Ten o pierwszej miłości…

Ten o pierwszej miłości…

Walentynki – Sralentynki. Kolejny pseudo genialny wymysł wielkich korporacji i właścicieli malutkich straganików na trzepanie kasy z uczciwego obywatela. Wciskają Ci na siłę krwistoczerwone baloniki w kształcie serca, czekoladki w kształcie serca, nawet pizze robią w kształcie serca! Brakuje już chyba tylko chleba w kształcie serca. Prawdopodobnie każdy kardiolog budzi się tego dnia z uśmiechem na ustach, a poprzednią noc podświadomość wypełnia mu bajecznymi snami. Co innego miłość bo miłość to istny temat – rzeka. Czytałem kiedyś, że ponad 80 procent tekstów piosenek (bez podziału na gatunki) wprost lub metaforycznie traktuje właśnie o miłości. Różne bywają jej rodzaje, bo kochać można wszystko i wszystkich: psa, siebie, dziecko, żonę, męża, ulubiony sweter z motywem kaczuszek, twórczość Quentina Tarantino, nowe buty… Dosłownie wszystko. Czy istnieje coś takiego jak miłość lepsza lub gorsza? Ciężko powiedzieć, z pewnością jednak istnieje ta pierwsza. Najważniejsza i niezapomniana. Generalnie pierwszą miłością zawsze powinna być mama. To ona nosiła Cię pod sercem przez dziewięć miesięcy, to ona specjalnie dla Ciebie pozwoliła by spuchły jej palce oraz by męczyły ją poranne mdłości. Nie wspominając już o samym porodzie. Ten tekst nie będzie jednak opowiadał o matkach tego świata, a o uczuciu zrodzonym w piaskownicy.

Był mroźny jesienny dzień 1990 roku. Bardzo mroźny, bo wszyscy dookoła nosili już czapki, szaliki i rękawiczki, a głupie gadki o Złotej Polskiej Jesieni można było wsadzić między bajki. Tej jesieni piździło jak w kieleckim, a on nie mieszkał nawet w Kielcach. Ba, nie wiedział jeszcze, że gdzieś tam hen, heeeeen daleko istnieje takie miasto. Miał zaledwie 6 lat.

– No i jesteśmy na miejscu – powiedziała rodzicielka. Rozejrzał się wokół i jedyne co widział to beton. Wszędzie gdzie nie spojrzał beton, z jednym tylko odstępstwem – ogromną, pochyłą płaczącą wierzbą. Z przodu blok, z tyłu blok, a dopiero co mieszkali w uroczej, niewielkiej chatce na obrzeżach miasta. Doznał lekkiego szoku. Poza tą jedną, jedyną wierzbą nie było w zasięgu wzroku nawet odrobiny zieleni, ani jednego liścia, ani jednego wyschniętego krzaka. To miejsce miał od dziś nazywać domem.

– Proszę pani!! Proszę pani!! A czy ten chłopiec może wyjść na dwór i się z nami pobawić? – Ni stąd ni zowąd matkę zagadnął obcy, mały blondasek, wskazując na grupkę dzieci wystających przy drabinkach. Z nosa zwisały mu bezbarwne gile, które usilnie próbował zaciągnąć z powrotem. Jako jedyne z dzieci nie miał na głowie czapki i pewnie również jako jedyny nie skumał, że przecież już stoją na dworze.

– Oczywiście – odpowiedziała mama, ale najpierw musimy się rozpakować.

Od momentu kiedy pojawili się w betonowej dżungli minęły dwie minuty.

Po kolejnych dziesięciu i szybkim rzucie oka na nowe mieszkanie ponownie był już na zewnątrz, w końcu co może sześciolatek pomóc przy przeprowadzce? Lepiej, żeby nie krzątał się pod nogami.

– Część! – zasmarkany blondyn wyciągnął rękę w jego stronę.

– Część!

– Chcesz się z nami pobawić?

– Jasne.

Plac zabaw w tym królestwie betonu nie powalał rozmachem: piaskownica ze zjeżdżalnią i jedne półokrągłe drabinki, ale kiedy nie musisz się jeszcze martwić pierwszą w życiu lekcją matematyki czy polaka świat wygląda inaczej. Nawet tak ubogie w atrakcje miejsce pozwala wyobraźni pracować na najwyższych obrotach, a Tobie daje całkiem konkretny fun.

Bawili się więc na tym betonie w najlepsze, choć on nie ryzykował póki co przejścia bez trzymanki całych drabinek. Gdyby z nich zleciał będąc na samej górze mógłby wylądować na Ostrym Dyżurze z pękniętą czaszką. Wszystko działo się tak szybko i tak radośnie nawet przy siarczystym jesiennym mrozie, ale najlepsze miało dopiero nadejść. A właściwie miała, bo oto, po niecałej godzinie, na placu pojawiła się ONA.

O takich jak jego pierwsza miłość mówią „dziewczynka jak z obrazka”. Cera nie zmącona jeszcze trądzikiem, rumiane dołki w policzkach, idealne uszy, roześmiane oczy i długie, zaczesane w „kucyk”, kasztanowe włosy. Naprawdę była jak z obrazka i to takiego o wartości kilkuset milionów dolców.

– Cześć, jestem Ewa – przywitała się kulturalnie jak na młodą damę przystało, a jemu serce zabiło szybciej. Nie mógł oderwać od niej wzroku. Była przepiękna, a jak wiadomo nie o wszystkich pięciolatkach można tak powiedzieć.

Ewa? – pomyślał – Imię rodem z Edenu? To nie może być przypadek.

– Cześć, jestem Przemek – odpowiedział drżącym głosem licząc na to, że piękność którą miał przed sobą weźmie rumieniec którym spłonął za efekt panującego chłodu.

No i skakali tak po tych drabinkach wszyscy razem; wszystkie dzieci z osiedla stanowiły jakby jeden organizm, choć on zwracał uwagę jedynie na nią. Kiedy bawili się w chowanego chciał by go znalazła, przy okazji ganianego dawał jej się złapać tylko po to by ujrzeć jej uśmiech i nie przeszkadzało mu nawet kiedy na wiosnę kolejnego roku wypadły jej dwie górne, mleczne jedynki. Uważał, że dodaje jej to uroku.

Niemal rok trwała ta idylla, jeden z najszczęśliwszych okresów w jego życiu. Bez trosk, bez zobowiązań, w czasach gdy za banknot z wizerunkiem Kopernika można było w osiedlowej lodziarni kupić gałkę pistacjowych w kruchym wafelku, albo dwie gumy Donald z historyjką w środku.

Przedsmak jednego z największych dramatów przeżył niemal rok od momentu gdy po raz pierwszy postawił nogę na blokowisku, okazało się, że jest starszy i musi pójść do szkoły, która ją czekała dopiero za dwanaście miesięcy. Rodzice myśleli, że nie chce wyjść na pierwszą lekcję z obawy przed nowym wyzwaniem, prawda była jednak taka, że jedyne czego się bał to zostawić Ewę samą na placu zabaw. Samą, czyli bez niego. Nie sypiał po nocach, nie wiedział co się z nim dzieje; miał dopiero siedem lat, a targały nim emocje jakich nie doświadczył niejeden dorosły.

Godziny radosnego zjeżdżania do piaskownicy zaczęły się kurczyć. Tak samo czas poświęcony na skakankę czy grę w klasy; wkraczał w kolejny etap życia kreśląc pierwsze koślawe „a”, w zeszycie w trzy linie. Mimo tego, za każdym razem, na jej widok serce łomotało mu w piersi jak szalone, zupełnie jak przy pierwszym spotkaniu. Uwielbiał jej „kucyka” ściągniętego żółtą gumką do włosów i różową opaskę na czole. Kochał szelest jej błękitnej kurtki z kreszu. W 1991 oddałby za nią prawą rękę, co tym bardziej godne podkreślenia, bo był praworęczny.

Prawdziwy dramat nastąpił kolejnej jesieni.

– Przeprowadzamy się – powiedział ojciec.

Prze? Prze? Prze co? Mało nie zemdlał, przed oczyma zobaczył czarne plamy. „To niemożliwe”, myślał. Jednak okrutny los i Spółdzielnia Mieszkaniowa po raz kolejny zaśmiały mu się w twarz. Po niespełna tygodniu po raz ostatni obrzucił spojrzeniem betonowy raj, który dwa lata wcześniej wprowadził go w osłupienie.

– Naprawdę wyjeżdżasz?

– Naprawdę.

– Szkoda.

Serce, niczym szklana osłona przystanku autobusowego podczas przemarszu kiboli Cracovii po derbowym meczu z Wisłą, pękło mu na miliony drobnych kawałeczków i wiedział, że nigdy już ich nie poskleja.

– Ale będziesz czasem przychodził? – zapytała z nadzieją w głosie.

– Pewnie! – odparł powstrzymując wzbierające łzy.

Nie przyszedł. Zamieszkał po drugiej stronie miasta, miał osiem lat, samotny wypad pieszo czy autobusem nie wchodził w grę, nie znał zresztą nawet kierunku, w którym miałby się udać. Pierwsze miesiące w nowej betonowej dżungli były koszmarem. W dupie miał nowych kolegów z klasy, w dupie miał nową szkołę. Wszystko miał w dupie, bo tęsknił za nią – dziewczynką jak z obrazka o rajskim imieniu.

Z biegiem lat obraz w pamięci zacierał się coraz bardziej, choć wciąż gdzieś z tyłu głowy kłębiła się myśl, że ona gdzieś tam jest i choć pewnie zapomniała już o nim, on o niej nigdy. Czy ułożyła sobie życie? Czy jest szczęśliwa? Czy nadal jest tak porażająco śliczna jak wtedy, bez dwóch górnych jedynek?

Odpowiedź poznał na chwilę przed trzydziestką, gdy niespodziewanie trafił na jej profil na Naszej Klasie. „Wow”, to pierwsze co cisnęło mu się na usta gdy zobaczył zdjęcie profilowe. Okazało się, że jedynki odrosły i – jak wiele wiosen wcześniej wskazywały wszystkie znaki na niebie i ziemi – wyrosła na piękną kobietę. W dodatku utalentowaną. Ucieszył się na myśl o tym, że jest szczęśliwa i że Bóg (albo geny) obdarzył ją artystycznym talentem, o którym on mógł co najwyżej pomarzyć. Zamknął okno przeglądarki i po raz pierwszy od dawna uśmiechnął się sam do siebie. Wiedział, że nigdy nie kupi jej czerwonego balonika, ani pizzy w kształcie serca, jednak świadomość tego, że pierwsza, która przyprawiła go o podwyższony puls i nieśmiały rumieniec ma się dobrze warta była więcej niż wszystkie prezenty świata i wymyślone przez nie wiadomo kogo „święto” razem wzięte.


Fot.: instagram.com/pisanepopijaku/

To też może Ci się spodobać:

20 komentarzy

    1. Autor

      Oh, dziękuję 🙂 Chociaż w tym przypadku więcej zasługi przypisałbym dziewczynce o rajskim imieniu 🙂

  1. Też mieszkałam w blokowisku na Rubinkowie i były to najwspanialsze lata mojego dzieciństwa. Po przeprowadzce z Rubinkowa w inny tejon miasta nigdy już nie miałam tak fajnych koleżanek i kolegów jak tam. Byliśmy jak jedna wielka rodzina i super spędzaliśmy razem czas. Paradoksalnie ja byłam zakochana w młodszym od siebie koledze o imieniu Adam.

    1. Autor

      No popatrz, u Ciebie Toruń, u mnie Toruń; u Ciebie Adam, u mnie Ewa. Powinni zmienić hasło promujące miasto na TORUŃ MIASTEM RAJSKIEJ MIŁOŚCI 🙂

  2. Pamiętam czasy mieszkania w bloku i na nich skończyłam 🙂 Miłość jest piękna, najpiękniejsza jest taka, do której ma się zdrowy dystans 🙂
    Cudny tekst 🙂

  3. Miła odmiana po tych wszystkich blogach kulinarnych, które zazwyczaj przeglądam! czytałam z uśmiechem na ustach:)

  4. Moja pierwsza miłość to czasy przedszkola. Nie pamiętam jak się nazywała, ale szalałem za nią. Byliśmy nierozłączni. Pewnego smutnego dnia okazało się że jej nie ma. Zachorowała. Bardzo długo, całą wieczność, pewnie ze dwa tygodnie nie pojawiała się w przedszkolu. Po powrocie była zupełnie inna. Dołączyła do grupy dzieci, które mi dokuczały i wyśmiewały się. Złamała mi serce.

  5. Też mieszkałam w blokowisku. Chowany, guma czy zabawa w „krowę” to były czasy.

  6. haha, to dobrze, że te jedynki jej odrosły 🙂
    ps. fajnie piszesz 🙂 i chyba masz z tego niezły fun

  7. Gdy byłam małą dziewczynką, strasznie zazdrościłam dzieciakom, które mieszkały w blokach. Myślałam, że jako mieszkanka wolnostojącego domku bardzo dużo tracę. Teraz mieszkam w bloku i zdecydowanie żałuję, że nie wydarzyło się to w odwrotnej kolejności 🙂

    A co do pisania po pijaki – czapki z głów.

  8. Chyba każdy ma gdzieś w pamięci podobną historię 😛 (no przynajmniej Ci co jeszcze dzieciństwo na dworze spędzali :P)

  9. jak ja bym chciała wrócić do czasów dzieciństwa, na blokach, wtedy życie było takie … normalne 🙂
    wspaniała historia, która kończy się pozytywnie. Ja swojej pierwszej milosci nie pamiętam i może to dobrze?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *