Ten o porannej przebieżce…

Ten o porannej przebieżce…

Pamiętam jeszcze czasy świetności. Pamiętam, kiedy na WF-ie wybierano mnie do drużyny w pierwszej turze. Dziś patrząc na mój piwny bęben, trzy podbródki i szyję zlewającą się z głową, nikt nie powiedziałby: „Ooo, ten gość jest wysportowany”, sam bym tak nie powiedział. Tymczasem dawno, dawno temu, tego typu teksty nie zaskoczyłyby nikogo. Przykra sprawa, jednak w życiu każdego nadchodzi ten moment kiedy mówimy sobie: „Od dziś biorę się za siebie!” i dla mnie taki dzień nastał wczoraj.

Dźwięk budzika odbija się od ścian, a ja marzę o tym, by ktoś mnie dobił. Dlaczego ten skurczybyk w ogóle dzwoni? – pytam sam siebie – Przecież mam urlop. Aaa, no tak, miałem wziąć się za siebie. Zrzucam więc kołdrę, przecieram oczy, wyłączam cholerny alarm i przypominam sobie, że jakieś sześć godzin i cztery piwa temu postanowiłem, że zrobię to jak w filmach, że będę bohaterem w swoim domu! Oczyma wyobraźni widziałem siebie biegnącego ulicami miasta, uśmiechniętego, bez krzty zmęczenia na twarzy pozdrawiającego przyjaznym gestem przechodniów; scena rodem z Hollywood. Po drodze do łazienki uderzam małym palcem stopy o kant biurka, a z ust wyrywa mi się to magiczne, najpopularniejsze w naszym kraju słowo; jednak nic nie jest w stanie powstrzymać mnie przed wdrożeniem w życie genialnego planu powrotu do formy.

Przeczytałem niedawno wpis Łukasza Orbitowskiego (jakby ktoś nie wiedział, to taki pisarz, choć na pisarza nie wygląda, bo naprawdę nieźle przypakowany typ), w którym wychwalał on pod niebiosa poranne prysznice w lodowatej wodzie. Podobno ożywcze, podobno dodają energii; co mi więc szkodzi – myślę – spróbuję. Bez cackania się ze sobą odkręcam kurek z zimną, by po chwili, po raz drugi w przeciągu dwóch minut wyrzucić z siebie ulubione słówko Polaków. Trzeba mimo wszystko oddać panu Łukaszowi co jego – rzeczywiście ożywcza akcja ten cały lodowaty prysznic, zębami szczękałem jeszcze w drodze do kuchni.

Miało być jak w filmie, wbijam więc do szklanki dwa jajka. Chcę być jak Rocky Balboa! Rocky wypijał z rana dwa jajka po czym zasuwał ulicami Philladelphi, boksował z wołowymi półtuszami, następnie dziarsko wbiegał po schodach rodem z Tybetu, finalnie podskakując w geście triumfu. Nie mamy co prawda w Toruniu takich bajerów jak schody z Tybetu a i boksować nie miałem zamiaru, jednak cała reszta pokrywała się z założonym przeze mnie planem.
Nie zdążyłem jeszcze połknąć obu jajek kiedy jedno z nich ląduje w zlewie. Bleeeee!! Chyba wolę zrobić to na czczo.

Ubieram dres i jedyne sportowe buty jakie posiadam, niestety lub „stety” nie jest to typowe obuwie biegacza. Niestety, bo pewnie będzie mi mniej wygodnie, „stety”, bo gdy widzę te buciki z bieżnikami zawijającymi się od przodu (czyli takie jak na zdjęciu do tego wpisu) to śmiać mi się chce; takie to jakieś mało męskie.
Nie zapominam oczywiście o rozgrzewce, gdyż jak powszechnie wiadomo, bez niej łatwo nabawić się kontuzji. Wykonuję skłony, przysiady, rozciąganie. Kurcze, naprawdę wierzę, ze to wypali! Do uszu wkładam słuchawki, odpalam muzę; jestem bardziej niż gotowy!

Od samego początku nie jest tak jak sobie zakładałem. Przede wszystkim pada deszcz, a co za tym idzie żadna z mijanych przeze mnie osób nie jest zadowolona, nie ma komu radośnie pomachać, bo wszyscy w ponurych nastrojach snują się w drodze do pracy. Nic to jednak, biegnę dalej nie forsując tempa. Zdaję sobie bowiem sprawę z faktu, że kiedy po raz pierwszy od jakichś dziesięciu lat zamierzam się porządnie zmęczyć, nie ma co szarżować. I zanim jeszcze przypomniałem sobie, że przecież NIECIERPIĘ BIEGANIA BEZ CELU, łapie mnie pierwszy skurcz.

Nie wiem nawet ile udało mi się przebiec, nie zainstalowałem żadnego EndoMondo czy czego tam się teraz używa, żeby pochwalić się znajomkom na Fejsie ile kilometrów dziś pokonaliśmy. Nie będę jednak oszukiwał samego siebie: przedreptałem raptem kilkaset metrów. Pot leje mi się po twarzy, spływa na okulary czego szczerze nienawidzę, bo generalnie mam taką fobie, że nie przepadam za mokrymi okularami, ba, wkurza mnie nawet deszcz spływający po szybie samochodu. Nie przebiegłem nawet kilometra a już dogorywam i właśnie wtedy na horyzoncie pojawia się ONA.

Idzie sobie spokojnie od strony pobliskiej uczelni, ONA – ucieleśnienie moich fantazji. Niewysoka (bo przy moim oszukanym „172 cm” z dowodu pole manewru mam raczej ograniczone), opalona (prawdopodobnie po letnim wypadzie nad morze) czarnula (jakoś bardziej mi pasują niż blondynki), ubrana tak jakbyśmy nadal tkwili w lipcu, a termometr wskazywał +30.

Wiem, że nie mam u niej szans, wiem, że prawdopodobnie zobaczę ją tylko raz w życiu, jednak zachowuję się tak jak zachowałby się w tym momencie każdy facet (tak już mamy): będąc kilkadziesiąt metrów od niewiasty ze snów wypinam pierś do przodu, przecieram pot z czoła, udaję, że wcale nie czuję jakby miało mi zaraz wyrwać połowę podbrzusza, zakładam na twarz maskę uśmiechu. Zbliżam się do pięknej Czarnowłosej, już prawie się mijamy; dziewczyna spogląda w moim kierunku, uśmiecha się do mnie. Ja również odwracam głowę w jej stronę, nasze spojrzenia krzyżują się i nagle… jak długi potykam się i wy… wracam na glebę.

Miesiąc! Przez miesiąc zastępy robotników i maszyn, których nie potrafię nawet nazwać „poprawiały” osiedlowe dróżki. Łeb pękał od hałasu, nawet chodniki wyrównywali. I co? I tę jedną, jedyną cholerną wyrwę musieli zostawić! Prawdopodobnie tylko po to bym mógł się o nią wy… wrócić. Wiem nawet jak przebiegała rozmowa robotników:
– Mieciu, problem jest!
– Jaki znowu problem?
– Brakuje nam jakieś 5 cm żwiru, nie uklepiemy tego. No ni-chu-ja, nie uklepiemy!
– Pięć centymetrów? Waldek, nie takie rzeczy na papierze przechodziły, odhacz że zalane; przecież nikt nie będzie tędy biegał.
Niespodzianka, chłopaki!!

Szczęście w nieszczęściu – Bozia odbarzyła mnie kocim refleksem, dlatego zamiast wyryć mordą prosto w asfalt, zdążyłem jeszcze wyciągnąć przed siebie ręce. Teraz, całe pozdzierane do krwi podnoszą me nieforemne ciało w górę. Po Czarnuli zostało już tylko wspomnienie, strzepując piasek z bluzy słyszę jedynie stukot oddalających się szpilek, przeklinając w myślach Miecia i Waldka. Otrząsam się z szoku i dokonuję chwilowego podsumowania: ból w podbrzuszu, mokry podkoszulek, zdarte dłonie i nieregularny oddech. Zawsze mogło być gorzej, dlatego ponownie odpalam muzykę z telefonu, a tam Shakira rozprawia o tym, że jej biodra nie kłamią (zapomniałem wcześniej dodać, że nie słucham muzy z telefonu, dlatego wszystkie kawałki na playliście liczą sobie dobre 10 lat). Nie wiem ile prawdy w tym, że biodra popularnej Kolumbijki nie walą ściemy (i o co jej w ogóle chodzi?), wiem za to, że moje pulsują tępym bólem.

Po kolejnych dwudziestu minutach chce mi się płakać. Zatrzymuję się i oglądam za siebie. Fuck, jestem już na tyle daleko, że nie chciałoby mi się stąd wracać nawet taksówką a co dopiero z buta? Ledwo powłóczę nogami, dociera do mnie, że porwałem się z motyką na słońce. Czuję każdy mięsień w ciele, nawet w miejscach, w których nie zdawałem sobie sprawy, że posiadam mięśnie. Na słuchawkach dźwięczy kolejny numer, tym razem Jay-Z i Beyonce wkręcają sobie, że niczym Bonnie & Clyde i uciekają gdzie ich oczy poniosą.
Co oni, kurwa, wiedzą o uciekaniu? Uciec to ja chcę w tym momencie z własnego ciała. Opcje widzę dwie: shaftować się i popłakać lub położyć na ziemi, zwinąć w kłębek i leżeć tak do wieczora. Obie kuszące, obie mają w sobie „to coś”. PIEPRZONA PORANNA PRZEBIEŻKA!

Chcę do mamy! Mam 33 lata, nic nieznaczący papierek skończenia badziewnych studiów, kredyt w banku na najbliższe 20 lat, a mimo to, w tym konkretnym momencie chcę do mamy! Ona wiedziałaby co zrobić, zawsze wie. Postanawiam jednak wziąć się w garść i wrócić do domu o własnych siłach. Autentycznie zaczynam się czuć jak Rocky Balboa (tyle, że po 4 rundzie mordobicia z tym wielkim ruskim mutantem); czuję, że to jest ten przełomowy moment, to ta chwila, w której zła karta się odwróci, w której stanę twarzą w twarz z przeciwnościami losu i pokonam je. Czasem potrzeba przecież jedynie impulsu. Zadzieram głowę do góry, a tam – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – Słońce wychyla się zza chmur. Po raz pierwszy od trzech dni na moje miasto padają słoneczne promienie! To znak, to sygnał, którego nie mogę zlekceważyć, dlatego też biorę głęboki oddech, stawiam pierwszy krok w drodze powrotnej, pierwszy krok mojego nowego życia…

… I wtedy właśnie dzwonek budzika rozchodzi się po ścianach. Dlaczego ten skurczybyk w ogóle dzwoni? – pytam sam siebie – przecież mam urlop. Aaa, no tak, miałem wziąć się za siebie. Przez głowę przelatuje mi jednak myśl: „I co jeszcze? Może zacznę palić cienkie fajki i wcinać warzywa? Może zacznę prać białe w proszku do białego a kolorowe w proszku do kolorowych ubrań? Jeszcze czego!”. Lenistwo niemal bierze górę, jednak odrzucam kołdrę na bok, wyciszam budzik i uważając by nie zawadzić małym palcem o kant biurka idę pod lodowaty prysznic, niektórzy mawiają, że dodaje energii.


Fot.: https://www.instagram.com/pisanepopijaku/

To też może Ci się spodobać:

5 komentarzy

  1. Jak zawsze świetny tekst. Gdyby nie była to proza, a zatem literacka kreacja, napisałabym: mierz wysoko i nie przejmuj się wzrostem. Ale to tylko, aż literatura. Natomiast co do biegania – to jogging miło się uprawia tylko w filmach lub w Central Parku w NYC 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *