Ten o „Ukrytych działaniach” [recenzja]

Ten o „Ukrytych działaniach” [recenzja]

W filmowym światku kojarzony jest przede wszystkim jako reżyser komedii Mów mi Vincent, z Billem Murrayem w roli głównej. O kim mowa? O Theodorze Melfi. Theodore Melfi to biały facet w średnim wieku i choć nie powinno być żadnego powodu, by w XXI wieku wypominać chłopu kolor skóry, to jednak tym razem warto tę konkretną cechę wyglądu podkreślić. Dlaczego? Ano dlatego, że najnowszy film, owego „białego faceta” opowiada opartą na prawdziwych wydarzeniach historię trzech żyjących na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku Afroamerykanek, które walnie przyczyniły się do sukcesu odniesionego przez NASA w związku z misją wysłania pierwszego Amerykanina w kosmos. Brzmi intrygująco? Jeśli Wasza odpowiedź brzmi: NIE, to pozwolę sobie jeszcze napomknąć, że za ścieżkę dźwiękową odpowiedzialni są m.in. Hans Zimmer oraz Pharrell Williams, a w obsadzie Ukrytych działań znajdziemy chociażby Taraji P. Henson (Ciekawy przypadek Benjamina Buttona), Octavię Spencer (Służące), Jima Parsonsa (Teoria wielkiego podrywu), Kirsten Dunst (Fargo, Melancholia), Kevina Costnera (pozwolę sobie nie wymieniać) czy jedną z najpopularniejszych obecnie soulowych wokalistek na świecie – Janelle Monáe. A tak przy okazji dodam jeszcze, że film zadebiutował wczoraj na ekranach polskich kin.

Katherine G. Johnson (Henson) to matematyczny geniusz, który obliczy wszystko w mgnieniu oka, bo liczyć uwielbia  – i to od zawsze. Pech Katherine polega jednak na tym, że nie dość że urodziła się kobietą, to jeszcze „kolorową”, a w czasach, w których dorastała, takich jak ona traktowano gorzej niż bezpańskiego psa. Otuchy dodają jej ukochane córki oraz dwie najlepsze przyjaciółki – Dorothy (Spencer) oraz Mary (Monáe), które podobnie jak Kathy to całkiem łebskie dziewczyny, dlatego wszystkie trzy pracują dla NASA. Niech fakt ten jednak nikogo nie zmyli, daleko bowiem naszym bohaterkom do pełnoprawnych i szanowanych pracowników stacji, w końcu są „kolorowe”. Nie dla nich „normalna” toaleta, nie dla nich również praca w dziale innym niż ten usytuowany w piwnicy słynnego ośrodka, bo tak jak cała Ameryka, tak i NASA podzielona jest na białych i tych, którzy w autobusie siedzieć mogą jedynie z tyłu, a za przeglądanie w bibliotece książek nie ze swojego działu mogą zostać wyrzuceni na ulicę jak byle śmieć.

Mimo to, ciężko pracujące i zdeterminowane panie snują plany na przyszłość i wierzą w realizację swych marzeń. Najstarsza, Dorothy, po wielu latach harówki bez najmniejszej nawet skargi liczy na upragniony awans na kierownicze stanowisko, choć przełożona (Dunst) w mało wyrafinowany sposób na każdym kroku daje jej do zrozumienia, że tacy jak ona mogą co najwyżej podawać kawę podczas ważnych firmowych konferencji. Najmłodsza, a zarazem najbardziej przebojowa z całej trójki, Mary, chce zostać pierwszą w historii Stanów Zjednoczonych Afroamerykanką z tytułem inżyniera, jednak – podobnie jak koleżance – i jej życie (a raczej społeczeństwo) rzuca kłody pod nogi. Pomimo sporej wiedzy i samozaparcia co rusz informowana jest o konieczności zaliczenia kolejnych kursów, w tym takich, w których „nie wolno” uczestniczyć kobietom. No i Katherine, której umysł dokonuje obliczeń szybciej i dokładniej niż pozostałych matematyków NASA razem wziętych również zderza się z brutalną rzeczywistością podzielonego kraju, jednak to właśnie do niej jako pierwszej uśmiechnie się los, gdy po kolejnej nieudanej misji kosmicznej i wyprzedzeniu Amerykanów przez Rosjan zarówno szefostwo ośrodka, jak i – przede wszystkim – rząd USA, zmuszeni są za wszelką cenę znaleźć kogoś, kto byłby w stanie przeliczyć wszystkie dane, niezbędne do wysłania ICH człowieka w przestrzeń kosmiczną. I tak oto, zupełnie niespodziewanie, o pomoc poproszona zostaje właśnie Katherine.

No dobrze, fabuła  o tyle o ile została już zarysowana, pora więc przejść do zalet i wad Ukrytych działań. Zaczniemy od tych pierwszych, a konkretnie od aktorstwa, bo jest kogo pochwalić. Uznanie z całą pewnością należy się Taraji P. Henson, ponieważ nawet jeśli daleko tu do oscarowej kreacji, to udaje jej się być szczerą w roli niedocenianego, walczącego na każdym kroku o swoje geniusza. Henson jest wyrazista na tyle, że bez problemu przejmuje prawie każdą scenę, w której się pojawia, nader poprawnie wywiązując się z dość trudnej roli, w której zmuszona jest przez sporą część seansu dźwigać film na swoich barkach. Na ogromne brawa zasługuje także – ku mojemu zaskoczeniu – Janelle Monáe. Lubię ją, ba, nawet cenię, tyle że jako wokalistkę, i przyznam szczerze, że dopadły mnie niemałe wątpliwości odnośnie udziału wykonawczyni Cold War w projekcie Melfiego. Obawy, na całe szczęście, okazały się bezpodstawne, ponieważ Monáe spisała się znakomicie, dodając całości nieco pazura. Zaskoczeniem (choć może nie powinno nim być) jest dla mnie również wcielający się w szefa NASA Kevin Costner. Osobiście nie jestem wielkim fanem talentu popularnego aktora i z ręką na sercu przyznaję, że jedyną rolą, w której przypadł mi do gustu, była ta z filmu Mr. Brooks. W Ukrytych działaniach, atakując poniekąd z drugiego planu, naprawdę dał radę, przypominając o sobie w zadziwiająco – jak dla mnie – pozytywny sposób.

Chociaż za chwilę poniekąd się do tego przyczepię, to jako zaletę muszę sprawiedliwie przyznać, że Hidden Figures to generalnie przyjemny dla oka i ucha obraz. Co prawda żaden utwór ze ścieżki dźwiękowej nie zapadł mi wybitnie w pamięć, a i odnośnie montażu nie ma czego wynosić pod niebiosa, to z drugiej  strony patrząc – nie ma się też do czego przyczepić. Jest poprawnie. „Tylko”, a może „aż”? Zależy jak na to spojrzeć. Ogląda się dobrze, akcja prowadzona jest we właściwym tempie i w sumie wszystko byłoby ok, ale… No właśnie: „ale”.

To co sceptycy jako pierwsze zarzucą Melfiemu i jego Ukrytym działaniom, to właśnie poprawność i to na każdym kroku. Jako że światowa premiera filmu odbyła się wcześniej niż u nas, można już zapoznać się z zagranicznymi recenzjami filmu, a pojawiają się w nich tłumaczenia, że produkcja ta zyska rozgłos wyłącznie dlatego, że po raz kolejny próbuje się zrobić z osoby czarnoskórej bohatera, kiedy to samo dokonanie człowieka innej rasy nie zostałoby nawet zauważone. Nie w tym problem, bo choć historia na potrzeby Hollywood została nieco podkolorowana, to faktom nie da się zaprzeczyć, a i sam sukces wszystkich trzech bohaterek (mam nadzieję, że to nie SPOILER, chyba każdy szanujący się widz zdaje sobie sprawę, jaki będzie finał) wypada docenić, jednak typowo „amerykańskie”, na siłę „oczyszczające z zarzutów” (że tak to nazwę) podejście do pewnych kwestii może razić w oczy. Film jest w porządku i osobiście w żadnym wypadku nie uznam czasu poświęconego na seans za czas stracony, to nie da się nie oprzeć wrażeniu, że wszystko tu jest zbyt proste i przedstawione w sposób „łopatologiczny”. Trzy walczące o lepsze jutro, „kolorowe” kobiety ukazane niczym anioły na tle „tych złych” – białych. Zabrakło jakiejś głębi, zabrakło dramatu, skoro na dobrą sprawę całe to uciemiężanie na tle rasowym zostało sprowadzone do walki o toaletę, mówiąc ciut dosadniej – do walki o kibel.

Hidden Figures znajduję się obecnie na pierwszym miejscu listy boxoffice, co za tym idzie – prawdopodobnie i u nas przyciągnie do kinowych sal sporą liczbę widzów. Czy jest to film, na który warto się wybrać? Według mnie: TAK, choć trzeba zdać sobie sprawę z tego, na co się piszemy. Nie jest to dzieło wielce wybitne czy ambitne, nie jest również takim, które zasługuje na szczyt boxoffice, jednak jako czysta rozrywka sprawdza się znakomicie. Nie pozwala na chwilę nudy, dobrze zagrane i przedstawiające historię powszechnie mało znaną. Takie – bez urazy – weekendowe kino, czyli film dobry na sobotni wypad do multipleksu lub – za jakiś czas – do obejrzenia przy niedzielnym obiedzie. I choć trochę za dużo tu „amerykańskości” i politycznej poprawności, słowa powyżej nie powinny zniechęcić do zapoznania się z najnowszym obrazem Theodore’a Melfiego.


Fot.: Imperial – Cinepix

 

To też może Ci się spodobać:

7 komentarzy

  1. Bardzo dobra, wyczerpująca recenzja i przyznam, że bardzo mnie filmem „Ukryte działania zainteresowałeś. Mam ochotę obejrzeć ten film, mimo że z twojej recenzji jasno wynika, że nie jest pozbawiony wad. Najbardziej jestem ciekawa kreacji Kevina Costnera, którego bardzo lubię, a dawno nie grał w interesującej produkcji.

    1. Autor

      Ten film ma ponoc wedlug najnowszych sondazy powazne szanse na głównego Oscara. I choć w żadnym wypadku nie zasluguje na miano najlepszego filmu to mimo wszystko ma swój urok i „daje radę” 😉

  2. Rzetelnie to opisales! Na tyle, że się nie wybiorę więc dziękuję 🙂 Swoją drogą Amerykanie są dobrzy w gloryfikowaniu swojej historii.

  3. Muszę przyznać, że film był dla mnie bardzo inspirujący, czy wręcz motywujący (lubię historie o sukcesach i inżynierach :’) ), jednak cała historia była rzeczywiście przedstawiona w czarno-biały sposób (ach ta gra słów). Zgnębienie i poniżenie czarnoskórych kobiet było tak dobitne, że … [tu można wstawić odpowiednie porównanie]. Jeżeli chodzi o Kevina, była to chyba jedna z moich ulubionych jego ról – miło się zaskoczyłam. Recenzja bardzo ciekawie napisana, miło się czytało 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *