Ten o „Muzie” Jessie Burton [recenzja]

Ten o „Muzie” Jessie Burton [recenzja]

Jej wydana niespełna trzy lata temu powieść przeszła do historii Targów Książki w Londynie, zdobywając przy okazji miano jednego z najgłośniejszych literackich debiutów ostatnich lat. Całkiem nieźle jak na trzydziestolatkę. O kim mowa? O Jessie Burton i jej Miniaturzystce, która przetłumaczona na kilkadziesiąt języków, podbiła niedawno cały świat. Nietrudno się więc domyślić, jak ogromna presja ciążyła na autorce i jak wielkie były oczekiwania względem Muzy – kolejnego dzieła młodej Brytyjki. Co tu dużo mówić, określenie „dzieło” jest tu jak najbardziej na miejscu, ponieważ najnowsza powieść pióra Jessie Burton oczarowuje pięknem języka, stylu i, nazwijmy to – „poczuciem estetyki”. Wciąga i hipnotyzuje. Jako że nie miałem przyjemności zapoznać się z Miniaturzystką, nie jestem w stanie porównać do niej omawianej teraz książki, wiem jednak, że rozpocząłem Nowy Rok lekturą, która za 12 miesięcy z pewnością znajdzie się w gronie najlepszych, jakie w tym właśnie czasie trafiły w moje ręce.

Londyn, rok 1967…

Odelle Bastien to obdarzona literackim talentem imigrantka z Trynidadu, która – wychowana na audycjach radiowych BBC – całe życie wierzyła w to, że Londyn to światowa stolica kultury, której ulicami przechadzają się dystyngowani dżentelmeni oraz damy rodem z ckliwych powieści. Odelle wierzyła, że stolica Wielkiej Brytanii to kraina, w której spełniają się marzenia. Okazuje się jednak, że życie czarnoskórej dziewczyny w wielkiej metropolii w latach 60. ubiegłego wieku nie jest usłane różami. Mimo to, po kilku latach pracy w sklepie obuwniczym, szczęście uśmiecha się do Delly – zostaje zatrudniona jako maszynistka w renomowanej galerii sztuki Instytutu Skeltona. Los sprawia, że w tym samym czasie poznaje na przyjęciu przystojnego chłopaka, który niedługo później pojawia się w galerii z tajemniczym obrazem wiszącym w jego rodzinnym domu „od zawsze”. Tak się też składa, że malunek przestawiający lwa oraz dwie kobiety, z których każda trzyma odciętą głowę siostry, jest uznanym za zaginione dziełem hiszpańskiego artysty Izaaka Roblesa.

Arazuelo (Hiszpania), rok 1936…

Podróżujący po świecie marszand Harold Schloss postanawia wraz urodziwą żoną Sarą oraz uzdolnioną artystycznie córką Oliwią osiąść na jakiś czas w słonecznej Andaluzji. Wielką posiadłość i nowych sąsiadów już pierwszego dnia odwiedzają Teresa oraz Izaak, rodzeństwo, które chętnie pomoże nowo przybyłym tak w aklimatyzacji, jak i codziennych pracach domowych. Dość szybko okazuje się, że każdy skrywa jakieś sekrety: Izaak wyczuwa w powietrzu niebezpieczeństwo wojny i chce czynnie wspomóc lokalną społeczność, zdystansowana Teresa nie wie, co to miłość, nikt dotychczas nie okazał jej życzliwości. Sara cierpi na depresję, Oliwia zataiła list zapewniający jej miejsce w prestiżowej szkole, Harold z kolei coraz częściej wybywa z domu w sprawach zawodowych. Równie prędko wychodzi na jaw, że Izaak jest również pasjonatem malarstwa i chętnie pokazałby któreś ze swoich dzieł Haroldowi, by ten zerknął na nie fachowym okiem.

Jak więc widać, akcja prowadzona jest dwutorowo i jak można zapewne przewidzieć, losy wszystkich bohaterów tej powieści zostaną w pewien sposób połączone dzięki płótnu z lwem i siostrami. Trzeba przyznać, że zabieg ten w połączeniu z zupełnie innym w obu historiach sposobem narracji to strzał w dziesiątkę niepozwalający na chwilę nudy! Z jednej strony zmagająca się z problemem rasizmu, poznająca znaczenie słowa „miłość”, walcząca o lepsze jutro Odelle, która pragnie poznać prawdę o tajemniczym malowidle oraz pomóc swojej chlebodawczyni – pannie Quick. Z drugiej Hiszpania na skraju wojny domowej ukazana z perspektywy rdzennych mieszkańców małej wioski oraz bogatych obcokrajowców przebywających w tym czasie na terenie kraju. No i tu dochodzimy do kolejnej zalety Muzy – kreacji poszczególnych bohaterów.

W zasadzie każda postać żeńska występująca w tej książce zasługuje na osobny akapit. Nie wiem nawet, którą wypadałoby pochwalić jako pierwszą. Nieśmiałą, ale pracowitą Delly? Utalentowaną Oliwię? Zagubioną Teresę? Wnikliwą i dojrzałą Quick? Naprawdę trudno wybrać! A może na największe wyróżnienie zasługuje Izaak? Nie wiem, nie wiem, nie wiem, a to dlatego że każde z nich jest kolejnym elementem składowym niezwykle pięknego i przejmującego obrazu kreślonego przez Jessie Burton. Swoją drogą, powyższe słowa to nie przypadek, chociażby z uwagi na fakt, że wszyscy bohaterowie omawianej właśnie powieści cenią sobie sztukę i to taką przez duże „Sz”.

Wszystkie wymienione powyżej zalety skłaniają do sięgnięcia po Muzę, jednak cóż w tym nowego? Czym tu się zachwycać? – mógłby ktoś spytać. Przecież napisanie rozbudowanej powieści z dwiema liniami czasowymi i ciekawymi bohaterami nie zdarza się po raz pierwszy. Ba, nie zdarza się wcale rzadko. W tym momencie dochodzimy do najważniejszej różnicy oraz tego, czym mnie zachwyciła pisarka z Wysp. Na czym różnica ta polega? Ano na tym, że Jessie Burton nie pisze, ona maluje słowem!

Jak wspomniałem wcześniej, nie udało mi się do tej pory przeczytać Miniaturzystki, do sięgnięcia po Muzę przekonała mnie popularność nazwiska autorki. Zamówiłem więc książkę poniekąd w ciemno i przyznam, że trochę zwątpiłem, kiedy zapoznałem się z okładkowym opisem. Malarstwo? Obrazy? Wojna domowa w Hiszpanii? Mówiąc najdelikatniej: nie są to pasjonujące mnie tematy. Mało tego, okazało się, że powieść rzeczywiście przepełniona jest kwiecistymi opisami kolejnych dzieł malarstwa (jak i związanych z nimi przemyśleń bohaterów); sztuka wypływa z każdej kolejnej strony Muzy. Tym większe więc moje zdumienie, gdy okazało się, że dałem się porwać zarówno samej treści, jak i literackim umiejętnościom pani Burton! Przepełnione emocjami historie w historii stworzone przez Brytyjkę ujęły mnie tak mocno, że po raz pierwszy od czasu zapoznania się z twórczością Johna Irvinga sprawdziłem życiorys oraz plany wydawnicze autora książki, którą czytam!

Czy Muza posiada wady? Według mnie nie, choć muszę przyznać, że zakończenie mogłoby być bardziej zaskakujące czy porywające. Inna sprawa, że to nie na twisty fabularne stawia od początku Brytyjka, nie one są siłą tej powieści (choć niektórych mogą zaskoczyć). Drugą kwestią jest sam styl, nad którym ja osobiście się rozpływam. Zdaję sobie bowiem sprawę, że nie każdego musi on zachwycić. Każdy kto liczy na wartką akcję, trafił pod zły adres, każdy kto liczył na wstrząsające zwroty akcji, również trafił pod zły adres. Wszyscy, którzy liczą na tego typu lekturę uznają, że w Muzie „nic się nie dzieje”, że gdyby w skrócie opisać wydarzenia, to można by całość skrócić o jakieś 300 stron. Naprawdę wiem, że i tak można Muzę odebrać, jednak z mojego punktu widzenia kolejne 300 stron do tego, co już mamy, nie zaszkodziłoby nic a nic, wręcz przeciwnie!

Co tu więcej dodawać? Muza to wielowątkowa, pięknie napisana powieść, która piorunujące wrażenie zrobiła nawet na kimś takim jak ja, kimś, kto zazwyczaj unika literatury robiącej wrażenie – mówiąc kolokwialnie – „ą, ę”. Nie ma jednak w tej książce zbędnego nadęcia, nie ma nachalności ani przesady. Nie ma tu górnolotnych, ale nieniosących nic dla czytelnika słów; wszystko jest idealnie wyważone i niezwykle przystępne. Muza nie zostanie pewnie nigdy uznana za dzieło wielce wybitne, mnie jednak oczarowała na każdej płaszczyźnie, a co za tym idzie bardzo, bardzo gorąco POLECAM lekturę drugiej powieści autorstwa Jessie Burton.

Dzieło sztuki odnosi sukces tylko wówczas, gdy jego twórca ma wiarę, która powołuje je do istnienia


Recenzja ukazała się pierwotnie na stronie www.gloskultury.pl

To też może Ci się spodobać:

5 komentarzy

  1. Gdy pierwszy raz zobaczyłam tę książkę to, tak naprawdę, moją uwagę przyciągnęła przepiękna okładka. Magiczna, jak z bajki. „Muzę” muszę przeczytać i na pewno zrobię to w niedalekiej przyszłości. Bardzo ciekawa recenzja!

  2. Bardzo zachęcająca recenzja. Choć nie lubię takiego typu książek to powie szczerze,że mnie zachęciła ogromnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *