Ten o niedzieli, której nie było…

Ten o niedzieli, której nie było…

To nie będzie przyjemny tekst. Nie obejdzie się bez przykrych słów, no ale tak to już bywa kiedy budzisz się na kacu w niedzielny „poranek” i błagasz, żeby ktoś się nad Tobą zlitował i najzwyczajniej w świecie zabił. Przynajmniej skróciłby Twoje męki. Gorzej jeśli nie masz akurat nikogo pod ręką, a jakby tego jeszcze było mało uświadamiasz sobie, że tabletki przeciwbólowe były właśnie tym co miałeś na myśli, gdy po wczorajszych zakupach siedziało Ci w głowie pytanie: Czy ja nie miałem jeszcze czegoś kupić?

Pierwszy przebłysk niedzieli. Nie otwieram jeszcze oczu, choć wydaje mi się, że chyba już nie śpię i wszystko wskazuje na to, że obudziłem się na dnie piekła. Tak, to zdecydowanie musi być piekło bo ból przeszywający głowę jest na tyle nieludzki, że to nie może się dziać ani na Ziemi, ani w niebie; umarłem i trafiłem do piekła – to jedyne logiczne wytłumaczenie.

Powoli podnoszę powieki i gdyby miały one zawiasy to zaczęłyby właśnie skrzypieć, jak te u drzwi w starych domach. Łeb mi zaraz rozsadzi; susza w gębie taka, że nie czuję języka. Kiedy dochodzi do mnie, że to się chyba dzieje naprawdę, pomysł ze śmiercią i piekłem wydaje się być najpiękniejszym z marzeń. Nawet nie chcę wiedzieć, która jest godzina. Zresztą, żeby to sprawdzić musiałby sięgnąć po telefon, a jakoś nie sądzę bym w najbliższej przyszłości był w stanie ruszyć ręką. Nie ma takiej opcji.

Znów zamykam oczy wmawiając sobie, że może jeszcze zasnę, choć dobrze wiem, że to pobożne życzenie. Jakiś kwadrans później (chociaż równie dobrze mogła minąć godzina albo dwie), podejmuję pierwszą męską decyzję tego dnia: Wstanę, pójdę do kuchni po szklankę wody, poszukam jakiejś tabletki i uratuje jeszcze tę niedzielę. Dam radę! – myślę sobie.

Po kolejnym kwadransie (godzinie? dwóch?) delikatnie próbuję przewrócić się na drugi bok. Może jakimś cudem uda mi się podeprzeć na łokciu? – niespodziewanie tryskam optymizmem – później już tylko drugi łokieć i kto wie, kto wie, być może zaliczę pierwszy dziś, warty odnotowania sukces. Zaskakująco plan wypala w stu procentach i to za pierwszym razem (!), a mnie rozpiera duma.

Drogę do kuchni wyznaczają mi efektownie porozrzucane spodnie, skarpety, koszulka i bluza; najwyraźniej ta sama trasa była ostatnią przed padnięciem na łóżko. Pierwszą szklankę wody wypijam zachłannie i pospiesznie, zupełnie jakbym odbył właśnie wielokilometrowy spacer po rozgrzanych piaskach afrykańskiej pustyni. Jest tak pyszna i tak… mokra!! Mmmm, palce lizać! Nektar Bogów (tych co siedzieli swego czasu na Olimpie) musiał smakować jak szczyny w porównaniu z kranówką, którą wychłeptałem; nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

Kiedy okazuje się, że rzeczywiście nie posiadam w domu ani jednej tabletki przeciwbólowej, zaczynam wpadać w panikę. Co teraz? Co teraz? – pytam sam siebie, totalnie zdesperowany. Mam wyjść do sklepu i kupić? Mam wyjść do ludzi? Jakoś tego nie widzę, bo podstawą takiego planu byłoby ubranie się, umycie zębów itd., czyli generalnie wykonanie większej liczby ruchów, a póki co ledwo stoję przy zlewie siorbiąc trzecią szklankę życiodajnej kranówy.

Jak to jednak mówią: Do odważnych świat należy! Nie mam pojęcia jak tego dokonałem, ale – o dziwo – udało mi się opłukać ryj, umyć zęby i jako tako ogarnąć. Przed samym wyjściem komplementuję w myślach zakup adidasów na rzepy. Znajomi śmiali się, że wybrałem buty jak dla 2- latka, ale prawda jest taka, że wiązanie sznurowadeł w obecnym stanie prawdopodobnie zakończyłoby się katastrofą. No, i kto się śmieje ostatni?

Wychodzę na dwór. Huczy mi w uszach, a łeb zaraz eksploduje. Jest niedziela, czyli prawie wszystkie sklepy w okolicy pozamykane; jedyne dwie opcje to osiedlowy warzywniak i pobliska Żabka. Jednak z tego co pamiętam w warzywniaku nie mają przeciwbólowych, tak więc kierunek Żabka. Na myśl o jedzeniu flaki przewracają mi się na drugą stronę, ale w sumie pewnie dobrym pomysłem byłoby rozbujać jakoś żołądek. Postanawiam, że kupię jeszcze tego znanego z telewizyjnych reklam hot-doga za trzy zeta, co go niby podają z parówką Morliny i keczupem Heinz.

„O kurwa!”, wyrywa mi się bezwiednie po przekroczeniu progu otwartej zawsze sieciówki. Kolejka do kasy taka, że zaczynam się zastanawiać, czy obchodzimy dziś w tej naszej Polandii jakieś święto, o którym nie wiem. A może przespałem 9 miesięcy i mamy Nowy Rok? Sprawdzam ekran telefonu i kurcze – szok (!) – nadal marzec i to tego samego roku, który pamiętam jako bieżący. No więc, ani Nowy Rok, ani (prawdopodobnie) żadne święto. Promocję na Lays’y zrobili, czy co? Zresztą nieważne, bo tak czy srak muszę kupić te tabletki; oddałbym za nie obie nerki.

Nie potrzebuję żadnych wymyślnych zakupów, jedynie pyszny Ibupromik i tego hot-doga za trzy złocisze, dlatego bez zbędnego latania między półkami od razu ładuję się na koniec kolejki; jestem mniej więcej dwudziesty. I tak mija sobie minuta, druga, trzecia, szósta, a ja stoję wciąż w tym samym miejscu. Co tam się, kurwa, dzieje przy tej kasie? Jak na złość przede mną stanęło dwóch kumpli, albo sąsiadów. Kanapowi kibole rozprawiający o wczorajszych meczach polskiej Ekstraklasy. Pomijając już fakt, że najcichszy szept rozerwałby mi bębenki, a Ci oczywiście drą mordy, żywiołowo przy tym gestykulując, zastanawia mnie jedno – kto normalny ogląda polską Ekstraklasę piłki nożnej? Toż to trzeba być skrajnym masochistą! Ja – dla przykładu – gdybym chciał obejrzeć kolesi kopiących się po głowach to bym se kickboxing na Youtubie odpalił. Ludzie, do jasnej cholery, szanujcie się! O polskiej piłce gadają, nie, no padnę tu zaraz. Zaczynam wątpić w ten świat.

Dwadzieścia minut później jestem już na tyle blisko kasy, że widzę nawet panią za ladą, ale nie jestem pewien, czy nie zdążę sobie jeszcze umrzeć zanim się z nią przywitam. Chwilę wcześniej koleś, od którego waliło wódą na kilometr (choć w obecnym stanie nie mnie oceniać) zapytał czy może wymienić butelki po piwie. Mógł. No to wymienił… piętnaście… wyciągając je z torby pojedynczo. Mało mnie szlag nie trafił. Po nim babka, która narobiła zakupów jakby się wojna zbliżała. W NIEDZIELĘ! W ŻABCE! Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Od Ibupromu i hot-doga dzielili mnie już tylko dwaj pasjonaci karate na zielonej murawie. I wtedy się zaczęło.

Nie wiem, może się nie znam, może się mylę, ale czasem to aż ręce opadają na zderzenie z ludzką głupotą i uporem. Facet kładzie na ladzie mrożoną pizzę Giuseppe. Jedną. Babka kasuje, a ten nagle z ryjem, że ile ta pizza kosztuje. Pani grzecznie odpowiada, że 8 z hakiem. Stachu (tak go sobie nazwałem) oburzony, bo w reklamie, w telewizji jest, że 12 złotych za dwie, no więc, kurwa, jakie 8 z hakiem jak powinien zapłacić 6! Babka nadal ze stoickim spokojem tłumaczy, że rzeczywiście 12 za dwie, ale to trzeba wziąć te dwie. Ten, że ni chuja, nie da się wyrolować – on nie chce dwóch tylko jedną, bo co miałby z tą drugą zrobić. Ja osobiście pewnie bym ją wrzucił do zamrażalnika, ale nie będę się tam wymądrzał. Zresztą nie mam siły otworzyć ust.

– Musi pan wziąć dwie, żeby było za 12.
– Dlaczego?
– Bo taką mamy promocję.
– W dupie mam taką promocję, ja chcę jedną pizzę za 6!
I tak kolejne kilka minut. No farsa normalnie.

Mija cała wieczność, ale w końcu dziad przede mną pakuje się do reklamówki, wlewając w me serce nadzieję na uratowanie niedzieli. Przyszedł czas na mnie! Zaczyna się tradycyjnie, od wymiany grzecznościowego „Dzień dobry”, a potem dostaję obuchem w łeb.
– Poproszę Ibuprom.
– Niestety, nie ma.
– (O fuck) To Ibum.
– Też nie ma.
Zaraz się rozpłaczę przy tej kasie.
– A cokolwiek z przeciwbólowych jest?
– Apap.

Apap???!!! Apap???!!! Coś we mnie pęka, za chwilę wybuchnę śmiechem. Ktoś w ogóle kupuje Apap? Równie dobrze mogę kupić pudełko tic-taców, paczkę Mentosów, albo po prostu zlizać tynk ze ściany; efekt będzie ten sam. Apap to można dziecku podać, wkręcając mu, że pomoże. Chociaż wiadomo, że nie pomoże, bo nie ma bardziej gównianych tabletek przeciwbólowych.
– To poproszę (no bo co mam zrobić?).
– Coś jeszcze dla pana?
– Tak, hot-dog.
– Przykro mi, ale bułki dopiero co wyciągnęłam i muszą się rozmrozić, także to jeszcze jakieś pół godziny.

Wychodzę z Żabki zniesmaczony i łykam na sucho dwa Apapy, które – jak dobrze wiem – absolutnie nie wpłyną na moje samopoczucie. Ta niedziela jest stracona, wyrwana z życiorysu; to dzień, którego nie było. Drepcząc w stronę domu jak – nie przymierzając – z krzyża zdjęty, doznaję olśnienia. Wiem, że gdy tylko wrócę, od razu zmieniam nazwę bloga. Nie mam zamiaru oszukiwać ludzi pisząc pod szyldem PisanePoPijaku, a postanowiłem przed chwilą, że NIGDY już nie tknę alkoholu! Nawet łyka piwa! Wiem, obiecywałem to sobie już jakieś pińćset razy, jednak tym razem na pewno dotrzymam słowa!


Fot.: instagram.com/pisanepopijaku/

To też może Ci się spodobać:

17 komentarzy

  1. Nawet nie wiem, jak skomentować ten wpis 🙂 No cóż, jak to mówią na Kujawach białych, nieszczęścia chodzą parami, więc zupełnie nie dziwi mnie ani kolejka w sklepie, ani brak ibupromu, ani rozmrożonych bułek w sklepie – „ogólnie mówiąc – live is brutal” jak śpiewa Lady Pank :). Swoją drogą, z jakiej okazji była ta balanga?

  2. Współczuję takiego przeżywania „dnia po”. Jakoś mam to szczęście, że nie miewam kaca. Jakoś tak po prostu. Mogę się czuć słabiej, niewyspany, albo zmęczony, ale omija mnie na szczęście kwestia bólu głowy. To i dobrze i źle 🙂

  3. Biedny Ty, trzeba było tyle pić?! 😀 haha
    Też mnie zawsze irytowało, gdy spieszyłam się a nagle ktoś przede mną stwarzał jakieś problemy, coś reklamował lub wymieniał butelki. Dzieki Bogu w Niemczech mamy od tego specjalne automaty…. i kasę niezłą 😀

    dobrze, że przeżyłeś!

  4. Nie wiem ile trzeba wypić, żeby cierpieć takie katusze, beczkę piwa? 😀 Na szczęście nigdy nie przeżywałam takiego stanu. Podobno mocna kawa i ciepła kąpiel pomaga;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *