Ten o „HERE” Alicii Keys [recenzja]

Ten o „HERE” Alicii Keys [recenzja]

Prawie równe cztery lata kazała czekać na kolejny, szósty studyjny album jedna z najpopularniejszych wokalistek ostatnich kilkunastu lat, Alicia Keys. Wydany pod koniec października 2012 roku „Girl on fire” nie zachwycił ani krytyków, ani publiczności, a artystce zarzucano odejście w stronę najzwyklejszego popu. Minęło jednak 48 miesięcy, podczas których w życiu artystki trochę się działo – urodziła drugie dziecko, zasiadła w jury amerykańskiej edycji muzycznego show The Voice, a także „zszokowała” nieco świat pięknych i bogatych, deklarując kilka miesięcy temu, że na znak walki z uprzedmiotowieniem kobiet oraz tworzeniem społeczeństwa wymuszającego na płci pięknej bycie idealnym, postanawia zrezygnować z noszenia makijażu. Zdobywczyni 15 nagród Grammy (oraz 230 innych wyróżnień… przy 290 nominacjach!) powraca z krążkiem „HERE” i pomimo obaw związanych zarówno z poziomem poprzedniej płyty, jak i niespecjalnie zachęcającymi singlami promującymi najnowsze wydawnictwo, Keys wracając do korzeni oraz klimatów, w których czuje się najlepiej, daje nam jedną z najlepszych płyt w karierze.

Na początek, żeby była jasność, zacznę od tego, że jest to recenzja zdeklarowanego fana Alicii Keys, jednak nie fana ślepego na błędy. Tak więc na starcie mała prywata: Alicia Keys jest naprawdę fajną babką, zarabiającą grube miliony dolarów gwiazdą show-biznesu, o której wzmianek nie znajdziecie w bulwarowej prasie (no chyba że w związku z porzuceniem makijażu). Urodziła dwójkę dzieci wieloletniemu partnerowi, producentowi i raperowi Swizz Beatzowi, udziela się w tylu akcjach charytatywnych (zaangażowana m.in. w pomoc dotkniętym brakiem wody pitnej obszarom świata), że trudno je nawet wszystkie zliczyć. Cieszy się życiem rodzinnym, nagrywając w międzyczasie utwory na rzecz walki z biedą i wojnami (na pomoc w tych celach przeznaczony został dochód z singla „We Are Here”). Mówimy tu o kobiecie, która 15 lat temu będąc zwykłą rozśpiewaną dziewczyną w warkoczykach z ulic Nowego Jorku, ni stąd, ni zowąd wkroczyła w świat wielkiej muzyki i utrzymuje się na jego powierzchni już od półtorej dekady, nie robiąc skandali, i wbrew pozorom (zwłaszcza zważywszy na skalę popularności) nie wychyla się w żaden negatywny sposób. Alicia Keys po prostu tworzy muzykę.

Z muzyką tą jednak, choć w przeważającej większości pozytywnie, bywało różnie. I przypominam, że pisze to fan, dla którego ta konkretna artystka jest numerem jeden. Pierwsze dwa albumy – „Songs in a minor” oraz „The Diary of Alicia Keys” zawojowały świat i nie ma się czemu dziwić. Pojawia się nagle dziewczyna, która dzięki młodzieńczej pasji, szczerości i luzowi wnosi powiew świeżości do światowego r’n’b łamane na soul. Bujające, delikatne rytmy rodem z tych dzielnic Wielkiego Jabłka, do których wolelibyście się nie zapuścić po zmroku, w połączeniu z chwytliwymi balladami to znaki rozpoznawcze Keys. Było za co przyznawać te Grammy.

Trzecie „As I Am”, pomimo kilku singli z czołówek list przebojów, okazało się – w moim przynajmniej odczuciu – wpadką i niepotrzebnym odejściem w stronę tworzenia prostych hitów. Powstanie z popiołów nastąpiło wraz z „The Element of Freedom”, gdzie, choć nadal uderzając za bardzo w pop, udało się stworzyć coś ciekawego i dojrzałego (był to moment, w którym z dziewczyny w warkoczykach przeistoczyła się w kobietę, podczas gdy poprzedni krążek sprawiał wrażenie artystki, która mogłaby opisac się jako – że tak pozwolę sobie zacytować Britney Spears (Boże czy ja naprawdę cytuję Britney Spears?) – „I’m not a girl not yet a woman”. Gdzieś po drodze powstało kapitalne nagranie z serii MTV Unplugged, jednak cztery lata temu nastąpił kolejny mały cios w serca wielbicieli i delikatnie mówiąc nie najlepsze „Girl on fire”, z którego – będąc szczerym – tylko jeden utwór wart był znalezienia się na płycie kogoś takiego jak Alicia Keys. No i tutaj (wreszcie, co?) dochodzimy do „HERE”, tak więc Here comes „HERE”!

Zaczyna się tak, że aż zastanawiałem się, czy nie wsiadłem do jakiejś machiny czasu i nie cofnąłem się do 2001 roku. Już utrzymane w skromnym, „nowojorskim” stylu interludium – „The Beginning” zapowiada („I’m Nina Simone in the park and Harlem in the dark”), że ten album tak pod kątem muzyki, jak i treści, będzie czymś szczerym i bardziej prawdziwym niż produkowanie kolejnych, wylatujących szybko z głowy przebojów.

Ogólnie pierwsze cztery tracki na liście to taki trochę muzyczny Hitchcock pod tytułem „zacząć od trzęsienia ziemi i dawkować napięcie”. Zarówno drugie, „The Gospel”, jak i trzecie, „Pawn It All”, to kawałki brzmiące jak tworzone w trakcie, spędzonej z ziomkami z dzielnicy, późną porą, dobrej imprezy, na którymś z nowojorskich boisk do koszykówki. Czwarte („Elaine Brown”) czyli kolejny Interlude, jak każde następne (a jeszcze kilka ich będzie), to luźna gadka w rytmie podkładu z poprzedniego utworu poruszająca w zabawny sposób dość istotne kwestie. W tym konkretnym bycie matką (Afroamerykanką) w świecie muzyki. Fragment każdego z wymienionych można usłyszeć w wydanym dzień przed premierą albumu 22-minutowym klipie promocyjnym.

W powyższym materiale znajdują się również m.in. utwory numer pięć i sześć – „Kill Your Mama” oraz „She Don’t Really Care/ 1 Luv”. Pierwszy wpasowuje się w modną ostatnio wśród żeńskiej części gwiazd muzyki z USA stylistykę country („podobny” kawałek – „Daddy Lessons” – znajdziemy na „Lemonade”, Beyonce, a w zasadzie całe „Joanne” autorstwa Lady Gagi utrzymane jest w takim właśnie stylu). Na szczęście ten mały wyskok okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Nie dość że mnie osobiście idealnie (pod kątem samego audio) pasowałby na składową soundtracku „Nienawistnej ósemki” Quentina Tarantino, to jeszcze tekstowo jest to z pewnością najbardziej wartościowy moment całego „HERE”.

Shame on us, on your sons and your daughters

Dig all your gold and we poisoned all your water

Every piece of our soul is for sale

Now they bought us

Think we know it all

Then look where it got us

Oh, mama, mama

Oh, mama, mama

You’re crying to the wind

(…)

Is there any savin’ us

We’ve become so dangerous

Is there any change in us

Even for the sake of love

How you gonna kill your mama

When only mama is gonna love you to the grave

(…)

Oh, mama, mama

Forgive us for your pain.

Jak więc widać artystka manifestuje swój sprzeciw wobec niszczenia Matki Ziemi i robi to naprawdę z sercem. Z kolei podzielony na dwie części, sześciominutowy „She Don’t Really Care/ 1 Luv” to, według mnie, jeden z najlepszych (najlepszy?) tracków krążka. Pierwsza połówka jest tak bardzo „AlicioKeysowa” (i to z najlepszych czasów), że wiernym słuchaczom może się aż łezka w oku zakręcić na te tak długo wyczekiwane dźwięki. Część druga to interpretacja „One Love”, Nasa, którego podkład muzyczny stanowi zresztą… „One Love” Nasa. Istny miód na uszy.

Po najmocniejszym momencie HERE przychodzi niestety najsłabszy. Zaczyna się od kolejnego przerywnika („Elevate”) z udziałem… Nasa, któremu akurat nie można nic zarzucić – kolejna chilloutowa rozmowa. Gorzej natomiast wypadają następne „długie” kawałki. „Illusion Of Bliss” pomimo – na szczęście – wracania do korzeni, nieco – mówiąc kolokwialnie – zamula. Natomiast „Work On It” to przyjemny aczkolwiek najmniej zapadający w pamięć utwór całej płyty.

Okres lekkiej posuchy uzupełnia wybrane, nie wiedzieć czemu, na jeden z singli (o nietrafności wyboru piosenek promujących HERE jeszcze za chwilę) „Blended Family (What You Do For Love)”, nagrane wspólnie z raperem A$AP ROCKYM. Dziwi nie tylko sam wybór, ale przede wszystkim fakt, że jedyna kolaboracja na albumie powstała z gościem, który znany jest raczej z mniej delikatnych kawałków.

W „ostatniej” szóstce geniusz miesza się z poziomem nieźle/ „bardzo dobrze, ale może można by to podkręcić”. Kolejne dwa Interludia (nr 11 – „Cocoa Butter” i 13 – „You Glow”) ponownie dokładające cegiełkę do swobodnego klimatu przeplecione są chociażby „Girl Can’t Be Herself”, czyli jednym z bardziej żywiołowych (powiedziałbym nawet, że brzmiącym latynosko), nawiązującym do wspomnianego (związanego z makijażem) zrzucania masek, a leci to mniej więcej tak: „When the girl can’t be herself no more I just wanna cry. I just wanna cry for the world”.

„More Than We Know”,” Holy War” (oba przyjemne dla ucha i poprawnie wypełniające album) to natomiast tylko przygrywka przy” Where Do We Begin Now”. Ten ostatni to w moim odczuciu kolejna perełka. Cofnięcie się do lat świetności r’n’b czyli przełomu wieków i najlepszych utworów Aaliyah, Ashanti czy Brandy, z naciskiem na tę pierwszą. Utwór kojący ze wszech miar, którego od dawna brakowało w dyskografii artystki (a z których zasłynęła).

No i to byłby w zasadzie koniec HERE gdyby nie dwa bonusowe tracki, które… promowały cały album. Dobrze to czy źle, że znalazły się jako bonus? Trudno powiedzieć. Ostatnie „In Common” wybrane jako singiel numer jeden to największe nieporozumienie wydawnictwa i generalnie jedna z najsłabszych rzeczy autorstwa Alicii Keys. Nie dość że całkowicie odbiega od całej stylistyki albumu (serio, kto to wybrał????), to jest to jeszcze połączenie czegoś na wzór hitu z dyskoteki z… naprawdę nie wiem, czym. Autentycznie jest to kawałek wyrwany jakby z innej historii, jakby ktoś wpuścił smerfa na pole walki X-menów (jakoś pasuje mi to porównanie).

Przedostatnie „Hallelujah” jest natomiast utworem dla mnie dość szczególnym. Ze wszystkich trzech singli (tego, In Common oraz Blended Family) był jedynym wartym uwagi przed pojawieniem się krążka w sklepach. Jedynym w jakimkolwiek chociaż stopniu utrzymanym w stylu „starej dobrej Alicii”. Przyznam szczerze, że po odsłuchaniu (przed wydaniem całego albumu) modliłem się w duchu, by większość HERE była taka jak „Hallelujah” – może nie jakoś wielce wbijające w fotel, jednak nader poprawne i dające posmak klasy sprzed lat. Ku zaskoczeniu okazało się, że drugi z singli, mimo że trzymający poziom, był tylko średniakiem na płycie. Nie umniejszam mu oczywiście, bo to fajna nuta, cieszy mnie jednak, że coś, co na „Girl on fire” byłoby numerem jeden, tutaj znalazło się zaledwie gdzieś w środku stawki. Choć podkreślam raz jeszcze – to dobry kawałek jest.

Podsumowując – oba kąciki ust uniesione mam do góry po przesłuchaniu najnowszej propozycji Alicii Keys. Trochę cwany to uśmiech z podpisem: „A widzicie, ona nadal potrafi”, ale dający satysfakcję. W tym przypadku sprawdza się, że czasem krok w tył to zarazem dwa kroki do przodu. Ikona „czarnej” muzyki wróciła tam, gdzie czuje się najlepiej, można by powiedzieć „do domu”. Przyznam szczerze, że po wtopach – „As I Am”, „Girl on fire” – i pozytywnym, jednak niewyrywającym z butów „The Element Of Freedom”, nawet jako wielki miłośnik twórczości wokalistki, nie spodziewałem się czegoś tak dobrego. HERE to album dojrzały, „miękki” tak jak być powinien, wartościowy tekstowo, spójny oraz – przede wszystkim – autentyczny. Dojrzała, bogata w doświadczenia kobieta ponownie uwalnia z siebie buntowniczą nastolatkę z warkoczami, która potrafi zachwycić i znów wnieść trochę świeżości do gatunku, w którym tworzy. Taka właśnie jest Alicia Keys A.D. 2016. Takie jest HERE. Dzięki, Ala.


Fot.: Sony Music Entertainment

To też może Ci się spodobać:

3 komentarze

  1. Uwielbiam Alicie i jestem jej wierna od pierwszego albumu. Doceniam ją właśnie za to, co zauważyłeś w recenzji, ona po prostu tworzy muzykę. Kocha to, co robi i idzie to wyczuć w jej utworach. Podoba mi się jak eksperymentuje z muzyką, poszukuje, a przy tym jest świadoma tego, co robi. Z resztą ma fenomenalny wokal i na wiele sobie może pozwolić. Dla mnie jest po prostu świetną artystką 🙂
    Pozdrawiam świątecznie 🙂

  2. Uwielbiam jej głos – uspokaja mnie, a jednocześnie dodaje energii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *