Ten o NOWYM (WZ)ROKU…

Ten o NOWYM (WZ)ROKU…

Pierwszym wpisem w Nowym Roku miał być Ten o obietnicach danych sobie. Takie ha-ha z Noworocznych postanowień, które po tygodniu, miesiącu czy kwartale będzie można sobie wsadzić… wiadomo gdzie. „Rzucę fajki”, „Zacznę biegać”, „Będę się zdrowo odżywiał”. Taaaaa, już to przerabiałem. Oczywiście trzymam za wszystkich kciuki jednak bądźmy realistami – to po prostu nie wypali. Olać więc te bzdurne postanowienia/obietnice, lepiej rozpocząć styczeń miłym akcentem! Może nie stricte Noworocznym, ale – jakby nie PATRZEĆ – nowym…

Pamiętam moje pierwsze okulary. Było to gdzieś pod koniec podstawówki, miałem pewnie ze 12 lat i okazało się, że powinienem nosić oksy. Siara na maxa. Chcesz być fajny, chcesz być cool, a tu nagle karzą Ci nosić bryle, w których wyglądasz jak Harry Potter i Komnata Tajemnic tyle, że bez Komnaty. No i bez Hermiony.

Zaraz po wyjściu z domu chowałem je do plecaka i udawałem na lekcjach, że widzę z ostatniej ławki jaki temat zapisany jest na tablicy. Plan sprawdzał się perfekcyjnie do momentu kiedy skapnąłem się, że ściąganie na sprawdzianie od siedzącego 30 centymetrów obok kumpla jest poza moim zasięgiem. Nie zamęczając dłużej – trzeba było zacząć zakładać dodatkowe oczy regularnie.

Powiem z doświadczenia: przez dwadzieścia lat idzie się przyzwyczaić. Można nawet oksy polubić i docenić zwłaszcza kiedy po przebudzeniu zdajesz sobie sprawę, że zegar ścienny musiałby mieć wymiary 2×2 metry, żebyś był pewny, że widzisz która jest godzina.

Różne bryle zdarzało mi się nosić, choć zadowolony byłem tak naprawdę tylko z poprzednich: ładne, lekkie i generalnie dające radę. Nic nie trwa jednak wiecznie. Zwłaszcza kiedy w pewien piątkowy wieczór wychodzisz z kuzynem na miasto. Wychodzisz w piątek wieczorem w okularach po czym otwierasz oczy w sobotę we własnym łóżku, ale okularów już nie ma. Parafrazując słowa znanej piosenki o pewnej pszczółce: „Gdzieś są lecz nie wiadomo gdzie, te oksy co zgubiły się. Może ktoś podniósł je lub nie, może bezpański pies obsikał je…”. W skrócie: byłem prawie ślepy. Szczęście w nieszczęściu odnalazłem poprzednie, zakupione jakieś 6 lat temu oczy; szkoda tylko, że całe powyginane, porysowane i ogólnie wstyd w takich wyjść do ludzi. Trochę się w nich jednak przemęczyłem, bo żal było wydawać siano przed świętami. No, ale ileż można? Decyzja zapadła więc po świętach: Idę po nowe oksy!

Nie ukrywam – deczko się bałem, przede wszystkim dlatego, że dawno nie badałem wzroku, a jednak trochę więcej ostatnimi czasy czytam i siedzę przy kompie. Obawiałem się, że -2 dioptrie zmieniły się już w -7, a pan optyk przepisze mi szkła grubości denka słoika od musztardy. Nie było jednak wyjścia, ruszyłem do salonu.

Zaczęło się od wyboru oprawek. Wymarzyłem sobie takie modne: grube, czarne, takie trochę „na pisarza”. A co sobie będę żałował! Okazało się jednak, że kiedy natura obdarzyła Cię ryjem jak do radia, możesz zapomnieć o fikuśnych oprawkach bo wyglądasz w nich jak pół dupy zza krzaka. Jakimś cudem udało się dopasować inne, ufff. Została już tylko ta trudniejsza część: badanie.

Całkiem przyjazny pan optyk/okulista? zabrał mnie do pokoju, w którym światła było mniej więcej tyle co w jaskini nietoperzy i otwiera walizkę ze sprzętem. Wyciąga z niej przyrząd rodem z Powrotu do przyszłości – metalowe „okulary” z milionem „kieszonek” na szkła. Jak wygląda ta aparatura zrozumie tylko ten kto badał kiedyś wzrok, pozostali nie są sobie w stanie tego wyobrazić. Facet zakłada mi na nos to ważące kilogram ustrojstwo i odpala na ścianie tablicę z literkami:

– Pierwszy rząd od góry poproszę

– C, D, F, H, I

-Świetnie, a najniższy?

– B, A, G, L, T

– Elegancko

Zaczynam wierzyć, że będzie spoko, ale wtedy typ odpala drugą tablicę i wracają demony denka słoika po musztardzie.

– Pierwszy rząd

– J, D, M, Y, O

– Bardzo dobrze, teraz następny…

– R, I, K? … W?… B?

– Ok, na tym się skupimy. A dokładnie na ostatniej literce „E” bo jest najbardziej charakterystyczna

(W sumie byłem blisko z tym „B”, myślę sobie)

No i zaczęła się masakra. Skubany maglował mnie przez godzinę co chwila przekładając szkiełka w tym dziwnym czymś, które uwiesił mi na twarzy. I zmienia te szkła i zmienia pytając co rusz „Lepiej tak?… (zmienia szkło)… czy tak?”. Po 40 minutach nie wiedziałem już nawet czy samą tablicę dobrze widzę. Nie byłem pewien czy tam w ogóle jest jakaś tablica. Gość cały czas robi notatki, a mi pot zalewa plecy. Wewnętrzny głos w głowie woła: „Musztardaaa, muuusztaardaaa”. Jestem na wykończeniu. I kiedy odechciewa mi się już nowych oczu, mogę przecież nadal chodzić w tych porysowanych obdrapańcach pan optyk/okulista? mówi: No i już, to wszystko.

Wychodzimy z mrocznej nory, na widok światła żarówek w pomieszczeniu obok doznaję lekkiego szoku. Po chwili dochodzę jednak do siebie i pytam odważnie:

– I jak? Ile tam wyszło?

– W zasadzie prawie identycznie porównując do okularów, w których pan przyszedł.

– Yyyy. To świetnie, bo wie pan, bałem się, że będzie znacznie gorzej

– Nieee. A ile pan ma lat?

– 32

– To nie ma się czym martwić, jeszcze przez kilka lat wzrok się panu nie pogorszy. Dopiero gdzieś w okolicach czterdziestki nastąpią pewne zmiany, ale wiadomo, to już ze starości.

Teraz, kilka dni po wizycie, kiedy patrzę już na świat nowymi oczyma nadal nie wiem czy powinienem czuć ulgę i radość czy może smutek i rozgoryczenie. Z jednej strony nie pogorszył mi się wzrok (!!), z drugiej trochę nieswojo żyje się ze świadomością, że do „starości” zostało mi osiem lat 🙁 .

To też może Ci się spodobać:

4 komentarze

  1. Ja niestety dostałam okulary w pakiecie z antybiotykiem, a raczej jako skutek jego używania. W ciągu 2 tygodni z doskonałego wzroku zrobiło się prawie minus 3. Na początku był to dramat, teraz jednak, po latach, nie wyobrażam sobie siebie bez okularów.

  2. Ja mam to szczęście, że do okularów mi daleko, z czego się w sumie cieszę. Niemniej, w obecnych czasach poprzez korzystanie z laptopa oraz smartfona 90% społeczeństwa to czeka.

  3. Okulista to mistrz motywacji – bałwan 😀 Też noszę okulary, ale do czytania, choć w przypadku mojej choroby wzrok pogarsza się dosyć mocno. Byłam z takim Harrym Potterem 3 lata, biedak naprawdę mało co widział bez szkieł. Ale tak jak mówisz idzie się przyzwyczaić do wszystkiego 🙂

  4. Pamiętam, jak założyłam kiedyś nowe okulary.
    Wadę miałam niewielką, chyba mam dziś niewiele większą. W każdym razie wygodniej funkcjonuje mi się bez nich (zmieniłabym zdanie, gdybym mogła kupić sobie jakieś nowe, wymarzone, idealne). I kiedy je założyłam, stwierdziłam, że teraz widzę w HD.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *