Ten o respiratorze potrzebnym na już…

Ten o respiratorze potrzebnym na już…

Hej, hej, tu NBA! – wita widzów telewizyjnej Dwójki, Włodzimierz Szaranowicz. Jest rok 1992, tak zwana prehistoria, a ja niczym zahipnotyzowany wbijam wzrok w ekran. Mam osiem lat i pewnie jakieś 140 centymetrów wzrostu, wierzę jednak głęboko, że kiedyś i ja zagram na parkietach najlepszej koszykarskiej ligi świata obok Rodmana, Malone’a czy Millera. Polska telewizja transmituje mecz z tygodniowym opóźnieniem, bo tyle trwało zanim kaseta dotarła nad Wisłę ze Stanów i została odpowiednio obrobiona. Nie szkodzi, mogę oglądać mecz sprzed tygodnia, dzisiejsze wyniki już znam; sprawdziłem na telegazecie. Ni stąd ni zowąd rozbrzmiewa dźwięk domofonu, słyszę jak mama podnosi słuchawkę mówiąc „Jest, jest, zaraz go zawołam”. Nie muszę wiedzieć nic więcej, to Siwy stoi pod klatką z pytaniem czy wyjdę na dwór. Pewnie, że wyjdę… zaraz po meczu.

Przeszło dwadzieścia pięć lat później leżę na kanapie podczytując całkiem nie najgorszy kryminał, gdy w kieszeni spodni zaczyna wibrować telefon. Ponownie Siwy.
– Idziemy jutro na kosza? – pyta.
– W sumie możemy, tylko czy my jeszcze pamiętamy jak się to robi?
– Pewnie, to jak z jazdą na rowerze.
Jego optymizm dodaje mi skrzydeł, bo choć wiem, że tylko się ośmieszymy, to jeśli już mam zrobić z siebie pośmiewisko, zrobię je wyłącznie z nim.
– Dobra, jutro kosz – odpowiadam.

To ten rodzaj przyjaźni, kiedy wspólni znajomi myślą o was jak o papużkach nierozłączkach. Kiedy w latach szkolnych (a przez ponad dziesięć lat na wszystkich zajęciach siedzieliśmy w jednej ławce) jeden zachorował, wszyscy pytali tego drugiego: „Ej, a co mu się stało?”. Wszędzie razem, wszystko razem. Dzień w dzień. Przypuszczam, że niektórzy podejrzewali nas nawet o bycie gejami. Jeśli więc czytacie ten tekst, uspakajam – żaden z nas nigdy nie gustował w chłopcach.

Nie zmienia to jednak faktu, że odwaliliśmy razem sporo akcji wliczając w to wiele zabronionych w tym kraju prawem. Takich, o których nie napiszę nawet pod szyldem PisanePoPijaku, ponieważ pomimo 34 lat na karku wolałbym by rodzice nie wiedzieli; ponieważ są rzeczy, które lepiej zostawić wyłącznie pomiędzy naszą dwójką. Od zawsze byliśmy poniekąd takimi Flipem i Flapem, tyle, że w przeciwieństwie do nich nie odróżniała nas waga ciała, a wzrost. Jeden wysoki, drugi niski. Ja niestety byłem tym niskim.
O samej tej relacji można by napisać książkę, jednak w skrócie powiem tak: Macie najlepszą psiapsiółeczkę, którą na powitanie odsypujecie buziakami? Najlepszego kumpla, z którym do perfekcji dopracowaliście specjalny gest, którym się witacie, bo takie z was super ziomki? Mam więc newsa z ostatniej chwili: Gówno wiecie o byciu ziomkami. Z prawdziwym przyjacielem, jak ja z Siwym, nie podajecie sobie ręki na powitanie, bo czy podajesz ją bratu gdy mijasz go rano w przedpokoju?

Dziewiąta rano, dzień po telefonie jestem gotowy! W jednej dłoni napompowana pomarańczowa piłka, w drugiej niegazowana Cisowianka, która być może uratuje mi życie. Piętnaście minut później spotykamy się z Tomkiem (Tak, Siwemu na imię Tomek) na szkolnym boisku. Starsi o ponad dwie dekady od czasów „Hej, hej, tu NBA!” i jakieś trzydzieści kilogramów ciężsi. Życie boleśnie pokazało mi, że nie zagram nigdy z Rodmanem ani O’nealem. Ale z Siwym? Czemu nie!Choć w podstawówce i liceum obaj – nieskromnie mówiąc – wymiataliśmy tak w piłkę jak i kosza, nie mam wątpliwości co do tego, że dziś będzie źle. Nie wiem jeszcze tylko jak bardzo źle.

Wchodzimy na boisko, smartfony i dwie Cisowianki lądują na uboczu pola gry. Chwytam piłkę i zaczynam kozłować. „Kurcze, to naprawdę jak z tą jazdą na rowerze, której się nie zapomina” – cieszę się w myślach, bo rzeczywiście idzie mi całkiem spoko. Rozochocony wybiegam więc poza linię rzutów za trzy:
Curry za trzy!! – krzyczę w emocjach.
Piłka nie dolatuje nawet do obręczy. Jest gorzej niż myślałem, że będzie.

Kolejny cios spada na nas obu podczas „konkursu”. Tradycyjnie rzucamy po trzy razy z pięciu różnych pozycji. Jak łatwo policzyć pięć razy trzy daje piętnaście, a to pomnożone razy dwa (bo jest nas dwóch) trzydzieści. Trzydzieści rzutów. Wpadły cztery. Obaj czujemy zarówno zażenowanie nami samymi jak i wdzięczność za to, że nikt nie patrzy na ten festiwal bezradności. Nie wiemy jednak, że najgorsze dopiero przed nami.
– Dobra, to może jakiś meczyk zagramy – proponuje Tomasz.
– Do ilu? – pytam.
– Nie wiem… do trzech? – odpowiada.
Każdy kto choć odrobinę zna się na koszykówce, czy sporcie w ogóle, wie jak poniżająca jest to propozycja. Zgadzam się jednak, wiedząc, że przy naszej obecnej kondycji, zanim dojdziemy do dwóch celnych rzutów połączonych z bieganiem, obaj ledwo będziemy stać na nogach. Jak pokazała przyszłość, miałem rację.

Przy wyciągniętych w górę rękach mój najlepszy kumpel ma jakiś metr przewagi, ja z kolei jestem szybszy, bardziej zwrotny. Tak przynajmniej sobie wmawiam, bo gdzieś po drodze zapomniałem o wielkim piwnym bębnie powyżej pasa. Skubany przypomniał o sobie dosyć szybko.
Pierwsza akcja, pierwszy zwód, pierwszy bieg i pierwszy niecelny rzut nieco gaszą mój zapał. Szczęście w nieszczęściu – u Tomasza sprawa wygląda identycznie. Ganiamy za piłką już dobre dziesięć minut, cali zziajani, przepoceni, z bólami w miejscach, gdzie nie podejrzewaliśmy, że posiadamy mięśnie. Wynik? Zero do zera.

W pewnym momencie zaczynam się zastanawiać, czy pobiec z kolejną akcją w stronę kosza, czy może w kierunku telefonu, by zadzwonić po karetkę. Wycleaf Jean śpiewał niegdyś błagalnym głosem, prosząc, by ktoś zadzwonił na pogotowie bo właśnie oberwał (miłosną) kulką prosto w serce. Mój telefon wyglądałby zgoła inaczej. Oczyma wyobraźni widzę już nawet tę rozmowę z panią dyspozytorką:
– Dzień dobry – zagaduję, ledwo łapiąc powietrze.
– Dzień dobry.
– Poproszę respirator i to w miarę możliwości szybko.
– Słucham?
– Droga pani, nie traćmy czasu, respirator potrzebny na już!
– A gdzie niby ten respirator? – dopytuje wścibskie babsko.
– Na boisko.
– A dla kogo? – skubana nie daje za wygraną.
– Dla mnie i kolegi, za chwile zejdziemy tu na zawał.

I tak snując piękne marzenia o wygodnej kozetce w cieniu i chłodzie ambulansowego wnętrza ruszam z kolejnym atakiem po zdobycie punktów. Rzecz jasna, nie trafiam, a upokorzenie zalewa mnie od stóp do głów. Po kolejnych piętnastu minutach, w trakcie których przepuszczaliśmy się bez walki pod obręcz, byle tylko cała ta farsa znalazła wreszcie swój finał, „mecz” kończy się wynikiem trzy do jednego dla Tomka. Nic mnie to jednak nie obchodzi, ostatkiem sił dopełzam bowiem do przepysznie mokrej wody mineralnej. W tej chwili to ona, nie Siwy, jest moim najlepszym przyjacielem.
Pić, pić, pić. Jak Tamagotchi!

Nieźle zdziadzieliśmy – myślę sobie, odpalając papierosa w narożniku szkolnego boiska. Gdzie się podziali Ci dwaj goście, którzy kiedyś na trzydzieści rzutów trafiliby co najmniej dwadzieścia, a po dwudziesto minutowym meczu, chcieliby więcej i więcej, a nie słaniali się na nogach? Nie znam odpowiedzi. Wiem jednak, że choć w NBA raczej już nie zagram, to chyba naprawdę nadszedł czas by odzyskać formę i pomimo faktu, iż bezskutecznie wmawiam to sobie od pół roku, nagle oświeca mnie myśl, że przecież raźniej niż samemu będzie to zrobić wspólnie z gościem, którego znam całe życie i przy którym nie krępuję się ośmieszyć. Wiem, że damy radę, no bo kto jak nie my?


To też może Ci się spodobać:

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *