Ten o siedmiu chomiczych zgonach i Raselku…

Ten o siedmiu chomiczych zgonach i Raselku…

Już za kilka dni niebo po raz kolejny ronić zacznie rzewne łzy. Tak, wiem że ostatnio często pada, jednak ta ulewa będzie specyficzna. Skąd mam tę pewność? Ano stąd, że inaczej być nie może skoro po raz drugi anioły opłakiwać będą rocznicę śmierci najbardziej zajebistego zwierzaka ever – Raselka. Być może nie szczekał, być może nie aportował, być może nie błyszczał intelektem (choć za chwilę przekonacie się, że to nie do końca prawda); jednak… był tak cholernie uroczy! Rasi, ten tekst jest dla Ciebie, ziomuś!

Jak nietrudno się domyślić po głównym zdjęciu tego wpisu Russell był chomikiem. Zanim jednak przejdziemy do głównego bohatera tej historii, słów kilka o mej prywatnej chomiczej traumie…
Wiecie jak to jest kiedy zaraz po wstaniu z łóżka, jeszcze przed porannym sikaniem, przed pierwszą herbatką, nawet przed pierwszą szlugą, idziecie sprawdzić czy chomik siostry jeszcze żyje? Otóż ja wiem jak to jest. Przeżywałem ten koszmar kilkanaście lat temu przez siedem tygodni z rzędu. Zawsze w niedzielę. Zawsze.
Zaczęło się stosunkowo niewinnie – okres wakacyjny, mieszkałem jeszcze z rodzicami i siostrą, wszyscy domownicy poza mną wyjeżdżali na weekend do domku nad jeziorem, ja zostawałem, bo to idealny czas na zrobienie jakiejś domóweczki. Wisiał nade mną zaledwie jeden obowiązek – zaopiekować się chomikiem siory.
No i leciał sobie dzionek, wszystko na wieczór pokupowane, ziarenka do miseczki gryzonia wsypane, poidełko napełnione; po prostu ŻYĆ NIE UMIERAĆ!
Tyle tylko, że chomik jednak umarł.

 

Byłem totalnie zdezorientowany! Co prawda nie pamiętałem wszystkiego z poprzedniego wieczoru, ale sorry – na 99,9% NIE ZABIŁEM CHOMIKA! Dzwonię do mamy z paniką w głosie, bo wiem że siostrzane serce rozpadnie się na milion kawałeczków gdy zobaczy pustą klatkę:

– Jak to zdechł? – pyta rodzicielka.
– Nie wiem.
– Jak nie wiesz?
– No nie wiem, nie rusza się.
– To jedź do sklepu po nowego, tylko żeby był podobny.
– W niedzielę?
– Jedź do centrum handlowego, tam będzie zoologiczny.

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, ale pojechałem. Kupiłem (choć ten nowy ni w ząb nie przypominał poprzedniego), wpakowałem do klatki, młoda wróciła do domu i pierwsze co to do chomiczka. Bo chomiczek to jej oczko w głowie. I nagle płacz. Taki płacz, że go słyszeli w sąsiednim powiecie.
– Maaaaaamoooooo, on mi zabił chomika!!!!!
-( Mama udaje, że nie kuma o co chodzi) Co się stało?
– Zabił mi chomika!!!!!!!
– No, ale przecież jest chomiczek w klatce.
– To nie mój!!!! Ten inaczej wygląda!!!
– To ten sam, chomiki po prostu zmieniają futerko latem.
– Aha – odpowiada młoda, a potok łez zaczyna słabnąć.

 

Ktoś mógłby w tym momencie zapytać o co chodzi, przecież pisałem o siedmiu zgonach. No i tu ciekawostka: opisana sytuacja następowała przez siedem (!!!!) kolejnych weekendów! Autentycznie co niedziele rano odkrywałem w klatce martwego chomika. Nie we wtorek kiedy wszyscy byli w domu, nie w czwartek, tylko zawsze, kurwa, w niedzielę kiedy stałem sam na warcie. Z ręką na sercu – po czterech takich akcjach bałem się w sobotę chodzić spać. Chciałem czuwać, chciałem poznać sekret, chciałem wiedzieć, co tu się do jasnej cholery wyprawia! Uwierzcie, że nie były to przyjemne weekendy, żyłem w ciągłym strachu. Doszło do tego, że pracownicy sklepu zoologicznego, wołali „Siema” na mój widok, każdej kolejnej niedzieli. Po siódmym chomiku wszystko się jednak wydało, nie było więc sensu ciągnąć tej chomiczej farsy. Temat został zapomniany, jednak rana w mej psychice miała nie zagoić się jeszcze przez ładnych kilka lat.

 

Zmiana nadeszła jakiś czas po wyprowadzce z rodzinnego domu kiedy to wpadłem na iście genialny pomysł pt.: „A może kupiłbym sobie zwierzaczka?”. Pytanie tylko jakiego, ponieważ każdy kto mnie zna ten wie, że ja i pies to konfiguracja niemożliwa do zrealizowania w żadnej rzeczywistości. Po prostu nie. Spoko z kolei byłby kot, jednak mieszkając na siódmym piętrze musiałbym chyba jakoś zabezpieczyć okna, czego nie chciało mi się robić. I wtedy to wylądowałem razem z siostrą w centrum handlowym. „Kup chomika, kup chomika” – namawiała młoda. I przekonała mnie. „A co mi tam, kupię se chomika. Mam prawie 3 dychy na karku i kupuje chomika. W końcu kto bogatemu zabroni?” – powiedziałem, a słowo ciałem się stało.

 

Chomika dość niezwykłego, gdyż jako jeden z niewielu jemu podobnych sam wybrał sobie imię.
Dokładnie w ten sam dzień kumple odwiedzili mnie w celu obejrzenia wspólnie meczu NBA.
– A jak to się wabi? – spytał jeden z chłopaków.
– Jeszcze się w ogóle nie wabi – odparłem.
– To może zareaguje na jakiegoś zawodnika?
– Zapytaj go, zobaczymy.

Padło pierwsze imię koszykarza, chomik nic, siedzi w budce. Padło drugie imię koszykarza, chomik nic, nadal w budce.
– Russell (od Russell Westbrook i tu ciekawostka, którą każdy czytający ten tekst będzie miał w dupie, bo nikt w tym kraju nie jara się koszem: Russell Westbrook został w tym roku wybrany Najbardziej Wartościowym Zawodnikiem NBA, bijąc rekord tzw „tripple – doubles” (za długo by tłumaczyć o co chodzi) i generalnie odwalił coś czego możliwe, że nikt już nigdy w historii NBA nie powtórzy. Przypadek? Nie sądzę)…
Słysząc „Russell” gryzoń wystawił głowę. Zareagował, wybrał sobie imię i tak już zostało.

 

Russell, Rasel, Rasi, Rasti, Raselek – zwierzak tysiąca imion zaprzeczał obiegowej opinii jakoby chomiki nie posiadały mózgu. I choć rzeczywiście do jego ulubionych zajęć należało: jedzenie, picie, sranie i układanie sianka w swym wypasionym domku, posiadał również dwa inne zainteresowania. Pierwszym było chodzenie po kobiecych biustach. Może zamiłowanie to przejął od Pancia, może wpadł na to sam. Ciężko powiedzieć, jednak nigdzie nie było mu tak dobrze jak na damskich piersiach. Niewiasty mogły brać go na ręce, jednak wystarczała dosłownie chwila i małe fiku-miku by znalazł się w miejscu, w którym lubi się znajdować większość facetów.
Kolejną pasją mojego chomiczego ziomka było uciekanie z klatki. Kumacie chomika, który potrafi sobie otworzyć drzwiczki klatki w środku nocy i uciec nie wiadomo gdzie (zdarzało się, że dobę przeżywał na gigancie)? Rasel potrafił. Ba, potrafił je otworzyć nawet wtedy gdy zakręcałem na nich skobel. Autentiko!

 

Wielu, zupełnie niesłusznie nazywało go „grubym”. I choć rzeczywiście w pewnym momencie gabarytowo znajdował się gdzieś pomiędzy świnką morską a kotem, ja po dziś dzień twierdzę, że po prostu był puszysty! A co najważniejsze – był naprawdę najfajniejszym zwierzakiem ever. Nie robił hałasu, nie trzeba z nim było rano wychodzić na dwór, nie odwalał sajgonu w mieszkaniu. Rasel był po prostu puszystym, słodkim fanem kobiecych piersi.
I za to Cię właśnie uwielbiałem ziomuś, za bycie sobą; za bycie samcem alfa! I choć nasza historia skończyła się przedwcześnie, wiedz, że trzymam dziś kciuki za to byś w chomiczym niebie kręcił się teraz na wielkim kółku nie martwiąc się trudami codzienności i by mieli tam Twoje ulubione dropsy jagodowe. Dzięki kumplu.

 

PS. Jeśli komuś nadal kłębi się w głowie pytanie: „Ale co z tymi siedmioma zgonami gryzoni?”, spieszę z odpowiedzią…
Otóż okazało się, że klatka, w której żył sobie każdy kolejny chomik przyniesiona została od kogoś, z kolei ten ktoś trzymał ją wcześniej w piwnicy, gdzie pryskano trutką na szczury. Nie wiem tylko dlaczego umierały zawsze na mojej warcie, ta zagadka pozostaje niewyjaśniona do dziś.

 

PS2. Jedną z inspiracji do napisania tego tekstu, było TO znalezione w Internecie zdjęcie…

To też może Ci się spodobać:

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *