Ten o pięciu Najlepszych Książkach 2016…

Ten o pięciu Najlepszych Książkach 2016…

Ostatnie dni grudnia to jak zwykle czas podsumowań i wszelakich rankingów. Kto w mijającym roku oczarował? Kto rozczarował? Kto w danej dziedzinie pozytywnie wychylił się przed szereg? W dobie Internetu tego rodzaju zestawień znajdziecie tysiące, a dotyczyć one mogą czegokolwiek. Lista poniżej być może utonie gdzieś w odmętach sieci, istnieje jednak cień szansy, że dzięki niej jakiś zagubiony miłośnik dobrej książki znajdzie tytuł, który dokona rewolucji w jego własnym rankingu ukochanych lektur. Zaznaczam, że tytuł tekstu może być nieco mylący, poniższe zestawienie nie odnosi się bowiem do najlepszych czytelniczych premier 2016 roku. Jest to subiektywny wybór i ocena czołowych powieści/zbiorów opowiadań z jakimi zapoznałem się w okresie 1 stycznia – 30 grudnia 2016, co za tym idzie – niekoniecznie musiały one debiutować na rynku w tym właśnie czasie. 

5. Jakub Małecki – „Ślady”

Na początku zestawienia… drobne oszustwo, choć „oszustwo” to chyba za duże słowo. Czy Ślady Jakuba Małeckiego to rzeczywiście TOP5 najlepszych książek jakie przeczytałem w tym roku? Być może niekoniecznie biorąc pod uwagę, że w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy przez moją domową biblioteczkę przewinęły się m.in. takie tytuły jak Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya, Blade runner Philipa K Dicka czy Hotel New Hampshire Johna Irvinga. Summa summarum były to powieści „lepsze” w końcu – jakby nie patrzeć – to klasyki literatury. Jest jednak powód dla którego to właśnie dzieło Małeckiego postanowiłem wyróżnić w niniejszym rankingu, a powodem tym jest… narodowość autora. Pewnie dziwnie to zabrzmiało spieszę więc z krótkim wyjaśnieniem: jak na stan czytelnictwa wśród Polaków całkiem nieźle idzie mi zawyżanie statystyk przeczytanych książek, niestety tak się jakoś składa, że tylko niewielki ułamek z całości stanowią w moim przypadku utwory pisarzy znad Wisły. Nie potrafię, po prostu nie potrafię wczuć się w klimat kiedy bohaterowie… noszą polskie imiona. Przepraszam, ale tak już mam. Dlatego też tym większym zaskoczeniem była dla mnie lektura Śladów.

Pierwszą rzeczą, którą wypadałoby w Śladach pochwalić jest forma ich napisania, a formą tą są dość specyficznie powiązane ze sobą opowiadania. Generalnie można by je czytać w dowolnej kolejności ponieważ to odrębne historie różnych osób, jednak tkwi w tym mały haczyk, mianowicie opowieści – jak zauważymy po chwili – uzupełniają się stanowiąc jeden ciąg wydarzeń, w którym działania poszczególnych (często nie znających się nawzajem) bohaterów wpływają na losy kolejnych.

Drugą zaletą polecanego właśnie zbioru opowiadań jest fakt, że nie są to jakieś błahe historyjki, które szybko wylecą z głowy, wręcz przeciwnie. Ślady to dość przygnębiająca książka, ma to jednak swoje uzasadnienie: porusza ona istotne kwestie. Małecki zastanawia się czym jest życie, czym jest śmierć a czym świat. Nie boi się zadawania trudnych pytań i szukania na nie odpowiedzi. Być może za dużo tu symboliki i filozofowania aczkolwiek inaczej się nie dało, inaczej Ślady straciłyby cały swój urok i siłę.

Tym razem polskie imiona w ogóle nie kuły mnie w oczy, powiem nawet więcej – dodawały poszczególnym historiom autentyczności. Wielkie więc brawa z mojej strony pod adresem Jakuba Małeckiego; odwaliłeś pan kawał dobrej roboty! Ślady to kapitalna książka, którą szczerze polecam, a wszystkich, których jeszcze nie udało mi się przekonać zachęcam do zapoznania się z pełną recenzją dzieła pana Jakuba, którą znajdziecie TUTAJ.


4. Donato Carrisi – „Zaklinacz”

Po jednej z niewielu w moim życiu lektur znad Wisły czas na reprezentanta jeszcze mniej licznej grupy – książkę prosto z Włoch. Z drugiej strony, nie znajdzie się w tym zestawieniu przedstawiciel szerszej i popularniejszej grupy pod względem gatunku, a gatunkiem tym jest thriller/kryminał.

Nie ma chyba na wydawniczym rynku bardziej płodnej gałęzi. Co rusz zalewają nas głośne (często również ekranizowane) tytuły ze Skandynawii, Wysp Brytyjskich czy Stanów Zjednoczonych i choć siłą rzeczy zdarzy nam się trafić na coś godnego uwagi i wartego poświecenia czasu (w moim przypadku były to w tym roku m.in. Dziewczyny, które zabiły Chloe Alex Marwood czy też W obcej skórze Sarah Hilary) to jednak równie łatwo można się naciąć na polecany przez innego, bardziej renomowanego autora gniotek (w tym miejscu pozdrowienia dla Pauli Hawkins i jej Dziewczyny z pociągu). Pstryczek Wam w nos Szwecjo, Anglio i Ameryko! Najlepszym kryminałem po jaki sięgnąłem w 2016 roku był włoski Zaklinacz Donato Carrisiego! Fakt, nie jest to tegoroczna premiera jednak te tegoroczne, bez dwóch zdań, zostawia za plecami.

Mila Vasquez to młoda policjantka specjalizująca się w odnajdywaniu zaginionych dzieci. Pewnego dnia zostaje wezwana w celu wsparcia zgranej od lat grupy dochodzeniowej; okazuje się bowiem, że jej umiejętności są niezbędne dla rozwiązania nietypowej sprawy nad którą owa grupa właśnie pracuje. Przypadkowo dwóch chłopców dokonuje makabrycznego odkrycia, a jest nim swego rodzaju cmentarzysko składające się z sześciu odciętych rąk małych dziewczynek, problem jednak okazuje się być nieco bardziej złożony ponieważ skład do którego wcielona została Mila powstał w celu odnalezienia pięciu zaginionych młodocianych. Tak, tak, dobrze liczycie – ilość zakopanych rąk (wszystkie lewe) trochę się nie zgadza. Czy uda się odnaleźć porwane dziewczynki? Do kogo należy szósta kończyna? No i kim jest tajemniczy, osadzony w więzieniu facet, który nie pozwala by w celi został choćby najmniejszy ślad jego DNA?

Oczywiście nie jest tak, że Zaklinacz to książka doskonała czy wielce nowatorska dla gatunku chociażby ze względu na to, że jak to w tego typu powieściach często bywa i tu głównym bohaterem jest stróż prawa z traumą po przejściach sprzed lat. Nic to jednak nie szkodzi ponieważ Carrisi serwuje nam lekturę wciągającą, zaskakującą i mrożącą krew w żyłach! Nie bez powodu zresztą omawiana tu książka porównywana jest do kultowej ekranizacji Milczenia owiec. Jeśli jeszcze nie czytaliście Zaklinacza to z dobrego serca polecam, polecam i jeszcze raz polecam. Tak samo jak i pełną recenzję książki, którą znajdziecie TUTAJ.


3. Anthony Burgess – „Mechaniczna pomarańcza”

Na najniższym, ale jakże zaszczytnym miejscu na podium klasyka literatury napisana przeszło pięćdziesiąt lat temu. Tak, w moim TOP5 na rok 2016 znajduje się powieść wydana w roku 1962. Niech nie zwiedzie jednak nikogo dopiero trzecia pozycja ponieważ Mechaniczna pomarańcza Anthony’ego Burgessa spokojnie znalazłaby się również w zestawieniu dziesięciu najlepszych książek jakie miałem przyjemność przeczytać w trakcie całej mojej przygody z literaturą. Pech (Pomarańczy) chciał, że w tym roku wpadły mi w ręce jeszcze dwie inne wybitne historie, ale do tego jeszcze dojdziemy.

Sam tytuł jest większości zapewne znany z uwagi na świetną ekranizację w wykonaniu Stanleya Kubricka z Malcolmem McDowellem w roli głównej. Nie byłaby ona (ekranizacja) jednak tak znakomita gdyby nie literacki pierwowzór, który przebija oczywiście sam film. Dzieło Burgessa uważane jest obok Roku 1984 Orwella oraz Nowego wspaniałego świata Huxleya za najważniejszą współczesną antyutopię i porównaniom tym nie ma się co dziwić; wszystkie trzy to Klasyka przez duże „K” lub jak to woli – Literatura przez duże „L”.

Jeśli jakimś cudem ktoś do tej pory nie wie o czym opowiada Mechaniczna pomarańcza to w telegraficznym skrócie wygląda to tak: Akcja powieści rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości i nie wymienionej z nazwy wielkiej metropolii, a główny bohater – Alex – to piętnastoletni herszt jednego z gangów grasujących po mieście. Młodzi chuligani dla zabawy terroryzują pozostałych mieszkańców, przy okazji tocząc między sobą walki. I nie są to wcale dziecinne przepychanki, mowa bowiem o starciach z użyciem np. noży czy żyletek. W skład ekipy Alexa wchodzą Pete, Jołop oraz Żorżyk i choć niby wszyscy są kumplami to pewnego dnia, niespodziewanie, nasz główny bohater zostaje zdradzony przez kompanów. Skutkuje to schwytaniem młodego przestępcy, osądzeniem, a w końcu wieloletnim wyrokiem za morderstwo. Wszystko by się w zasadzie zgadzało, „sprawiedliwości stało się zadość!” – pomyśli większość czytelników. Tyle tylko, że w tym momencie następuje kolejny zwrot akcji – rząd postanawia wykorzystać Alexa do roli królika doświadczalnego w ramach eksperymentalnej terapii resocjalizacyjnej, która ma „uleczyć” młodego kryminalistę w przeciągu dwóch tygodni i oddać go społeczeństwu jako „zdrowego” człowieka.

Mechaniczna pomarańcza to powieść, którą TRZEBA przeczytać! Nie trzeba, ale można zapoznać się również z moją recenzją, z której dowiecie się między innymi jak wielki ślad na światowej literaturze odcisnął tekst Burgessa, skąd wziął się 15 stronicowy słowniczek na końcu książki oraz dlaczego tytuł Mechaniczna pomarańcza to tytuł błędny. Polecam!


2. John Steinbeck – „Zagubiony autobus”

Jeśli myśleliście, że Mechaniczna pomarańcza to najstarsza książka w tym rankingu, byliście w błędzie. Piętnaście lat przed premierą najbardziej rozpoznawalnego dzieła Anthony’ego Burgessa inny, uznawany dziś za geniusza w swoim fachu autor – John Steinbeck, podarował światu Zagubiony autobus. Miało to miejsce w roku 1947, czyli niemal siedemdziesiąt lat temu. Co ciekawe numer dwa na mojej liście, w czasach kiedy został wydany, ówczesna krytyka uznała za jeden z najsłabszych utworów w przekroju całej literackiej kariery popularnego Amerykanina. Nie da się ukryć, że tytuł nie zalicza się do najbardziej znanych i kojarzonych ze Steinbeckiem, o wiele większą renomą cieszą się chociażby Myszy i ludzie, Grona gniewu czy Na wschód od Edenu. Ciężko mi powiedzieć w jakich ilościach i jak twarde narkotyki musieli zażywać recenzenci ponad pół wieku temu, żeby nazwać Zagubiony autobus jedną z najsłabszych w dorobku pisarza z Salinas. Gdyby dać wiarę ich słowom i uwierzyć, że pozostałe dzieła Steinbecka to powieści lepsze to prawdopodobnie wizerunek autora musiałby w tej chwili ozdabiać banknot stu dolarowy. Innej opcji nie widzę.

O czym opowiada jedna z najlepszych książek jaką kiedykolwiek czytałem? W zasadzie o wszystkim, tyle tylko, że w dość specyficzny sposób. Jak przedstawia się fabuła? Grupka ludzi spotyka się w czymś na wzór przydrożnego baru; następnie jadą autobusem. THE END. Serio. Wiem, nie brzmi zbyt zachęcająco, ale pozory mogą mylić. W tym przypadku nawet bardzo. Największą zaletą Zagubionego autobusu (jak i twórczości Steinbecka) nie jest bowiem wartka, szybka akcja; siłę tej książki stanowią niezwykle głębokie portrety psychologiczne poszczególnych postaci oraz zmiany jakie w ciągu jednego dnia (w takim mniej więcej czasie rozgrywa się akcja powieści) zachodzą w bohaterach. Za pomocą prostego lecz pięknego języka Steinbeck przedstawia nam prawdziwy obraz ludzkiej natury takiej jaką jest. Udaje mu się uchwycić chwile i nakreślić je tak by czytelnik poczuł się jak jeden z pasażerów tytułowego autobusu. Tego się nawet nie da oddać słowami, na pewno nie jest w stanie podjąć się tego przeciętny zjadacz chleba taki jak ja; tę powieść po prostu trzeba przeczytać, żeby zrozumieć w czym tkwi magia.

W dyskusji na temat Zagubionego autobusu jaką w styczniu odbyłem z Mateuszem ze strony www.gloskultury.pl narzekałem nieco na zakończenie powieści. Z perspektywy czasu widzę jednak, że się myliłem; ten finał jest genialny! Wspominając lekturę „jednej z najgorszych” (haha) książek Steinbecka nadal towarzyszy mi to uczucie, któremu nie mogłem się oprzeć kilka miesięcy temu – to literatura z najwyższej światowej półki! Na zakończenie jeszcze cytat z podpiętej wyżej rozmowy z Mateuszem: Zgadzam się z kolei z tym, że Zagubiony autobus może kandydować do miana książki roku w rankingu każdego kto po nią sięgnie; u mnie na chwilę obecną również znajduje się na pierwszej pozycji. Było blisko panie Steinbeck, było blisko. Jednak jakieś pięć miesięcy później w ręce wpadła mi…


1. John Irving – „Modlitwa za Owena”

Czy istnieje szansa by komuś kto w miarę regularnie czyta i jako-tako interesuje się literackim światkiem nazwisko Irving nie obiło się o uszy? Nie wydaje mi się. Przyznaję jednak, że i mnie dość długo nie po drodze było z powieściami pisarza z Exeter. Nazwisko przewijało się tu i ówdzie, miałem więc jakieś tam rozeznanie, że poczytny to autor, jednak po pierwszą powieść Amerykanina (Hotel New Hampshire) sięgnąłem dopiero w okolicach czerwca tego roku. W momencie pisania tego tekstu na koncie mam już cztery tytuły pióra Irvinga i śmiało mogę faceta nazwać moim literackim idolem (no, jednym z kilku ;))! Pojawia się jednak pytanie czy nie jest aby przesadą stawiać powieść, która mieszane uczucia wywołuje nawet wśród fanów autora, ponad tak kultowymi utworami jak Mechaniczna pomarańcza czy Zagubiony autobus? Być może, jednak w życiu każdego czytelnika raz na jakiś czas trafia się książka, której lektura zmienia światopogląd, a ów czytelnik cieszy się każdą stroną wiedząc, że czegoś tak dobrego może jeszcze długo nie przeczytać. Tak właśnie było ze mną i Modlitwą za Owena.

Wznowiona w tym roku (pierwotnie wydana w 1989) przez Prószyński i S-ka Modlitwa za Owena to rozciągnięta na kilka dekad opowieść o przyjaźni, wierze, miłości, związanych z Wojną w Wietnamie konfliktach wewnątrz amerykańskiego społeczeństwa. To opowieść o życiu i tym co nieuniknione – o śmierci. Całość „relacjonowana” jest z perspektywy dorosłego Johna Wheelwrighta, który z nostalgią przybliża nam historię przyjaźni dwóch chłopców, przyjaźni z Owenem Meany. Kim był tytułowy Owen? Na to pytanie ciężko odpowiedzieć nawet po zakończeniu lektury. Był prorokiem? Chuderlawym chłopaczkiem z przerośniętym ego? Głosem Boga? Kłamcą? Patriotą? Bohaterem? Do dziś nie wiem. Jedyną pewną jest to, że Owen był jedynakiem wywodzącym się z raczej ubogiej rodziny trudniącej się wydobyciem granitu.

Więcej szczegółów odnośnie geniuszu mojego tegorocznego numeru jeden znajdziecie TUTAJ. W dużym skrócie napiszę teraz jedynie, że Modlitwa za Owena to powieść kompletna, przemyślana od pierwszej do ostatniej (dosłownie!) strony. Kunszt z jakim została napisana wprawił piszącego te słowa w zachwyt, powodując zarazem poczucie własnej przeciętności pod względem zdolności czysto literackich. Jeśli kiedyś przeszło mi przez głowę, że byłbym w stanie napisać książkę to lektura Modlitwy… obdarła mnie z jakichkolwiek marzeń; wiem bowiem, że prawdopodobnie nigdy nie dam rady stworzyć czegoś równie dobrego.

(…)

No i to by było na tyle, tak właśnie prezentuje się mój subiektywny ranking Najlepszych Książek z jakimi miałem przyjemność się zapoznać w przeciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Pytając więc na zakończenie o Wasze typy na KSIĄŻKĘ ROKU 2016 życzę wielu ciekawych i zapadających w pamięć tytułów w zbliżającym się wielkimi krokami roku 2017. Obyście trafili na choć jeden tytuł, który odmieni Wasze życie.


Fot.: Prószyński i Ska, vis – à – vis, Wydawnictwo SQN, Albatros

  • Wszystkie recenzje do których odnośniki znajdują się w tekście pierwotnie ukazały się na stronie www.gloskultury.pl

To też może Ci się spodobać:

11 komentarzy

  1. Zaciekawiły mnie „Ślady”, może dlatego że Libię teksty filozoficzne i egzystencjalne :). Ciekawie recenzujesz, zschęcasz do przeczytania :). Pozdrawiam, Mamatywna.

  2. Zaciekawiły mnie „Ślady”, może dlatego że Libię teksty filozoficzne i egzystencjalne :). Ciekawie recenzujesz, zschęcasz do przeczytania :). Pozdrawiam, Mamatywna.

  3. Jeśli „Ślady” przypadły Ci do gustu, zapoznaj się koniecznie z „Dygotem” – o niebo lepszym wyczynem prozatorskim Małeckiego. Zaczytanego roku!

  4. Strasznie chcę przeczytać „Ślady” – to już nie w pierwszym rankingu je widzę 🙂
    Mnie chyba najbardziej zapadła w pamięć w tym roku Boni i jej „Ganbare. Warsztaty umierania”. Niezwykle poruszająca książka, bardzo polecam 🙂

    1. Autor

      Chwilowo nie mam jeszcze wielkich planów czytelniczych, zawsze kieruje się chwilą, tym na co w danym momencie mam ochotę 😉 Z pewnością jakiś Irving się przewinie 😉 Aaaa, przepraszam, mam małe plany – „Na wschód od Edenu” i „Małe życie” przeczytam w 2017 na 100% 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *