Ten o numerze z gablotki na klatce…

Ten o numerze z gablotki na klatce…

Zakładając bloga wiedziałem, że lubię sobie popisać, obawiałem się jednak, że w którymś momencie skończą mi się z życia wzięte historyjki, a i żadnej recenzji nie będę miał akurat pod ręką, żeby tu wstawić. Skończą się tematy i cała ta impreza pod tytułem „blog” umrze śmiercią naturalną. To by dopiero była szkoda! Cały ten zachód z wybieraniem szablonu itd., poszedłby na marne. Na szczęście (dla tej strony) lub nieszczęście (dla mojego zdrowia psychicznego) specyfika pracy, która daje mi pieniążki na chleb nie pozwoli na dłuższe chwile przestoju…

Dzwoni babka i bez żadnego „Dzień dobry” czy innych uprzejmości wali od razu z grubej rury: „Nie mogę na dekoderze kanałów przełączać”. O-ho, już wiem, że zapowiada się kolejna rozmowa na poziomie. Słyszę po głosie, że jeszcze przed wykonaniem połączenia baba postanowiła, że nie da sobie nic wytłumaczyć i chce bym pojawił się u niej w domu. Problem w tym, że mieszkała po drugiej stronie mostu, czyli niby nadal w Toruniu, ale już tak nie do końca. Na samą myśl o przebijaniu się tam w godzinach popołudniowego szczytu dostałem wysypki.

– A dekoder się świeci jakoś? Jest włączony do prądu?

– Oczywiście!

– No, a jak pani przyciska cokolwiek na pilocie to dekoder w ogóle reaguje?

– Nic a nic!

– A baterie w pilocie są sprawne?

– Czy pan mnie ma za jakąś idiotkę? Wymieniłam baterie na nowe!

– Dobrze, spokojnie. Po prostu pytam.

Gadamy sobie i gadamy; ja swoje, ona swoje. Nie ma rady, muszę jechać za ten cholerny most bo żyć mi nie da. Jako, że nie ta akcja jest sednem wpisu to w skrócie powiem tylko, że w pilocie nie było baterii.

– Przecież pytałem panią czy w pilocie są baterie

– Były, jak Boga kocham, były!!

– I co, wyparowały?

– Pan lepiej zważa na słowa, ja sobie nie pozwolę!

– Uwierzy pani, że naprawdę zważam na słowa biorąc pod uwagę, że jadę na drugi koniec miasta po to, żeby włożyć baterie do pilota, mimo, że wcześniej – przez telefon – o te właśnie baterie panią pytałem

– A skąd mogłam wiedzieć, że nie ma?

Obłęd jakiś. Normalnie „Dzień świra” A.D. 2017. Kulturalnie się żegnam i wychodzę bo słuchać już jej nie mogę. Mam nadciśnienie i podwyższony cholesterol, szkoda zdrowia na dalszą dyskusję. Wracam, korek na wiadukcie przed mostem jak milionpińćsetstodziewińset, tempo ślimacze. Na dodatek ślisko bo z nieba pada jakieś nie wiadomo co. Śniego-deszcz? Deszczo-śnieg? Ciężko powiedzieć. Po 20. minutach jestem pierwszy w korku, muszę jeszcze tylko przepuścić tych z naprzeciwka i tych zjeżdżających z prawej, później krótka prosta, most… i będę po właściwej stronie miasta! No i właśnie wtedy ponownie dzwoni telefon…

– Dzień dobry

– Dzień dobry

Wszyscy przepuszczeni, ruszam.

– Pan pracuje dla Spółdzielni?

– Powiedzmy

– Bo ja mam problem

– Jaki problem?

– Potworny

– A gdzie pani mieszka?

– Na Drzymały

Kurwa  jego mać! To za mostem, czyli tam gdzie właśnie jestem tyle, że już w odwrocie.

– I co się dzieje?

– Pan MUSI przyjechać, MUSI! Bo ja już nie wiem co mam zrobić.

Trzeba szybko podjąć decyzję bo albo gadamy dalej i może uda się rozwiązać problem telefonicznie (jeśli nie to za chwilę znów będę się przebijał przez most, znowu stał w korku i po raz kolejny most) albo za 30 metrów mam jeszcze zjazd i nawrócę przed mostem.

– Dobra, za chwilę u pani będę.

Zawracam przed mostem, jadę w kierunku przeciwnym do kolejki na wiadukcie i już widzę oczyma wyobraźni jak zajebiście będzie się tu stało po raz drugi. Jestem tą perspektywą bardziej niż zachwycony. Udało mi się jednak jakoś doturlać na to Drzymały, pukam do drzwi…

– Dzień dobry ponownie

– Dzień dobry

– Pani pokaże gdzie ten problem

Coś zaczyna mi tu śmierdzieć już w momencie kiedy widzę, że babka drepcze w stronę łazienki, ale co tam, zdarza się, że ludzie mają telewizor w kiblu.

– O tutaj, mówi wskazując palcem ścianę przy wannie

– Ale co „tutaj”? Bo nie widzę gniazdka

– Jakiego gniazdka? Mi kaloryfer nie grzeje!

Yyyyyy. Zamurowało mnie dość konkretnie. Jaki kaloryfer? Co tu jest grane? Jestem w jakiejś nowej edycji ukrytej kamery? Za chwilę z pokoju obok wybiegną znajomi z bukietem kwiatów i okrzykiem: „MAMY CIĘĘĘĘĘ!!!!!”? Zdezorientowany nie wiem co odpowiedzieć rzucam więc niepewnie:

– Dobrze, tylko co ja mam pani zrobić z tym kaloryferem?

– No naprawić, żeby grzało

– To może być problem

– Jak to? Przecież pan jest ze Spółdzielni, prawda?

– Niby tak, ale ja proszę pani pracuję w kablówce

– Gdzie?

– W serwisie telewizji kablowej

– Niemożliwe

– Możliwe

– Ale ja mam pana numer z gablotki na klatce! Było napisane „Pomoc Techniczna”!

– A powyżej nie było „Serwis telewizji”?

– (babka śmiejąc się) Wie pan co, no teraz to już całkiem zgłupiałam, może i było 🙂

Nie potrafię podzielić jej radości. Dociera do mnie, że jestem pół godziny w dupie i za chwilę znowu stanę w korku. Fakt, trochę winy biorę na siebie, trzeba było dopytać przez telefon tyle, że nie było czasu. Nic to, podnoszę skrzynkę z narzędziami, ruszam w stronę drzwi..

– Wie pan co? A właściwie to dobrze, że pan się pojawił bo na TVNie mam taki śnieg, że oglądać się nie da…

Piszę te słowa z nutką goryczy, ale i ulgi, wiem bowiem, że tematów na bloga nigdy nie zabraknie…

To też może Ci się spodobać:

9 komentarzy

  1. niezłe przejścia:) ale przyznasz, ze bywa też zabawnie:)

  2. Podziwiam Cię mate, za umiejętność zachowania spokoju w sytuacji dematerializacji baterii. No normalnie pierdolca można dostać z tymi ludźmi. 😉

  3. Twoje życie codzienne nigdy nie będzie nudne

  4. Jak człowiek styka się z gatunkiem ludzkim – nigdy nie zabraknie anegdot 🙂

  5. Obsługa klienta to nieustanne pasmo rozrywki i wrażeń 😉

    Swoją drogą zawsze jak dzwonię do takiego serwisu to mam wrażenie, że już z założenia traktują mnie jak głupią, a ledwo dzień dobry zdążę powiedzieć 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *