Ten o „Jestem najlepsza. Ja, Tonya” [recenzja]

Ten o „Jestem najlepsza. Ja, Tonya” [recenzja]

Światła jupiterów, uśmiech po wręczeniu upragnionego, wywalczonego ciężką pracą, okupionego litrami potu złotego medalu lub piękny puchar wznoszony w geście tryumfu. Publiczność skandująca jedno, jedyne nazwisko oraz łzy wzruszenia i dumy spływające po policzkach członków rodziny. Wszystko to okraszone nostalgiczną (lub energetyczną) piosenką w tle. Tak oto, mniej więcej, prezentuje się finałowa scena większości przeniesionych na duży ekran historii życia popularnych sportowców. Zważywszy jednak na fakt, iż Jestem najlepsza. Ja, Tonya to opowieść o jednej z najbardziej znienawidzonych przez opinię publiczną atletek, jakie kiedykolwiek stąpały po Ziemi, zarówno historia ta, jak i sam film, nie miały prawa zakończyć się w sposób klasyczny. Przeszło dwie dekady temu była najbardziej rozpoznawalną zawodniczką uprawianej przez siebie dyscypliny, tymczasem za sprawą najnowszego dzieła Craiga Gillespiego, to właśnie ona spowoduje, że kojarzące się laikowi z tiulem, klasą, gracją i szykiem łyżwiarstwo figurowe nabierze ostrzejszych rysów. O kim mowa? O Tonyi Harding, czarnym łabędziu świata sportu.

Zacząć wypadałoby od stwierdzenia, iż urodzona 12 listopada 1970 roku w Portland, w stanie Oregon, Tonya nigdy nie miała lekko. Brata śmiertelnie potrącił samochód, ojca pokonały problemy zdrowotne, natomiast apodyktyczna, lubująca się w psychicznej jak i fizycznej przemocy matka, nie dawała dziewczynie chwili wytchnienia. W domu, najdelikatniej mówiąc, nigdy się nie przelewało, a rodzina ledwo wiązała koniec z końcem. Odskocznią okazał się sport, a konkretnie łyżwy i jazda figurowa. Dzięki setkom przepełnionych wytężoną pracą na lodowisku godzin, a także dość atletycznej budowie ciała młoda zawodniczka bez problemu wygrywała kolejne zawody, nawet pomimo negatywnego nastawienia odgrywających kluczową rolę w tej konkretnej dyscyplinie sędziów, którym – przez swój sposób bycia oraz status społeczny – Harding nie pasowała do roli ikony łyżwiarstwa.

Świetny materiał na inspirujący film, prawda? Na historię, która musi zakończyć się happy endem. I właśnie wtedy być może los lub (co bardziej prawdopodobne) sama Tonya przewróciła pierwszą kostkę domina. Presja ze strony matki oraz życiowego partnera, seria naprawdę głupich decyzji i lekkomyślność spowodowały obniżkę formy (choć nadal uważana była za światową czołówkę). Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Punkt kulminacyjny, dla którego o Harding stało się głośno nie tylko ze względu na wyniki sportowe, ma nawet swoją datę – szósty stycznia 1994 roku, dzień przed finałami krajowych mistrzostw Stanów Zjednoczonych.

Filmik powyżej to realny zapis części zdarzeń; przedstawiający ostatni przed zawodami trening niejakiej Nancy Kerrigan – utalentowanej, młodziutkiej nadziei Amerykanów na olimpijski medal podczas mających odbyć się za kilka miesięcy Igrzysk w Lillehammer. Warto również dodać, że Kerrigan to zarazem (co chyba oczywiste) największa rywalka Tonyi Harding. Reszty prawdziwej historii opisywał nie będę, mając nadzieję, że nikt nie ma mi za złe poprzedniego akapitu i spoilerowania. Cała historia ponad 20 lat temu wywołała prawdziwą burzę, a łyżwiarstwu figurowemu nigdy wcześniej i nigdy później nie poświęcano w mediach tyle czasu. Uspakajam jednak – wszystkie powyższe słowa to dopiero wierzchołek góry lodowej, o której opowiada Jestem najlepsza. Ja, Tonya, obraz wart poświęcenia mu czasu.

Pierwszym, co rzuca się w oczy, jest specyficzny sposób narracji. Wydarzenia pokazywane są w „czasie realnym”, czyli „normalnie” obrazują życie głównej bohaterki, jednak przeplecione zostają „nagrywanymi po latach” (jakby współcześnie) wywiadami z kolejnymi pojawiającymi się na ekranie postaciami komentującymi poszczególne sytuacje z życia Harding, w czym prym wiedzie… sama główna zainteresowana. Zabieg ten nierzadko wprowadza do filmu elementy humorystyczne (uwierzcie, docenicie Margot Robbie!), cechuje go jednak spora stronniczość, o czym zresztą na samym początku informuje nas sama bohaterka.

Zostańmy zresztą przy humorze, ponieważ okazuje się, że udało się znanemu przede wszystkim z debiutanckiej Miłości Larsa, australijskiemu twórcy sprawić, iż tak – co by nie mówić – dramatyczna historia wielokrotnie wywołuje salwy śmiechu (lub przynajmniej nieśmiały uśmieszek pod nosem) i wbrew pozorom jest to tej opowieści niekwestionowany atut! Żeby jednak była jasność – mrugnięcie okiem do widza nie przesłania dramatyzmu życia Amerykanki, a jedynie dodaje opowieści przyjemnego smaczku.

Pozytywów wymienić można oczywiście więcej i zaliczyć w ich poczet między innymi ścieżkę dźwiękową, co zresztą nie powinno chyba dziwić nikogo zważywszy na rolę, jaką w łyżwiarstwie figurowym odgrywa muzyka. Kolejną kwestią godną wyróżnienia jest żywiołowość obrazu Gillespiego. Montaż, specyfika scenariusza oraz rzecz jasna aktorstwo – wszystko to składa się na fakt, iż I, Tonya (tytuł oryginalny; przy okazji pozdrowienia dla tłumacza polskiego tytułu, naprawdę „świetna” robota!) ogląda się z niekłamaną, niepozwalającą na chwilę nudy przyjemnością! Jakby jednak na to nie spojrzeć, największym walorem historii „Tej Złej” łyżwiarstwa są kreacje aktorskie dwóch pań, które zasługują w niniejszym tekście na osobny akapit równie mocno jak zasłużyły na Oscarowe nominacje.

Margot Robbie, kojarzona przede wszystkim z ról seksownych blondynek (żona Leonardo DiCaprio w Wilku z Wall Street czy też Harley Quinn z Legionu samobójców) wreszcie przełamuje stereotyp i odrywając łatkę seksbomby (w filmie pokazana jest albo jako kiczowata dziewuszka z lat 90., albo jako pełna sarkazmu, zniesmaczona życiem kobieta po przejściach) kreuje rolę życia (przynajmniej na ten moment kariery), udowadniając, że niekoniecznie dostała się do Hollywood dzięki urodzie. Jest naprawdę świetna, autentyczna, wiarygodna! I o ile już jako młodsza, znana z lodowisk wersja Tonyi Harding spisuje się znakomicie, prawdziwy popis daje w „wywiadach” przeprowadzanych po latach. Trafne komentarze, sarkastyczny dowcip i cała poza pt.: „Byłam najlepsza, spieprzyłam, wal się świecie” rozbrajają (komentarz dotyczący medalu Nancy Kerrigan to prawdziwa perełka!)! Wielkie, naprawdę wielkie brawa należą się pani Robbie, za iście kapitalny występ. Czy jednak występ ten nagrodzony zostanie pożądaną przez aktorów statuetką? Prawdopodobnie nie, a to ze względu na fakt, iż nagroda ta chyba już dawno przyznana została Frances McDormand za rolę w Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, że o obecności Meryl Streep wśród nominowanych pań nie wspomnę.

Inaczej rzecz ma się z wcielającą się w LaVonę Golden, matkę Tonyi, Allison Janney (Służace, Juno, Mamuśki). I tu, choć z nominowanych za Najlepszą Aktorkę Drugoplanową, miałem przyjemność obejrzeć „w akcji” zaledwie trzy panie, śmiem obstawiać, że Janney to zdecydowana faworytka kategorii, zwłaszcza biorąc pod uwagę odebrany już Złoty Glob oraz nagrodę BAFTA za omawianą tu kreację właśnie. Docenić należy przede wszystkim ogromną metamorfozę aktorki kojarzonej raczej z pozytywnymi rolami oraz uśmiechem na twarzy. W Jestem najlepsza. Ja, Tonya doświadczona Amerykanka zmienia się nie do poznania! Matki, jaką jest dla głównej bohaterki, nikt nie chciałby mieć. Upokarza córkę słownie, nie szczędzi jej również przemocy czysto fizycznej. Traktując młodą Tonyę jako urzeczywistnienie własnych niespełnionych ambicji oraz bilet do lepszej przyszłości, wyrządza dziewczynie największą krzywdę, a co najgorsze – nie ma w niej nawet grama skruchy czy poczucia winy.

Podsumowując więc, o ile Oscarowe szanse Margot Robbie oceniać należy ostrożnie, o tyle Allison Janney prawdopodobnie powinna się postarać o naprawdę wystrzałową kieckę podczas Oscarowej gali, ponieważ jej zdjęcia ze statuetką w dłoni obiegną wkrótce cały świat.

Sporo było o plusach, wypadałoby więc wypunktować również wady omawianej produkcji. Prawda jest jednak taka, że choć I, Tonya nie zostanie filmem roku, to przyczepić można się właściwie tylko jednego – stronniczości. I nie mówię tu o pochwalonych wcześniej komentarzach poszczególnych bohaterów, a o wydźwięku całego filmu.

INSPIROWANY PRAWDZIWYMI WYDARZENIAMI, głosi napis na plakacie promującym, i generalnie wszystko jest ok, może poza próbami „wybielenia” Harding. Jeśli ktoś nie zna prawdziwej historii, nie będzie to dla niego przeszkodą i ja sam nie będę się teraz zgrywał na znawcę łyżwiarstwa figurowego, którym w żadnym wypadku nie jestem, jednak po to mamy Internet, by o wszystkim móc się dowiedzieć. Obraz Tonyi Harding w odbiorze fana łyżwiarstwa czy zwykłego, przeciętnego człowieka, który interesował się – czy samą sprawą z 1994 roku, czy też wszystkim, co wydarzyło się później (w tym sprzeczne i kontrowersyjne zeznania oraz zachowania samej zawodniczki) najdelikatniej mówiąc, nie jest pozytywny. Bądźmy szczerzy – aniołem nie była. I oczywiście sam film nie wychwala łyżwiarki pod niebiosa, co to, to nie, jednak mimo wzystko przedstawia jej osobę w nieco jaśniejszym świetle niż prawdopodobnie na to zasługuje.

Summa summarum, mówiąc najprościej jak się da: to jest naprawdę dobry film! Mariaż poniekąd dokumentu, filmu sportowego, dramatu i komedii wyszedł tu zaskakująco udanie! Jest przy czym parsknąć śmiechem, zdrowo zdenerwować (głównie na postawę matki), jest przy czym się wzruszyć, a wszystko to podane zostało w niezwykle żywiołowej, energetycznej formie, od której nie sposób oderwać wzroku i nie wciągnąć się w nią. Do tego dwie może nie „wybitne” aczkolwiek zasługujące na uznanie kreacje aktorskie i specyficzne podejście do tematu. Historia Tonyi Harding, jakkolwiek by jej nie oceniać – a wszyscy wiemy, ze oceniać jest najłatwiej – to historia zagubionej, pokrzywdzonej przez najbliższych jednostki, która chcąc odnaleźć swoje miejsce w świecie, dokonuje po prostu złych wyborów, choć – rzecz jasna – nie wszystko da się usprawiedliwić. Najnowsze dzieło Craiga Gillespiego to obraz pełen sprzeczności i ogromu emocji, pokazujący, że nawet niesportowemu sportowcowi możemy zawdzięczać dwie godziny kinematograficznej uciechy i żadna minuta nie wyda się czasem straconym.

Ocena: 7,5/10


To też może Ci się spodobać:

8 komentarzy

  1. Odkąd obejrzałam zwiastun filmu, stwierdziłam, że muszę go obejrzeć. Uwielbiam biografie właśnie w takim klimacie. Świetna recenzja!

  2. Zapowiada się bardzo intrugująco! Jakoś wcześniej nie słyszałam o tej produkcji.

  3. Do kina wprawdzie nie chodzę, ale uwielbiam czytać recenzje (żeby być „na bieżąco”). Ta recenzja jest po prostu świetna! Pozdrawiam serdecznie

  4. Zachecajaca recenzjw a zwiastun tez mega ciekawy 🙂

  5. Długo zastanawiałam się, czy warto obejrzeć ten film, bo widziałam różne opinie na jego temat, jednak tą recenzją mnie przekonałaś 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *