Ten o wyśnionym przeznaczeniu…

Ten o wyśnionym przeznaczeniu…

Dawno, dawno, temu kiedy Internet w Polsce zaczynał dopiero raczkować, a jego użytkowników zalała pierwsza fala blogów, myślałem sobie, że to niezła siara prowadzić takiego bloga; uważałem, że blog to opcja dobra dla zbuntowanych, zakompleksionych nastolatek. Tak, byłem głupi (i nie twierdzę bynajmniej, że nadal nie jestem). Strona tego typu kojarzyła mi się z zamkniętym na malutką, srebrną kłódeczkę w kształcie serca różowym pamiętniczkiem, schowanym głęboko pod łóżkiem z baldachimem. Z tą tylko różnicą, że zamiast małego zeszytu był komputer, zamiast paskudzących kartki kleksów z atramentu – klawiatura, a zamiast schowka pod łóżkiem – cały świat, przed którym dany bloger się uzewnętrznia. Co to w ogóle za bzdurny pomysł? – pytałem sam siebie; czy ludzie są aż tak zdesperowani i łaknący poklasku, że dzielą się najskrytszymi myślami z każdym komu zechce się wejść na ich śmieszną stronkę? Tragedia! Z biegiem czasu nieco dojrzałem, a i świat się zmienił; poszedł do przodu, a ja wraz z nim. Po ponad dwudziestu latach od narodzin zacząłem czytać książki, po dwudziestu pięciu kochałem czytać książki; przed trzydziestką zorientowałem się że kręci mnie pisanie niezdarnych recenzji, ot tak, dla zabawy; po trzydziestu dwóch przełamałem jeden z większych kompleksów: pełen obaw, że zostanę wyśmiany, a znajomi będą pukać się w czoła mówiąc: „o-ho, pan pisarz się znalazł, dobre sobie”, założyłem bloga. Żaden ze mnie pisarz (prędzej grafoman), choć faktem jest, że pisanie daje mi fun. Blog to z kolei miejsce, które daje temu ujście. Generalnie pisać można o wszystkim, choć są oczywiście tematy bardziej popularne, które zawsze będą miały większe branie jak i tematy, o których raczej nie powinno się pisać. Ten wpis otrze się o temat mało popularny, o którym raczej się nie pisze i z którego – z całą pewnością – nie powinno się żartować. Nie zamierzam żartować, wiem jednak jaki mam „styl” (zakładając, że w ogóle jakiś mam) pisania i jako, że zawsze piszę „z marszu”, idąc na żywioł, nie mam pojęcia jaki będzie wydźwięk treści poniżej, dlatego – jakby co – zaznaczam na starcie, że nie zamierzam urazić niczyich uczuć. A, zresztą co ja się tu produkuję, nie po to zakładałem bloga, żeby się teraz tłumaczyć z treści postów, zwłaszcza biorąc po uwagę, że pisane są po pijaku…

Sny to kolejny po miłości temat – rzeka. Wikipedia twierdzi, że to „twory fizjologiczne” jednak prosty facet jak ja, nie będzie się zagłębiał w te naukowe farmazony, choć przyznaję, że to dość ciekawe zagadnienie. Jako przeciętny zjadacz chleba powiem tak: śnimy wszyscy i wszyscy też wiemy jak dziwne obrazy potrafi nam mózg, w trakcie snu podsunąć. Śnią się zepsute zęby, zdrowe zęby, węże, rodzina, bywają i sny erotyczne. Tak, bądźmy szczerzy, każdemu przytrafił się sen erotyczny. Wiem o czym mówię bo sam takie miewałem i aby nie przesadzić napiszę jedynie, że Kamasutra to przy tym grzeczne czytadełko na dobranoc. Zazwyczaj, choć całość wydaje nam się nader rzeczywista, wszystko podszyte jest nutką surrealizmu. Pamiętam jak kiedyś śniło mi się, że na trawniku przed blokiem, w którym mieszkam ustawione są krasnale ogrodowe, których czapki sięgają okien mojego pokoju. I nie byłoby w tym pewnie nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że mieszkałem na dziewiątym piętrze. Gigantyczne krasnale ogrodowe ustawione przed blokiem w centrum miasta. Kumacie? O, jakież było moje zdziwienie, gdy po przebudzeniu wyjrzałem za okno, a tam ani jednego krasnala! Autentycznie wierzyłem, że tam będą. Innego razu obudziłem się (we śnie) na dryfującym pośrodku jeziora materacu, a że nie umiem pływać to lekko się zestresowałem. Nagle patrzę, a po tafli wody zasuwają zielone renifery (tak, zielone renifery), na gałęziach drzew natomiast usadowiły się złote sowy, ważące – na oko – 100 kilo każda. W pewnym momencie jedna z sów wychyla się i woła do mnie: „Mogę Ci pomóc”. Sam fakt gadającej sowy nie zaskoczył mnie nic a nic, bardziej zastanawiało mnie w jaki sposób może mi pomóc. „Jak chcesz mi pomóc?” – zapytałem. „Normalnie, podlecę, złapiesz się moich szponów i przeniosę Cię na brzeg” – odpowiedziała. Nie wahałem się ani chwili, pomachałem do sowy, żeby podleciała, a gdy już wisiała mi nad głową złapałem się pazura. Uniosła mnie na dobre 20 metrów w górę, po czym dziabnęła dziobem w rękę. Spadając usłyszałem tylko gromki śmiech i słowo „Frajer” wycedzone z sowiego pyska. Od tamtej pory zupełnie inaczej patrze na tych podstępnych, kłamliwych strażników nocy; nie ufam im ani trochę. Gdyby nie to, że inaczej mnie wychowano powiedziałbym nawet, że sowy to chuje. No, ale nie powiem. Summa summarum sny bywają pokręcone i ogólnie rzecz biorąc pewnie nie warto przywiązywać do nich wagi. No chyba, że jest taki sen, który na przestrzeni kilkunastu lat powtarza się regularnie co kilka miesięcy i ewidentnie nie wróży nic dobrego. Nie wiem dlaczego akcja większości historii opisywanych na tym blogu rozgrywa się jesienią albo zimą, ale nie da się ukryć, że i ta ze snu to żadna tam letnia opowiastka…

Jest zimno, szaro i nijako. Na drzewach nie ma już liści, a nagie gałęzie uginają się pod naporem porywistego, mroźnego wiatru. Na ziemię opadają pierwsze płatki śniegu. Całe tłumy ubranych w grube, puchowe kurtki i porządne płaszcze, otulonych szalikami ludzi. Czarne spódnice pań podwiewa ten sam mroźny wiatr, na odzianych w czarne pończochy łydkach pojawia się gęsia skórka. Wszyscy zebrani ubrani są na czarno, stoją pośród setek mogił. Wiatr się wzmaga, śnieg już nie prószy, a sypie całkiem konkretnie; pojedyncza łza spada w dół, wsiąkając w miękki, biały puch. Są tu rodzice, siostra, bliscy; są ludzie których znam i tacy, których widzę po raz pierwszy. Obserwuję całą scenę jak każde z nich. Jestem wśród nich, tyle, że mnie nie widzą. Ksiądz kończy mowę, panowie w czarnych frakach opuszczają drewnianą skrzynię zasypując wieko piachem. Każdy po kolei podchodzi z wieńcem kwiatów, całują w policzek mamę oraz siostrę i czym prędzej oddalają się w stronę zaparkowanych po drugiej stronie ogrodzenia samochodów, bo bez kitu na dworze zaczyna się już robić bardzo nieprzyjemnie. I wtedy ja, na pełnym luzie, pochodzę do tego stosu goździków i gerber, które pomimo stonowanych kolorów prezentują się całkiem ładnie. Podnoszę wzrok nieco wyżej, a tam na małej czarnej tabliczce, napisany wielkimi białymi literami krótki przekaz: „Ś.P. PRZEMYSŁAW K. LAT 35”.

Jeśli ktoś pomyślał przy poprzednim akapicie: „O fuck, co za smęty”, nic bardziej mylnego. Co ma być to będzie i choć nie wierzę w jakieś tam ukryte znaczenie snów to nie mogę zlekceważyć takiego, który na przestrzeni iluś lat powtarza się regularnie. Zawsze zimno, zawsze to samo miejsce i zawsze 35. Zdarzyły się tylko dwa odstępstwa – raz zamiast tłumów było może z pięć osób na krzyż, a raz przed zasypaniem wieka, któryś z facetów w czerni wyciągnął zza pleców boomboxa i włączył „Breath Of Life” Florence and The Machine. W sumie dobry pomysł, bo ta nuta, gdy ją odpowiednio podkręcić, obudziłaby zmarłego! Serio, sprawdźcie klikając w link, zobaczycie, że mam rację. Generalnie – nie urażając niczyich uczuć, ani religijnych przekonań uważam, że tak się powinno na pogrzebach robić. Ksiądz stoi i gada, że nie ma co płakać bo zmarły odszedł do lepszego świata, a mimo to atmosfera jest taka, że samemu żyć się odechciewa. Skoro mamy się więc cieszyć i oddać zmarłemu jakiś szacunek to puśćmy na pogrzebie jego ulubiony kawałek! Mówię poważnie.

W czerwcu stuknie mi 33 jeśli więc wierzyć, że sen jest proroczy i umrę jesienią/zimą mając lat 35, to jeśli dobrze liczę zostało mi jakieś dwa i pół roku. Niejeden by się załamał, jednak ja – choć nie śpieszno mi do grobu – nie jestem wielce zdruzgotany. Szczęście w nieszczęściu – nie udało mi się niczego dorobić. Mieszkanie na dobrą sprawę należy do banku, który miesiąc w miesiąc ściąga taką sumkę, że niech ich stado jeży wy… niech stado jeży uprawia z nimi fizyczną miłość! Gdyby natomiast złodzieje postanowili to mieszkanie obrobić w trakcie mojej nieobecności to sami strzeliliby sobie w kolano, bo nie ma w nim nic na czym mogliby zarobić. Pralki ani lodówki nie wyniosą, komputer to nawet sam bym im oddał bo już mnie wkurza, że pięć minut po włączeniu wydobywają się z niego odgłosy jak z traktora. Może telewizor? Spoko, jeśli ktoś jest miłośnikiem kineskopowych Samsungów z „dupą” z tyłu; żadne tam 50 cali, żadne HD. Jedyną rzeczą przedstawiającą jakąkolwiek wartość są książki. Sporo ich się nazbierało i mogliby je opchnąć na Allegro czy innym OLXie po 20-30 zeta za sztukę, ale życzę powodzenia w wynoszeniu ich, takie ciężkie dziadostwo! Nawet mi samemu nie chce się przestawiać tych tomiszczy na półkach, a gdzie dopiero ładować je w kartony i taszczyć do windy! Trzeba by być niezłym masochistą. I nie, żebym się żalił czy coś. Nie narzekam, bo dobrze mi tak jak jest. Pewnie zabrzmi to banalnie lub patetycznie, chociaż jest zwyczajnie szczere: dobra materialne mam ogólnie w dupie. Nie jara mnie kupowanie popularnych, markowych ciuchów, nie kręcą mnie najnowsze modele smartfonów. Nawet – co dziwne jak na faceta – nie interesuje się motoryzacją, a co za tym idzie – nowymi modelami aut. Samochód jak samochód, jest od tego, żeby jeździł. Ma Cię przetransportować z punktu A do punktu B i tyle w temacie. Cytując fragment jednej z moich ulubionych książek: „Twoja praca to nie ty. Ilość pieniędzy, jaką masz w banku to nie ty. Samochód jakim jeździsz, to też nie jesteś ty. Ani zawartość portfela. Ani nawet twoje pieprzone portki”*. Zresztą czym jest nowe auto w porównaniu do pobudzającej wyobraźnię i kojącej duszę lektury? Czym jest w obliczu podsuwającej w trakcie snu pokrętne wizje, magii podświadomości? Niczym. Są rzeczy, za które nie zapłacisz kartą Mastercard.

Sen snu nierówny: raz ząb, raz bezczelna, złota sowa, kiedy indziej gigantyczne ogrodowe krasnale i tylko raz na ruski rok gotowa na wszystko, niesamowicie ponętna sąsiadka w mega seksownej, koronkowej bieliźnie. Czasem trafi się obraz ubranego na czarno tłumu, sugerując, że przy dwóch blogowych wpisach tygodniowo zdążysz ich jeszcze wypocić około dwustu sześćdziesięciu i nara. Masz nadzieję, że przynajmniej połowa będzie lepsza niż ten tutaj. Chociaż – tak na dobrą sprawę – jakie to ma znaczenie, skoro rano znów usłyszysz irytujący dźwięk budzika, wstaniesz, wysikasz się, zjesz śniadanie, umyjesz zęby i wio do pracy?! Żadne, ale fajnie jest mieć bloga; fajnie jest posiadać coś niematerialnego, pozwalającego na chwilę relaksu, wytchnienia i oderwania od tego pędzącego donikąd wyścigu szczurów.


To też może Ci się spodobać:

9 komentarzy

  1. Uwielbiam Cie za ten tekst i zapisze sobie Twoją stronę. Bardzo prawdziwy! A sowy… Uwielbiam je. I od zawsze wiedziałam, że to kawał suk z nich. Twój sen właśnie to potwierdził, że wcale nie wyglądają na takie niewinne. Ty też możesz wydawać się mądry, bo czytasz tyle ciężkich książek, a przychodzi co do czego to śnisz o sąsiadce w seksownej koronce. 😉 Wydaje mi się, że te sny sugerują Ci, że zostało Ci niewiele czasu, aby opracować tą najważniejszą, pogrzebową playliste 😉

  2. Zapisałam sobie tytuł wspomnianej przez Ciebie książki, bo sam cytat brzmi kusząco. Niby blog — pisany po pijaku, a tekst spójny, zabawny i lekki w odbiorze 🙂 Chyba zostanę tu na dłużej.

  3. Ciekawy, napisany z dystansem post. Mam niezwykle podobne odczucia co do prowadzenia bloga. To takie moje własne „miejsce” na Ziemi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *