Ten o „Potrójnym obliczu” Marcusa Thompsona [recenzja]

Ten o „Potrójnym obliczu” Marcusa Thompsona [recenzja]

Jego historia nie miała prawa się wydarzyć. I dlatego jest tak niesamowita – głosi napis na okładce książki, a ja jako fan najlepszej koszykarskiej ligi świata od przeszło dwudziestu lat, wiem jak wiele prawdy zawiera przytoczony cytat. Wyglądający przy innych zawodnikach NBA niczym chuchro, wiecznie walczący z kontuzjami kostek Stephen Curry nie miał prawa znaleźć się w miejscu, w którym jest obecnie. Jakie to miejsce? Ambasadora koszykówki na całym świecie, najbardziej rozpoznawalnej (obok LeBrona Jamesa) twarzy NBA, dwukrotnego mistrza ligi, dwukrotnego zdobywcy nagrody MVP (Najbardziej Wartościowego Zawodnika) sezonu zasadniczego, pięciokrotnego uczestnika Meczu Gwiazd, faceta, przez którego zmieniany jest system szkolenia młodych adeptów koszykówki, wreszcie niesamowitego strzelca, śrubującego kolejne rekordy wszelakich kategorii związanych ze zdobywaniem punktów. W momencie, gdy wstępował do ligi, wielu ekspertów nie wróżyło mu wielkiej kariery, ale wtedy pojawił się on – Zabójca o twarzy dziecka.

27 lutego 2016 roku w Oklahoma City, miejscowi Thunder podejmowali największych rywali, a zarazem zespół, który wydawał się być nie do pokonania – Golden State Warriors. Tych samych Warriors, którzy latami uchodzili za pośmiewisko ligowych parkietów. Ogólnokrajowa telewizja nie chciała transmitować meczów z ich udziałem, bo i na co tu patrzeć?; „od zawsze” w ogonie tabeli z grupą zawodników niechcianych w innych drużynach. Kiedy już trafił się Wojownikom lepszy grajek, ten czym prędzej uciekał z San Francisco, w którym nie widział przyszłości. Teraz sytuacja ma się jednak zgoła inaczej, Warriors to już nie tylko Kopciuszek, za którego kciuki trzyma cała Ameryka, to drużyna wręcz znienawidzona, właśnie za to, że są tak mocni, za to, że mają w swych szeregach JEGO.

Mecz powoli dobiega końca i wszystko wskazuje na to, że tak zawodników, jak i kibiców, czeka druga dogrywka. Na tablicy wynik 118:118, na zegarze z kolei zaledwie 3,7 sekundy do końca, piłka trafia do rąk Curry’ego. Mierzący dwa metry, niski skrzydłowy gospodarzy, specjalista od obrony – Andre Roberson – czekając na akcję biegnącego w jego stronę Stephena, cofa się do własnej linii rzutów za trzy punkty. Nie raz pilnował już Curry’ego, wydaje mu się, że wie, co robi. Problem jednak w tym, że kiedy grasz przeciwko zawodnikowi takiego formatu, nigdy nie możesz być pewnym, co wykombinuje, trzeba myśleć poza szablonem i łamać wpajane od dzieciństwa zasady koszykarskiego rzemiosła.

Zawodnik Wojowników przekroczył połowę boiska i kiedy broniący go Roberson zorientował się, co jest grane, było już za późno. Curry akcję rzutową rozpoczął na 3,2 sekundy przed końcem spotkania, na 2,8 sekundy Roberson wreszcie zrozumiał, ale wtedy piłka była już wysoko w powietrzu. Wpadła do kosza na 0,6 przed syreną obwieszczającą koniec. BANG! BANG! – krzyczał zszokowany komentator stacji ESPN – O rany, co za rzut Curry’ego! Zagrania tego typu zawsze wzbudzają emocje, jednak czy powinny jeszcze dziwić w przypadku Zabójcy o twarzy dziecka?

W przeciwieństwie do większości gwiazd NBA, które drogę do sławy rozpoczynały na obskurnych boiskach szemranych dzielnic, Curry pochodzi z dobrego, bogatego domu. Jego ojciec, Dell, w przeszłości również był zawodnikiem NBA, choć nawet nie w połowie tak wybitnym jak syn. Stephen już od najmłodszych lat miał więc do czynienia z koszykówką na najwyższym poziomie, właśnie dzięki ojcu, który pozwalał mu obserwować treningi drużyny (czasem nawet w nich uczestniczyć), w której aktualnie grał. Idąc więc śladami tatulka, chuderlawy chłopak także postanowił profesjonalnie zajmować się tą konkretną dyscypliną sportu. Łatwo nie było, bo choć talent rzutowy posiadał, brakowało mu tak wzrostu, jak i masy ciała, co skrzętnie wykorzystywali przeciwnicy ze szkolnych boisk, poniewierając Stephenem na wszystkie możliwe sposoby. To jednak tylko dolewało paliwa do jego baku. Za każdym razem, gdy ktoś traktował go jak miękkiego słabeusza, brał to do siebie, pałając żądzą rewanżu oraz udowodnienia w jak wielkim błędzie są jego oponenci.

No i na koniec mamy Stepha, który jest imponującym strzelcem, ale nie prawdziwym rozgrywającym (…) no i cóż, jest takie poczucie, że nie będzie wielkim sportowcem. – napisał w 2009 roku analityk koszykówki uniwersyteckiej, Doug Gottlieb, a wielu zgadzało się z jego prognozami. Nikt, nawet w najśmielszych snach, nie mógł przypuszczać, że osiem lat później Curry z łatwością oddawał będzie rzuty jak choćby ten z filmiku poniżej. To zapis ostatnich sekund rozgrywanego corocznie Meczu Gwiazd. Wynik jest już przesądzony, zawodnicy powoli zbierają się do podania sobie dłoni, jednak publiczność skandując, prosi Stephena, by oddał jeszcze jeden rzut, a wtedy on robi coś takiego…

Jednak nie samymi cyrkowymi sztuczkami zawodnik Wojowników stoi, choć faktem jest, iż trenerzy adeptów koszykówki ze względu na „efekt Curry’ego” zostali zmuszeni do zmiany systemów szkoleniowych, ponieważ każdy dzieciak chciał być jak Stephen, oddając na treningach rzuty z nieprzygotowanych pozycji. Wielu szkoleniowców zabrania więc oddawania rzutów za trzy, dopóki młodzi zawodnicy nie opanują w pełni podstaw gry. I choć bohaterowi omawianej książki niezwykle często zdarza się z sukcesem kończyć akcje, które powodzeniem nie mają prawa się zakończyć, to zwycięstwa oraz statystyki mówią same za siebie. Stephen Curry zajmuje pierwsze trzy miejsca na liście wszech czasów w kategorii „najwięcej celnych rzutów trzypunktowych w sezonie” (jego rekord to 402 celne „trójki”), a dokładniej – pojawia się aż cztery raz w pierwszej piątce tej klasyfikacji (na czwartym miejscu znajduje się jego klubowy kolega – Klay Thompson). Dość powiedzieć, że poprzedni rekord, sprzed Ery Stepha, to przodujący przez ponad dekadę wynik 269 trójek ustanowiony w sezonie 2005/2006 przez Raya Allena. Nikt przed Currym nie był w stanie zbliżyć się nawet do wyniku na poziomie 300; on przekroczył 400. Jednak nie tylko celne rzuty za trzy sprawiają, że stał się fenomenem na skalę globalną. Każdy, kto choć trochę interesuje się NBA, wie, w czym tkwi geniusz, choć trudno ubrać to w słowa (całkiem nieźle udaje się ta sztuka autorowi książki). Ten poniewierany przez obronę przeciwników facet to żywy drogowskaz dla wszystkich tych, którzy chcieliby być zawodowymi sportowcami, a warunki fizyczne teoretycznie ograniczają ich możliwości, to gość z wiecznym uśmiechem na twarzy, którego rodzice mogą stawiać za wzór swoim pociechom. Nawet swego rodzaju boiskowa arogancja (Curry często tuż po oddanym rzucie odwraca się w kierunku publiczności lub ławki rezerwowych przeciwników, bezczelnie nie patrząc nawet czy piłka wpadnie do kosza, a zazwyczaj wpada) sprawia, że wszyscy, którzy uwielbiają koszykówkę, chcą być jak on.

Publikacja Marcusa Thomsona II jest wyczerpująca i kompletna (wszystko, co zostało opisane powyżej, pochodzi z Potrójnego oblicza), nie wystrzega się jednak błędów. Udało się autorowi świetnie nakreślić sylwetkę samego bohatera książki wraz z rodziną, wyjaśnić fenomen Curry’ego czy przedstawić reguły rządzące światem NBA. Z Potrójnego oblicza dowiedzieć się można między innymi o hejcie skierowanych w stronę Stephena przez sporą grupę tak obecnych, jak i byłych graczy ligi, świętujących każde potknięcie zawodnika Warriors (głównymi powodami są odcień skóry oraz fakt, że ze względu na ojca miał po prostu łatwiej). Autor książki wyjaśnia również, jak wyglądała budowa składu Wojowników – drużyny latami pogrążonej na dnie ligowej tabeli, obecnie zaś aspirującej do miana nowej dynastii, niczym Jordanowskie Byki w latach 90. Przedstawiony jest program treningowy koszykarza, podkreślający jego niezłomną potrzebę stawania się coraz lepszym, dążenia do doskonałości dzięki godzinom żmudnych ćwiczeń, bo jak się okazuje, sam talent nie wystarcza.

Tym, co zarzucić można lekturze, jest… chaos. Autor często przeskakuje z wydarzeniami w czasie (co dla nieznającego historii koszykarza, laika, będzie sporym utrudnieniem), najbardziej irytujące jednak są chyba liczne powtórzenia. Thompson II często przenosi nas przy różnych okazjach w te same miejsca, podkreślając wielokrotnie fakty, z którymi zdążyliśmy zapoznać się już wcześniej.

Ogólnie rzecz ujmując Stephen Curry. Potrójne oblicze to pomimo małych wad, biografia godna polecenia. Odkrywa przed czytelnikiem wiele ciekawych faktów, o których pojęcia nie miał nawet wieloletni fan ligi, przedstawia od kulis świat zawodowego sportu, wielkich pieniędzy i sławy, wreszcie uczy na podstawie głównego bohatera, że ciężka praca naprawdę popłaca, a o marzenia warto zawalczyć. Historia Stephena Curry’ego rzeczywiście „nie miała prawa” się wydarzyć, mimo to stała się faktem, a główny aktor całego przedstawienia marką (sama tylko firma produkująca obuwie sygnowane nazwiskiem koszykarza szacuje jego wartość rynkową na 14 miliardów dolarów), którą znać wypada, dlatego też z czystym sumieniem polecam lekturę Potrójnego oblicza.


To też może Ci się spodobać:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *