Ten o wrednym Mietku…

Ten o wrednym Mietku…

Ładnych kilka lat nie jechałem już autobusem. Nie żebym był „ę-ą” co to gardzi komunikacją miejską i podróżowaniem z innymi śmiertelnikami, nic z tych rzeczy, tak się po prostu złożyło. W końcu jeździło się pół miasta, dzień w dzień przez 5 lat do szkoły. Nie wiedzieć zresztą po co skoro nic stamtąd nie wyniosłem, no ale nieważne. Ładny był dziś poranek – ciepło, słonecznie itd. 8:35 – podchodzę na przystanek i już mi się łezka w oku zakręciła ze wzruszenia – typowy oldschoolowy przystanek – obdrapana ławka, zerwany rozkład jazdy, bez tych nowoczesnych udziwnień typu daszek, wiata czy jak to się tam nazywa. Jak pada to mokniesz, jak wieje to marzniesz. Proste. To jest prawdziwy polski przystanek, nie jakaś popierdółka dla lalusiów.

STACJA I – Mietek przygarnia mnie pod swe opiekuńcze skrzydła
8:37 – wsiadam. Fakt, że ścisk jak na koncercie Dody w Ciechanowie ale ogólnie jest spoko, aż chce się zaśpiewać, że wszyscy Polacy to jedna rodzina bo w moim autobusie nie brakuje nikogo – są babcie, dziadkowie, uczniowie, niemowlaki, matki, żony i kochanki. Po prostu wszyscy. Jest rzecz jasna i on – Mieczysław kierowca. Nie żebym miał coś do kierowców autobusów, Broń Boże, ale co poradzę, że ten konkretny jest wręcz podręcznikowy – sumiasty wąs, okulary a’la Matrix i cholesterol 220. Klasyczny Mietek. Trzeba jednak przyznać, że wzbudza zaufanie, widać, że z niejednego pieca chleb jadł i zna się na swoim fachu dlatego od razu zaczynam go lubić, czuję się bezpiecznie w jego Mietmobilu.

STACJA II – Mietek okazuje się być chujem (po raz pierwszy)
Jedziemy sobie, jedziemy, wszystko fajnie, powoli zbliżamy się do kolejnego przystanku, aż tu nagle zza rogu wyłania się student. Biegnie co sił w nogach, ewidentnie po to by dołączyć do naszej szczęśliwej paczki. Mało se tych nóg nie połamie, a jeszcze przeszkadza mu ta wielka teczka (pewnie ma to swoją fachową nazwę), którą zazwyczaj noszą studenci Sztuk Pięknych. Wyprzedzamy gościa na luzie, do przystanku z 300 metrów, ale chłopak nie zamierza się poddawać; wszyscy z zapartym tchem obserwujemy ten szaleńczy pościg. Autobus staje, młodemu brakuje do nas jeszcze ze 150 metrów. Da radę – myślę sobie. I kiedy już mamy go witać w naszych skromnych progach Mietek wciska guzik.
Ppttsssssss. Wrota się zamykają, Mieciu wrzuca kierunek i jedynkę.
Pasażerowie w lekkim szoku z jednym kłębiącym się pytaniem – „Mietek, co Ty odpierdalasz?”. Spoglądam przez szybę na naszego sprintera. Puściły mu nerwy, położył (rzucił?) teczkę na ziemie i wystawia w naszym kierunku międzynarodowy znak pokoju – soczystego fucka! Mieciu udaje, że nie widzi go we wstecznym lusterku, niewzruszony rusza dalej tracąc u mnie wszystkie zdobyte na starcie punkty.

STACJA III – Kultura przede wszystkim
Student odszedł w niepamięć a my nadal przed siebie. Tłok wciąż taki sam, ja stoję sobie pośrodku, obok mnie trzech typków tak na oko z gimnazjum, na tych czterech siedzeniach naprzeciw siebie siedzą dwie babcie, które dwa miejsca obok zajmują swoimi skromnymi zakupami, przed nimi matka obłożona czterema siatami i dwójką płaczących dzieci uwieszonych na ramionach. Pewnie by se usiadła no ale nie ma gdzie bo szanowne emerytki ani myślą przesunąć swoich toreb. Chłopaki obok obczaili chyba jakiś fajny filmik na Youtubie bo zaczyna się gadka:
– O ja pierdole
– Nooo, niezły kwas
– Odjeeeebał
– No, kurwa.
Jedna z bab pochyla się do drugiej i myśląc chyba, że szepcze zagaja:
– Pani to słyszy?
– Uszy więdną
– Co to się porobiło? Za moich czasów…
– Rodzice nie umieją wychować. Za grosz kultury, za grosz.
I tak rozprawiają sobie o kulturze i właściwym zachowaniu, a ta biedna kobita z dwójką dzieci patrzy błagalnie na zajęte przez reklamówki miejsca siedzące. Może o nich co najwyżej pomarzyć.

STACJA IV, V i VI – Mietek okazuje się być chujem (po raz drugi)
Na następnym przystanku wsiada laska, taka nawet – nawet bym powiedział. Jako że autobus którym jadę jest starszy niż przystanek ze zdjęcia to nie ma w nim oczywiście tych wymyślnych maszynek dzięki którym można kupić bilet, którego dziewczę – jakby nie patrzeć – nie posiada. Podbija więc do Miecia i prosi o bilet wyciągając dwie dychy.
– Nie sprzedam pani bo nie mam jak wydać
– Ale ja nie mam drobniej
– Trzeba było rozmienić wcześniej
– To mam jechać bez biletu? Przecież chcę go kupić
– Nic nie poradzę.
Na stacji nr 5 Mieczysław wpuszcza kanarów. Trochę mnie dziwi, że laska się nie skapnęła bo kanara idzie poznać na kilometr, mają coś specyficznego w oczach i sposobie poruszania się tzw. cwaniacki chód. Tego co wydarzyło się później nie da się oddać słowami. Wrzaski, błagania, bluzgi. Dziadek z przedniego siedzenia chciał wziąć dziewczynę w obronę tłumacząc tym hienom, że Gosia (tak ją sobie nazwałem) autentycznie chciała kupić bilet ale ten frajer Mietek jej nie sprzedał. Generalnie nie przyniosło to żadnego skutku, choć też nie widziałem finału historii bo musiałem już wysiadać. Jednego jednak jestem pewien – za takie zachowanie rózga to max czego w tym roku Mieciu może się spodziewać pod choinką. MAX!

Jeśli ktoś myśli, że to wymyślona historia, nie może być w większym błędzie. Sam jestem w szoku bo tylu atrakcji w przeciągu pół godziny nie spotkało mnie od dawien dawna. Aż sobie chyba miesięczny kupie i będę jeździł ot tak, for fun.

To też może Ci się spodobać:

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *