia do mediów. Dlaczego? Bowiem policja postanawia torturami wydobyć z naszego młokosa informacje na temat miejsca pobytu reszty grupy. Kiedy wieść ta dociera do Profesora, wiadomo już, że wakacje dobiegły końca. Trzeba ratować jednego ze swoich! A może by tak przy okazji jeszcze jeden napadzik?

Oczywiście, że tak! Nasi ukochani krejzole zamierzają odbić kumpla, dokonując, jakby mimochodem, jeszcze bardziej spektakularnego skoku aniżeli ten, który już widzieliśmy. No bo przecież, kto normalny wpada na pomysł, by zwędzić najbardziej strzeżone tajemnice kraju corridy oraz Zary, dodatkowo przywłaszczając sobie całe, narodowe zapasy złota? Odpowiedź brzmiałaby „nikt” zwłaszcza w sytuacji, gdy cały domniemany łup znajduje się głęboko pod ziemią, a w razie alarmu, podziemna twierdza zalana zostanie szczelnie wodą. Tymczasem odpowiedź nie brzmi jednak „nikt” bowiem Profesor, jak to on, ma plan. Plan rzecz jasna bardzo ryzykowny, chociaż jak głosi powiedzenie – Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Co prawda moim skromnym zdaniem jest to jedno z najbardziej debilnych powiedzeń jakie kiedykolwiek wymyślono, aczkolwiek Tokio, Denver i spółka muszą być najwyraźniej bardzo spragnieni, gdyż bez mrugnięcia okiem idą po tego szampana w ciemno! I właściwie to byłoby na tyle odnośnie fabuły, ponieważ każde następne zdanie stanowiłoby już sporych rozmiarów spoiler, a tego postaram się uniknąć. Coś jednak napisać wypada, a nawet trzeba, tak więc…

Tak więc to co otrzymujemy w ośmiu nowych odcinkach La Casa de Papel powinno w zupełności zaspokoić pobudzone apetyty fanów serii. I tu ciekawa sprawa, bowiem wspomniane we wstępie do tekstu Stranger Things pokazało widzom nową, dojrzalszą twarz, tymczasem twórcy Domu z papieru postanowili pójść znaną już sobie ścieżką. Ku zaskoczeniu, oba jakże różne podejścia do tematu wypaliły, choć nie da się ukryć, że trzeci (drugi?) sezon przygód ulubionych rabusiów świata to nic innego jak odgrzewany kotlet. Być może ciut inaczej doprawiony, może w nieco zmodyfikowanej panierce, jednak to nadal to samo danie. Niemal kęs w kęs. Trzeba jednak oddać scenarzystom co ich, mianowicie znają się na swojej robocie, skoro nawet odgrzany kotlet wciąż smakuje wybornie. Co prawda aż roi się tu od akcji uwłaczających inteligencji nie tyle dorosłego człowieka, co przedszkolaka (serio, czasem patrząc na wydarzenia z ekranu nie pozostaje nic innego jak uśmiechnąć się pod nosem z politowaniem), nie zmienia to jednak faktu, że wciąga bardziej niż ruchome piaski (nawiasem mówiąc chwalony serial zatytułowany Ruchome piaski właśnie, nie wciągnął mnie wcale). Mało tego, powiem więcej – ostatnie dwadzieścia minut siedziałem jak na szpilkach prawdopodobnie nie oddychając, ani nie mrugając oczami. Ten serial to król wszystkich guilty pleasure. Jest jednocześnie niezwykle prosty i naiwny, a zarazem w tej dziecinnej naiwności fenomenalny! Co zatem przemawia na korzyść nowej odsłony? Co z kolei sprawia, że podczas niektórych „poważnych” scen trudno nie parsknąć śmiechem?

Największą zaletą, a zarazem nowością jest dokoptowana do obsady pani ze zdjęcia powyżej. Pani ta, której w realnym życiu na imię Najwa, a na nazwisko Nimri, wciela się tu w inspektor Alicię Sierrę – uznaną w kręgach stróżów prawa miłośniczkę słodyczy, która – uwierzcie mi na słowo – będzie stanowiła dla Profesora oraz reszty ekipy trudniejszy orzech do zgryzienia, niż we wcześniejszych odcinkach Raquel Murillo (Itziar Ituno). Pani Najwa zdecydowanie zawyża poziom najnowszej odsłony serialu, czego nie można niestety powiedzieć o najbardziej wyrazistym nowym mężczyźnie w obsadzie, czyli Rodrigo De la Sernie w roli Palermo – kochanka naszego drogiego Berlina, w którego to buty biedny Rodrigo (zdjęcie poniżej) próbuje wejść. Trzeba sobie jasno powiedzieć, że facet jest fatalny. Nie chcę mu oczywiście ujmować, śmiem jednak twierdzić, że w jego postać z większym powodzeniem wcieliłby się Wielki Ptak z Ulicy Sezamkowej. Mogę się rzecz jasna mylić, jednak będę się trzymał własnego zdania. Cóż dodać więcej do zalet oraz wad? Właściwie nic, skoro jak mówiłem mamy tu do czynienia z odgrzewanym kotletem w wersji Bella Ciao, bo nawet i tę patriotyczną pieśń, stanowiąca poniekąd „hymn” produkcji wpleciono w najnowszym sezonie kilkukrotnie. Na dobrą sprawę „nowy” Dom z papieru to tak naprawdę „stary” DzP, tyle, że z kilkoma innymi twarzami. Dobrze to, czy źle? Prawdopodobnie żaden to sukces, chociaż trzeba też spojrzeć prawdzie w oczy – nie da się inaczej zrobić serialu, którego sednem jest napad na bank.

No i co, udało nam się dotrzeć do końca tej recenzji bez większych spoilerów, prawda? Nie będę ukrywał, że jestem z tego powodu dumny, tak jak i zresztą ze zwrotu o kotlecie w wersji Bella Ciao, co – zdaje się – wykorzystam chyba jako tytuł niniejszego tekstu 😉 Dumę powinni czuć również wszyscy przykładający choćby palec do kontynuacji przebojowej serii, bo sztuką jest z tak banalnego i pozornie oklepanego tematu zrobić HIT na aż tak wielką skalę, zwłaszcza przy tak sporej ilości bzdur w przeliczeniu na odcinek. Najwyraźniej nie zawsze tym czego szukamy w menu są dania z finału Mastechefa, czy Kuchennych rewolucji by Magda G., czasami wystarczy ten nasz sprawdzony, poczciwy kotlet, czyli smak, który nie zaskakuje, jednak zawsze sprawi, że wyjdziemy z knajpy syci. Tak więc Ciao Tokio, Ciao Profesorze. Do zobaczenia w następnej serii.

OCENA: 7/10


  • Fot.: Netflix

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *