RECENZJE,  SERIAL

Ten o cenie kłamstw, czyli “Czarnobyl” [recenzja]

Dwudziestego szóstego kwietnia 1986 roku w czwartym bloku Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej im. W. I. Lenina nastąpiła eksplozja rozpoczynająca największą katastrofę jądrową w dziejach ludzkości. W jej wyniku skażeniu uległy znaczne obszary Białorusi, Ukrainy i Rosji, a chmura radioaktywnego pyłu rozproszyła się po całej Europie. I choć już w pierwszym zdaniu niniejszego tekstu poniekąd minąłem się z prawdą (do tego jeszcze wrócimy), nie da się ukryć, że sam dźwięk słowa „Czarnobyl” u wielu wywołuje przerażenie lub (niezdrową) fascynację. Radziecka Elektrownia stała się tematem przewodnim wielu naukowych opracowań, książek, piosenek, czy gier komputerowych, dlatego nie może dziwić fakt, że ktoś postanowił wreszcie z klasą przenieść w jakimś przynajmniej stopniu prawdę na mały ekran. Tym „kimś” okazało się być HBO (we współpracy ze Sky), a jak widać w subiektywnym rankingu Najlepszych serialowych premier 2018, kto jak kto, ale HBO wie jak to zrobić. A skoro już przy rankingach jesteśmy to należałoby wspomnieć o drobnej ciekawostce, czyli zdetronizowaniu po blisko dekadzie Gry o tron z pierwszego miejsca najwyżej ocenianych produkcji telewizyjnych. I choć ilość oddanych głosów przy obu serialach jest nieporównywalna, to właśnie Czarnobyl znajduje się obecnie na szczycie każdej liczącej się „listy Naj”. Dlaczego tak się dzieje? Czy omawiany właśnie miniserial rzeczywiście zasługuje na tak wysokie noty? A może to telewizyjny „sezon ogórkowy” sprawił, że produkcja jedynie „dobra” aż tak mocno wybiła się na tle konkurencji? Wszystkiego dowiecie się z poniższej recenzji.

Od czego, by tu zacząć? Stara prawda mówi, że najlepiej od początku i tak też zrobię, bowiem to właśnie w pierwszej scenie Czarnobyla poznajemy odpowiedź o czym tak naprawdę traktował będzie serial. Ktoś mógłby się obruszyć, pytając zdawałoby się retorycznie: „A o czym ma być serial zatytułowany Czarnobyl, jeśli nie o katastrofie elektrowni?”. Na tzw. chłopski rozum wszystko się zgadza, jednak jak już w pierwszych słowach mówi do nas Jared Harris wcielający się w postać doktora Walerija Legasowa – wybitnego radzieckiego fizyka jądrowego, będącego zarazem członkiem komisji badającej przyczyny awarii: „Jaka jest cena kłamstw? Nie chodzi o to, że mylimy je z prawdą, ale o to, że usłyszawszy dość kłamstw, przestajemy rozpoznawać prawdę w ogóle. Co wtedy? Porzucamy nadzieję na poznanie prawdy i zadowalamy się opowieściami. Nieważne kim są ich bohaterowie, my chcemy tylko wiedzieć, kto ponosi winę”. I tu tkwi sedno i właśnie o tym opowiada entuzjastycznie przyjęta produkcja – nie o katastrofie samej w sobie, a o kłamstwach, prawdzie, propagandzie oraz o prawdziwych bohaterach, którzy nie potrzebują peleryn.

Po krótkim monologu akcja przyspiesza, przenosi się już do samej elektrowni na chwilę przed wybuchem i serwuje nam kwintesencję maksymy jaką kierował się sam wielki Alfred Hitchcock, czyli: „Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć”. Dokładnie to właśnie otrzymujemy podczas seansów Chernobyla. Najpierw sygnał o awarii, następnie procedura wstrzymania pracy reaktora, po niej wybuch, w który nikt nie mógł uwierzyć. Pierwsze odczyty pomiarów promieniowania zostają zbyte machnięciem ręki, a naukowcy oraz wezwani na miejsce partyjni dygnitarze ZSRR nie przyjmują do wiadomości, że taka sytuacja mogła rzeczywiście mieć miejsce. Pytają, żądają wyjaśnień choćby w teorii, jak mogło dojść do wybuchu rdzenia reaktora? Nikt nie odpowiada, bo nikt nie zna odpowiedzi – taka sytuacja wydarzyła się po raz pierwszy w dziejach świata! I to gdzie? Na terenie wielkiego, potężnego i niezwyciężonego Związku Radzieckiego, którego oficjele nawet przed samymi sobą nie chcą się przyznać do błędu. Nie mogą. Co więc dalej? Dalej kontrolę nad pracami komisji przejmuje Borys Szczerbina (świetny Stellan Skarsgård) – zastępca przewodniczącego Rady Ministrów ZSRR, który na zasadzie przeciwieństw stworzy fantastyczny ekranowy duet z Harrisem (Legasowem). Do „głównych bohaterów” zaliczyć można jeszcze Emily Watson, wcielającą się w Ulane Khomyluk – kolejną specjalistkę w dziedzinie fizyki jądrowej, która również nie podda się, dopóki nie pozna prawdy. Jednak prawda – nie o samej katastrofie, a o serialu – jest taka, że to nie „główne” a drugo i trzecioplanowe postaci oraz ich losy są tymi, o których pamietać będziemy jeszcze długo po końcowych napisach.

Bohaterów bez peleryn, jak pozwoliłem ich sobie wcześniej nazwać jest tu bez liku. Są nimi strażacy, którzy pojawili się w chwilę po eksplozji i którzy zrobili dla świata więcej niż wydawało im się, że robią, nie mieli bowiem pojęcia jak ogromne ryzyko ponoszą. Bohaterami jest czterystu górników, którzy zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, podjęli się podkopania pod reaktor, by uniknąć kolejnych eksplozji, a wszystkiego tego dokonali w nieludzkich warunkach pracy. Bohaterami są żołnierze, Ci starsi jak i młodsi stażem, jak chociażby Pavel (kolejna kapitalna kreacja, tym razem w wykonaniu Barry’ego Keoghana), którzy musieli wykonywać zadania, których wykonać nie chciał nikt, a jednak ktoś musiał to zrobić. Co otrzymali za swe zasługi? Potężną dawkę promieniowania, a co za tym idzie choroby popromienne, marny pieniądz i ordery od państwa, które w tej chwili każdy z nas może kupić za grosze na ukraińskich oraz bialoruskich bazarach.

Jak pewnie można już wywnioskować z tekstu, jedną z największych zalet Czarnobyla jest aktorstwo i tutaj właściwie nie ma słabych punktów. Oprócz już wymienionych na uznanie zasługują… właściwie wszyscy – od Jessie Buckley wcielającej się w żonę jednego ze strażaków, przez genialnie ucharakteryzowanego Davida Dencika w roli Michaiła Gorbaczowa, po Ministra Górnictwa, który zapada w pamięć pomimo zaledwie kilku minut spędzonych na ekranie. Mógłbym tak wyliczać i wyliczać, przejdę jednak do kolejnego czynnika działającego na korzyść serialu, a jest nim odwaga twórców. Mamy tu do czynienia z historią zatytułowaną Czarnobyl, więc na dobrą sprawę pomysłem na „straszenie” widza mogło być pokazywanie wszelakich mutacji, obrażeń ciała itd. i choć zdarzają się mocne szpitalne ujęcia, udało się twórcom osiągnąć zamierzony efekt, czyli przerażać realizmem. Produkcja sygnowana znakiem HBO nie przyprawia nas o gęsią skórkę widokami deformacji, a chociażby scenami zalewania poległych betonem. Dosłownie, to płynący powoli beton robi tutaj efekt wow. Wielkie brawa należą się za wszystkie sceny, podczas których widzowi przez głowę przebiega myśl pod tytułem: „Booooże, to się działo naprawdę”. Brawa za każdy moment, gdy wewnętrzny głos człowieka żyjącego w XXI wieku krzyczy: „Nieeee! Przecież tak nie można!”, bo akcja tego widowiska nie rozgrywa się w XXI wieku a w latach 80. ubiegłego stulecia i to na terenie ZSRR, wtedy nie było „Tak nie można”, było za to „Tak trzeba”. Warte podkreślenia są również sceny, w których reżyser (a jest nim niejaki Johan Renck, znany ze współtworzenia takich przebojów jak Breaking Bad, czy Wikingowie) stara się „zobrazować” promieniowanie. Raz ma to miejsce w szpitalu (scena małżeńska z błyskającymi kolorami w tle) oraz na dachu elektrowni, podczas zrzucania z niego odłamków granitu (tutaj twórcy posługują się odgłosami nazwijmy to… szumu). Niby proste zagrywki, ale jakże skuteczne!

Pora przejść do wad, bo – UWAGA! – takowe Chernobyl posiada. Właściwie to posiada jedną, za to ogromnie psującą odbiór całości. To niedociągnięcie prowadzi z kolei do wniosków, o których ciężko powiedzieć, czy to plus, czy minus miniserialu HBO. Tym co drażni niemiłosiernie i za co będą Czarnobylowi obniżane oceny jest język jakim posługują się bohaterowie, czyli język angielski (amerykański angielski, gwoli ścisłości). I tego zrozumieć nie potrafię. Mamy tu naprawdę genialną produkcję, z zapierającymi (na swój specyficzny sposób) dech pejzażami rodem z apokaliptycznych horrorów, mamy niesamowite i tak bardzo ludzkie historie w tle, mamy super scenariusz i wybitną pracę reżyserską, a nie można było zorganizować aktorów władających językiem rosyjskim, o który AŻ SIĘ PROSI?! Cała ta amerykańska gadka, akcent itd. pasują do dramaturgii, powagi, a przede wszystkim miejsca rozgrywania akcji jak pięść do nosa. Momentami autentycznie dobrze rozpisane dialogi tracą co najmniej połowę na wartości właśnie ze względu na język i trzeba sobie jasno powiedzieć, że jest to jedno wielkie faux pas! To z kolei prowadzi do innej kwestii…

Są tacy, którzy jako wady Czarnobyla podają „niepotrzebne” ponoć wplatanie wątków dramatycznych, typowo łzawych, byle tylko zagrać na najbardziej czułych strunach ludzkiej duszy (chociażby wątek strażaka i jego żony). Inni czepiają się, że podobno w niektórych scenach, w budynkach zamontowane są plastikowe okna, co – umówmy się – nie było ukraińskim standardem przeszło trzydzieści lat temu. Ja osobiście plastików nie widziałem, a nawet gdybym widział, raczej bym się nimi nie przejął, za to wplecenie do opowieści wątków podkręcających dramaturgię uznałbym raczej za zaletę. To, czemu należałoby się przyjrzeć bliżej jest sama narracja. I oczywiście nie chcę jej nic ujmować, jednak… Może inaczej – kojarzycie jaka była reakcja świata na katastrofę Czarnobylską? Otóż glob podzielony został w tej kwestii na Wschód oraz Zachód. Zachód, czyli przede wszystkim Stany Zjednoczone wszczął panikę wieszcząc zbliżający się Armagedon. Przeciwnym podejściem charakteryzował się Wschód, czyli kraje byłego Związku Radzieckiego, czy choćby Polska. I chociaż jak słusznie pokazuje to serial oraz jak można by zdroworozsądkowo pomyśleć – opieszałość władz ZSRR i skostniały system to rzeczy, które należy w najwyższym stopniu potępić, okazało się, że panika nie była do końca uzasadniona, przynajmniej nie w aż tak wielkim stopniu. Jak pokazują badania, poza wiadomymi i oczywistymi przypadkami choroby popromiennej wśród osób znajdujących się wówczas nieopodal miejsca katastrofy, nie odnotowano zwiększonej liczby zachorowań na dolegliwości, które mogło spowodować promieniowanie. Mówi się o „największej katastrofie jądrowej w dziejach ludzkości”, tymczasem awaria reaktora w Fukushimie z 2011 roku była według ekspertów o wiele bardziej niebezpieczna tak dla ludzi jak i środowiska. Różnica jest taka, że rzecz działa się kilka lat temu w wysokorozwiniętej Japonii, nie komunistycznej Rosji, dlatego do atmosfery wydobyło się wówczas (w 2011) jedynie 10% tego co w Czarnobylu.

DTV 30.04.1986 PIERWSZE INFORMACJE O KATASTROFIE W CZARNOBYLU

Czas to wszystko jakoś zebrać do przysłowiowej kupy. Tak więc: Czy Chernobyl to rzeczywiście (jak wskazują rankingi) najlepszy serial jaki kiedykolwiek powstał? A może jest zwyczajnie, po prostu dobry? Może przegadany? Ostatnią z opcji możemy wykluczyć od razu. Czy to Naj z Naj? To akurat kwestia gustu. Rankingi, jak zawsze, im więcej czasu upłynie od premiery tym bardziej będą spadać, można jednak założyć, że to serial, który przez lata powinien się utrzymać wysoko (i co chyba oczywiste, małe jest prawdopodobieństwo, by jakakolwiek inna produkcja przebiła tę od HBO w bieżącym roku). Poza niesamowicie irytującym i kompletnie nie pasującym językiem oraz – po części – narracją jakby z drugiej strony barykady, jest Czarnobyl serialem ocierającym się o wybitność. Mamy tutaj wszystko – dramaturgię, realizm, wyrazistych bohaterów, świetny scenariusz oraz reżyserię. Mamy momenty łamiące serca i wyciskające łzy oraz takie, przy których ślina nie chce spłynąć przez gardło. Przede wszystkim jest jednak Chernobyl serialem ważnym historycznie dla przyszłych pokoleń, ba, nawet – myślę sobie – dla pokolenia tzw. Millenialsów (i nie piszę tego złośliwie, po prostu chodzi o wychowywanie się w innych czasach/ innym świecie), bo pomijając już nawet charakteryzację i genialnie oddany „klimat” tego konkretnego okresu w dziejach świata oraz przede wszystkim lokację całej tej historii, ważnym jest, by nie zatraciła się pamięć. Tak z perspektywy uniknięcia powtórki kuriozalnych błędów popełnionych w Czarnobylu jak i pamięć o bohaterach bez peleryn, czasem okopconych sadzą, czasem z łopatą w dłoniach, a niekiedy z karabinem na ramieniu. Dzięki nim poznaliśmy cenę kłamstw. Najwyższą z możliwych.

OCENA: 9/10


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *