Ten o jeansach Seleny Gomez…

Ten o jeansach Seleny Gomez…

„Zdradliwa wena, raz jest, raz jej nie ma.
Choć pot stępuje na czoło jak morena
Zżera mnie trema, myślę o tym o czym nie powinienem,
W tym momencie, chyba się przekręcę.
Coraz goręcej i pióro drży w ręce,
Rozpoczęte dzieło i coś się zacięło”.*

Praca Cię wkurwia, dzień w dzień to samo. Szaro, buro i nijako. Wstajesz, żeby odbębnić swoje – jesz śniadanie, idziesz do roboty, wracasz, blablabla i spać, choć od dwóch tygodni nie przespałeś więcej niż 3 godziny. Następnego dnia powtórka. I tak odliczasz minuty do momentu gdy zasypią piachem wieko łóżeczka z drewna. Rano łykasz tabletki na nadciśnienie, bo jak przekonałeś się niedawno – kiedy raz ich nie weźmiesz to popierdoli Ci się we łbie tak, że padniesz na kuchennej podłodze nie mogąc ruszyć najmniejszym z palców. Co najgorsze: uświadamiasz sobie, że wolisz już paść w tej kuchni niż dać się zabić rutynie. Non stop to samo, a różnicę stanowi jedynie to, czy w osiedlowym sklepie mięsnym weźmiesz – jak zawsze – sajgonkę, kiełbasę z pieca i bułkę, czy zaszalejesz i tym razem poprosisz o dwie sajgonki.

 

Jedyną opcją kiedy wyrywasz się ze schematu jest moment kiedy piszesz. Od lat pisałeś durne posty na Facebooku i nagle znajomi namawiają Cię do założenia bloga. „Ha-ha-ha”, piszą. Myślą, że taki z Ciebie śmieszek nie wiedząc, że tak naprawdę to kurewsko smętny z Ciebie gość, a smutek to Twój najlepszy przyjaciel. W dupie masz „carpe diem”. Nie znają Cię. Nikt Cię nie zna, bo sam siebie nie znasz. „Ale super tekst” – piszą. A Ty pukasz się w głowę, bo nie czujesz, że robisz to dobrze. Daje Ci to fun, niby umiesz skleić zdanie, ale w Twoich oczach brzmi to żenująco. No, ale piszesz, bo choć sam w siebie nie wierzysz, wiesz, że kiedy stukasz w klawiaturę, czujesz się lepiej niż gówno.

 

Założyłeś bloga, niby fajnie, ale czytasz wszędzie, że pierwsze pół roku piszesz sam dla siebie, bo „przeciętny Kowalski” będzie miał gdzieś Twoje wypociny. Jak każdy bloger masz potrzebę bycia słyszanym, potrzebę podbicia świata. Dowiadujesz się, że aby odnieść sukces musisz publikować minimum 2 wpisy tygodniowo, choć widzisz, że masochiści dostarczają dwa dziennie. Próbujesz więc: jedna recenzja i jeden wpis tygodniowo. Ktoś przeczyta, ktoś polubi, wszystko fajnie do momentu kiedy nagle nie wiesz o czym pisać. Wpadasz w dół, który zamyka oczy. Nie widzisz historii w podgryzającym buty psie, nie czujesz, że kupa gołębia na Twoim rękawie to dobry materiał. Nie rozmawiasz ze znajomymi od miesiąca gapiąc się tępo w sufit całymi dniami i czekasz na natchnienie, które jak dobrze wiesz nie nadejdzie. Na myśl o tym gardzisz samym sobą, bo wiesz, że zły z Ciebie człowiek skoro olewasz tych, którym na Tobie zależy. Kiedyś dostrzegałeś historie w najprostszych codziennych czynnościach, dziś nie widzisz nic. Masz trzy zaległe recenzje, a ostatni dobry tekst wypociłeś miesiąc temu. W chlebaku pieczywo sprzed pięciu dni, którego nawet nie tknąłeś. Nie śpisz, nie jesz, dni mijają ot tak sobie. I wtedy odpalasz Youtube’a…

 

Selena wije się na podłodze w podartych jeansach szepcząc do ucha, żeby jej zaufać; szepcząc, że może mnie tam zabrać. Gdzie? Nie wiem, ale dam jej szansę. „Zaufaj, zaufaj, zaufaj” – prosi. Ufam Ci, bejb. Jest ode mnie młodsza o osiem lat, a już teraz jest jedną z pięciu najpopularniejszych person na Instagramie. No więc co mi szkodzi – ufam jej, choć nigdy bym nie przypuszczał, że zaufam Selenie Gomez. Kto to w ogóle, kurwa, jest? – pytam siebie. Wije się dziewczyna w tych jeansach, na których materiału mniej niż więcej. Poszarpane nogawki, wycięte miejsce na kolano. Nigdy nie załapie po kiego chuja ludzie kupują obszarpane spodnie skoro mogą kupić całe; być może jestem na to za stary.
Krople spod prysznica spływają jej po twarzy, a ona mówi, że jest tak cholernie dumna mogąc być moją. Oj Selenko, Ty to wiesz jak zadziałać na faceta.
Słucham tej młódki, sam nie wierząc, że to robię i nagle BACH – pomysł – napiszę tekst o tym, że nie wiem o czym mam pisać. Napiszę o jeansach Seleny Gomez, a później… co będzie to będzie. Najważniejsze, że mam punkt wyjściowy.
Selena szepcze, że chce wyglądać dobrze… dla mnie. Kurcze, zrobiło mi się miło. Szepcz dziewczyno, szepcz. Takiego szeptu potrzebuję.

 

Czasem tak jest, że nie wiesz co ze sobą zrobić. Z jednej strony pokazujesz światu środkowy palec, z drugiej – chcesz by ten świat się Toba zaopiekował, by zrozumiał, choć sam nie rozumiesz. I wtedy jak z nieba spada Ci kawałek, którego nie przypuszczałbyś, że kiedykolwiek odsłuchasz i właśnie on odblokowuje w Tobie to COŚ. Wiesz, że przy najbliższej wizycie przyjaciele po raz Nty zapytają czy przeczytałeś  te wszystkie książki, a Tobie będzie się rzucało na usta ironiczne: „Nie, to tak dla bajery”. Nie rozumieją. Nikt nie rozumie.  Wiesz, że zawsze będziesz sam ze swoim smutkiem i nigdy nie podbijesz świata, ale masz świadomość, że znów nadszedł moment, który daje Ci wytchnienie. Masz świadomość, że możesz choć przez chwilę poczuć się lepiej niż kawałek gówna i napisać coś takiego jak niniejszy tekst. A Ty weno? Raz jesteś, raz Cię nie ma, lecz to by Cię pobudzać to moja domena.

 

  • Kaliber 44 – „Wena”


Fot.: https://www.instagram.com/pisanepopijaku/

To też może Ci się spodobać:

3 komentarze

  1. Miałem takie dziwne uczucie – nie wiedziałem, czy autor pisał o sobie, czy o mnie.
    Dobry tekst – faktycznie jest tak, że im bardziej się człowiek napina, aby naszła go wena, aby przyszedł do głowy dobry pomysł – tym rzadziej jej lub go dostaje.

    Pozdrawiam 🙂

  2. „Nigdy nie załapie po kiego chuja ludzie kupują obszarpane spodnie skoro mogą kupić całe; być może jestem na to za stary.”

    Płacisz za dziury, resztę dostajesz gratis 🙂

    BTW. Selena Gomez – fajna nazwa dla samochodu, no nie? 😉

  3. Ach kiedyś nosiło się jeansy długo, aktywnie, aż sie robiły dziury. Starzy mieli hajs kupowali nowe, mieli mniej- była łata, nie mieli- byłeś nieświadomym grungowcem 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *