Ten o sobotnim flashbacku i psie z piekła rodem…

Ten o sobotnim flashbacku i psie z piekła rodem…

Muszę gdzieś to zapisać, żeby mi z głowy nie uleciało. Zapiszę tutaj.
Miałem na maxa pojebany sen. Gonił mnie pies. Jak wie każdy kto mnie zna – nie przepadam za psami, a psy nie przepadają za mną. Zdecydowanie nie nadajemy na tych samych falach. Nie głaszczę psów, nie bawię się z nimi, nie kręci mnie, gdy merdają ogonkiem. Nie jestem oczywiście świrem, który hejtuje psy, bo jak ktoś lubi to jego sprawa, a akcje typu „Pomóż schronisku”, „Adoptuj psiaka” itp. – ok, wszystko super. Po prostu beze mnie. Bo, sam nie wiem, tak jakoś wychodzi. Może wolę koty? Może taki się już urodziłem? Tak, czy owak – nie lubimy się z psami. Gorzej byłoby tylko, gdyby gonił mnie wąż. Węży autentycznie się boję, nie mogę nawet patrzeć na węża na zdjęciu bo mam ciarki i wszystkie tyci naczynka w moim organizmie są całkowicie sparaliżowane strachem.

Tymczasem goni mnie pies. I to nie z tych, którym się wiąże kokardki na czuprynie, żeby odsłonić te śliczuchne oczka <3 Nie z tych „fajnych”, włochatych. Nawet nie jamnik. Goni mnie pies co wygląda jakby go właśnie z piekła wypuścili. Skrzyżowanie jakiegoś – nie wiem – rottweilera z tym co ma taką płaską mordkę jakby się z pociągiem zderzył. Te dwa połączone razem, z kapiącą z pyska śliną, oszalałym wzrokiem i kłami na wierzchu. Pies – morderca. Goni mnie.

Uciekam przez jakiś las, chaszcze, gałęzie rozdzierają mi poliki. Na plecach czuję oddech tego potwora. Po chwili wybiegam na pełną kwiatów polanę. Jest lato, słońce w pełni. I biegnę po tej łące. Dookoła walą się na ziemie budowle przypominające, powiedzmy, Coloseum. Setki takich. Padają jedna za drugą. A za mną wciąż ten skrzyżowany psi zabójca. Nie daje za wygraną, chce mnie dorwać.

Gdzieś podskórnie czuję już, że za moment, na bank pojawi się urwisko i będę musiał albo skoczyć, albo poczekać na psiunię. Nie mija 10 metrów łąki, a tam co? Oczywiście urwisko. Przede mną ze sto metrów w dół. Nie ma absolutnie żadnych szans na przeżycie tego skoku. Odwracam się przez ramię i patrzę na sunącego w moją stronę Pittbullo-Amstafo-diabła. Myślę sobie: „No nie ma – kurwa – takiej opcji, że mnie dopadnie! To już wolę skoczyć!”. Skaczę.

Jest jak w filmach – życie przelatuje mi przed oczami. Kadr po kadrze, od tetrowej pieluchy, przez dojrzewanie, po dzisiaj. Lecę w dół, jestem kompletnie obsrany ze strachu, bo wiem, że za chwilę zderzę się z ziemią. Wyczekując gruchnięcia o glebę zamykam oczy.

I wtedy… ląduję na miękkim piaseczku pośrodku wielkiego placu budowy. Dookoła koparki, kolesie z kaskami na głowach, wszystko jeszcze w proszku. Jestem cały spocony bo pamiętam, że przed chwilą spierdalałem przed psem z piekła rodem i skoczyłem na pewną śmierć w przepaść. A tu nagle stoję na dwóch nogach na piaseczku, pogoda ok, wygląda jak miły dzień. Nagle odwracam się w lewo, patrzę, a tam… ten sam pies morderca, tyle, że teraz dzielą nas zaledwie 2 metry. Skacze na mnie z tą pianą na pysku. Robię unik. I oto, znajduję się centralnie za nim. Nie widzi mnie, nie ma pojęcia gdzie jestem, a tymczasem ja dosłownie ocieram się o jego ogon. I wtedy do myślę sobie: „zapale mu kopa!!”. I zanim zerwie się tu burza czytających ten tekst Psich Patroli, Green Peace itd. uspakajam – normalnie, nigdy przenigdy nie kopnąłbym psa.

Tak się jednak składa, że ten konkretny jeden egzemplarz, stojący teraz plecami do mnie, to ten sam, który chwilę wcześniej sprawił, że biegłem przez chaszcze, totalnie zesrany, a na sam koniec skoczyłem, przez tego gnojka w przepaść. Umówmy się – chciał mnie zabić! Sorry, ale komu jak nie jemu należy się ten kop? Błagam o wybaczenie.

Zamierzam się więc butem na psiego Terminatora i trafiam! Trafiam bezbłędnie! Weszło jak strzelona na zwycięstwo bramka w finale Mistrzostw Świata! Kibice, dziennikarze, wszyscy! Cały stadion oszalał!!! I wtedy się budzę.

A właściwie budzi mnie ból. I czuje, że gdzieś na ciele napieprza mnie tak, że zaraz tu zjadę, ale jestem jeszcze na tyle zaspany, że nie potrafię zlokalizować miejsca bólu. Przed oczami miga mi las, łąka, miga spadanie z urwiska i lądowanie na piaszczystym placu budowy. Jako ostatnia miga mi scena kopniaka. I wtedy patrzę na stopę wbitą niemal w ścianę.

Jeśli myślicie, że śniło mi się, że kopię psa na budowie i jednocześnie, w realnym życiu wziąłem zamach i kopnąłem w ścianę… to myślicie dobrze. To naprawdę się wydarzyło. Ni stąd, ni zowąd. BACH. Taka poranna, sobotnia historia z zaskoku. Może spotkać każdego z nas. Spotkało mnie. I tak pisząc jedną ręką (bo drugą przytrzymuje okład na stopie) zastanawiam się jaki płynie z tego morał. Przemyślałem wszystko. Rozebrałem ten sen na czynniki pierwsze, analizowałem kolor kwiatów na łące, zastanawiałem się co oznacza słoneczny dzień na placu budowy. Pytałem sam siebie, czy może to znak, by przełamać wzajemną niechęć – moją i psów. Może to właśnie jest ten czas? I wtedy mnie olśniło, znalazłem morał tej historii. Jedyny słuszny: Zawsze kładź się od zewnątrz, nigdy od ściany, żeby przypadkiem nie złamać nogi, bo kto wie, czy jutro to nie Ciebie gonił będzie pies z piekła rodem?


PS Od dzisiaj nowa zasada: Do każdego tekstu dołączam kawałek, który towarzyszył mi, kiedy go pisałem. Dziś padło na „Still D.R.E.” i to się dopiero nazywa sobotni flashback! Sprawdziłem – ten utwór ma 20 lat. 20! Szaleństwo. 


 

To też może Ci się spodobać:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *