Ten o „Śnie śmiertelników” Maxime Chattama [recenzja]

Ten o „Śnie śmiertelników” Maxime Chattama [recenzja]

Nie ma to jak stary dobry kryminał! Lektury spod tego znaku w standardzie oferują nam m.in. tajemnicę, serię morderstw, psychopatycznego zabójcę oraz depczącego mu po piętach niestrudzonego stróża prawa (zazwyczaj młodą kobietę lub starszego faceta po przejściach). Nie są to przeważnie dzieła wybitnie wymagające, nie powalają kunsztownym językiem, chodzi po prostu o tę nutkę niepokoju i dobrą zabawę z dreszczykiem w tle. I właśnie tego po Śnie śmiertelników spodziewał się chyba każdy fan jednego z najpopularniejszych francuskich pisarzy gatunku – Maxime Chattama. Autor słynnej Trylogii zła przyzwyczaił fanów do pewnego stałego poziomu, a także – przede wszystkim – charakterystycznego stylu. Jakież więc zaskoczenie musiał wywoływać tytuł, w którym styl ten ulega drastycznej zmianie, przeobrażając się momentami w kalkę utworów innego, całkowicie niepowiązanego z kryminałami autora – Chucka Palahniuka? Tak, tak, to nie żart! Wszyscy jesteśmy dziewicami (…). Trzeba tylko ustalić w jakiej dziedzinie – pisze Chattam, a Sen śmiertelników daje odpowiedź na pytanie, czy twórczy eksperyment okazał się sukcesem, czy też literackim samobójstwem.

Podróż donikąd też zaczyna się od pierwszego kroku

Co ciekawe, nie jest to cytat z omawianej powieści, a z wydanego blisko dwie dekady temu Rozbitka, autorstwa wspomnianego Palahniuka. Dlaczego właśnie to konkretne zdanie otwiera tekst dotyczący dzieła innego autora? O tym za chwilę, zacznijmy jednak od początku lub… od końca.

Zamieszkujący stolicę Francji Pierre, jak wielu młodych ludzi, szuka swojej drogi, swojego miejsca na Ziemi, swego własnego ja. I nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak nie on pierwszy i z całą pewnością nie ostatni, tonąc w tych cudownych latach pomiędzy 20. a 30. rokiem życia, zaczyna zadawać sobie pytania pokroju: Kim jestem? Dokąd zmierzam? Co sprawi, że wreszcie będę szczęśliwy? Można by pomyśleć, że to Niby nic nadzwyczajnego, jednak istnieje pewna istotna różnica w sposobie odnajdywania odpowiedzi na powyższe pytania pomiędzy głównym bohaterem powieści a większością pozostałych (również szukających odpowiedzi) śmiertelników. Pierre działa mianowicie dość niestandardowo.

Pewnego dnia postanawia całkowicie odmienić swoje życie, zrywając wszelkie kontakty z „dawnym” otoczeniem, przyjmując jednocześnie niezwykle intratną ofertę pracy sprzątacza zwierzęcych odchodów w miejskim zoo. Podobno żadna praca nie hańbi i prawdopodobnie z tego właśnie założenia wychodzi nasz bohater, do momentu… kiedy zaczyna go to po prostu wkurzać! I to wkurzać mocno, bo ileż można latać z łopatą, zbierając fekalia pand czy goryli? Wpada więc na genialny pomysł futrowania ulubieńców ogrodu wszelakiego rodzaju lekami i narkotykami. Tylko po to, by rzadziej załatwiały potrzeby, no i co tu dużo mówić – tak „just for fun”. To jednak nie koniec gównianych zabaw młodego paryżanina, lubi on bowiem również dodać środek przeczyszczający do sprzedawanych w markecie produktów spożywczych, tak dla draki. Co jeszcze pasjonuje naszego bohatera? Nocne zmienianie tabliczek z adresami wzdłuż całej ulicy oraz schadzki z przypadkowo poznanymi kobietami.

Tak oto poznaje uwodzicielską, a zarazem tajemniczą Ophelię, która sama siebie tytułuje mianem „kolekcjonerki samobójstw”. Romantyczna pierwsza randka pośród nagrobków w blasku cmentarnych lampionów przeradza się w prawdziwe uczucie. I w zasadzie wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że spotkanie staje się jednocześnie początkiem niepokojącej lawiny morderstw osób z otoczenia Pierre’a. Kto pociąga za sznurki? Ilu trupów potrzeba, by policja złapała właściwy trop? No i jaka, do cholery, jest recepta na odnalezienie jakże upragnionego szczęścia?

Daleko Snowi śmiertelników do typowego kryminału, ba, trudno nawet powieść tę nazwać „obyczajówką”, bo choć fabuła krąży poniekąd wokół tajemniczych zgonów, całość skupia się przede wszystkim na aspekcie psychologicznym oraz specyficznym spojrzeniu na otaczający świat. I tutaj wracamy do Palahniuka…

Podobieństw do prozy Amerykanina nie sposób nie dostrzec zwłaszcza, jeśli ktoś – jak przykładowo ja – zalicza się do fanów talentu autora. Pierwszym, co uderza, jest zaburzona chronologia wydarzeń, poniekąd kopia tej z Rozbitka. Tak jak w opowieści o porwanym samolocie, tak i tu historia rozpoczyna się… od końca. Rozdział pierwszy obrazuje wydarzenia finałowe, a kolejne strony pokazują, co do owego finału doprowadziło. Sam główny bohater to również postać jakby wyrwana ze świata Palahniuka – cyniczny outsider gardzący ogarniętym konsumpcjonizmem społeczeństwem. Już samo miejsce pracy Pierre’a przywodzi na myśl skojarzenia z Udław się (kolejna pozycja z dorobku Palahniuka), w którym to bohater wyplata wiklinowe kosze, dorabiając w miejscu wzorowanym na replikę średniowiecznej osady. Nie inaczej sprawa ma się z samym stylem budowania zdań. Są to – jak u twórcy Fight clubu – krótkie, urywane wypowiedzi, nasączone cynizmem i dosadnymi komentarzami strzępki myśli.

Mamy więc poczytnego autora kryminałów (łamane przez thrillerów), który ni stąd, ni zowąd daje światu dzieło jakby z zupełnie innej bajki. Tworzy książkę iluzję, w której kolejne, budowane na filozoficznym podłożu sceny każą czytelnikowi zadawać sobie pytania natury egzystencjalnej; sprawiając wrażenie mistycznych, nakłaniają odbiorcę do zatrzymania się na chwilę i ruszenia głową. I już chyba sam ten fakt powoduje, że twórczy eksperyment Maxime Chattama uznać należy za nader udany.

Nie mam bladego pojęcia, czy podczas prac nad Snem śmiertelników, autor popularnych thrillerów inspirował się tekstami kontrowersyjnego Amerykanina (choć doprawdy nie sposób nie dostrzec podobieństw), trzeba jednak przyznać, że spisał się znakomicie. Najnowsza powieść pióra Maxime Chattama wyrywa się schematom, pod przykrywką thrillera/kryminału zadaje niełatwe pytania, udzielając zarazem do bólu prawdziwych odpowiedzi. To książka, która pozbawiła autora Trylogii zła literackiego dziewictwa na zupełnie innym, nowym poziomie, a ten „pierwszy raz” śmiało nazwać można czytelniczym orgazmem.


 Fot.: instagram.com/pisanepopijaku/

To też może Ci się spodobać:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *