Ten o „GLOW” [recenzja]

Ten o „GLOW” [recenzja]

Na głowach tandetne trwałe, nogi wciśnięte w kolorowe legginsy, ciała okryte krzykliwymi strojami, odtwarzacze VHS, komputery wielkości lodówki i naprawdę sporo porządnego rocka. Cóż to takiego? Kojarzące się z kiczem lata 80. ubiegłego stulecia. Czasy, w których Zimna Wojna powoli zmierzała ku końcowi, jednak Związek Radziecki i Stany Zjednoczone wciąż prężyły muskuły. Po stronie Amerykanów szczególnie prężyć lubił je niejaki Hulk Hogan, który wraz z ekipą kolegów wrestlerów przyciągał prawdziwe tłumy, odstawiając reżyserowane show w postaci ustawianych walk zapaśniczych. Szczyt kiczu? Nie! Nie, jeśli okaże się, że istniało jeszcze zjawisko wrestlingu kobiecego. Na taki właśnie pomysł blisko trzy dekady temu wpadli telewizyjni producenci, nadając mu tytuł GLOW(Gorgeous Ladies Of Wrestling). Program dawno już zniknął z anteny, jednak ktoś postanowił go w pewnym sensie wskrzesić i za pomocą serialu przybliżyć nam jego kulisy. Tym “kimś” okazał się być Netflix. Gigant branży telewizyjnej i jego oryginalne produkcje zazwyczaj nie zawodzą, jednak czy opowieść o paniach biorących udział w udawanych walkach zapaśniczych nie była zbyt odważnym krokiem? A może GLOW to kolejny Netflixowy hit? Wszystkiego dowiecie się z poniższego tekstu, w którym wraz z Michałem bierzemy serial pod lupę.

WRAŻENIA OGÓLNE

Michał Bębenek: Gorgeous Ladies Of Wrestling, czyli w skrócie GLOW, był autentycznym programem w amerykańskiej telewizji lat 80. A jeśli w tych czasach na antenie można było znaleźć większy kicz niż wrestling, to był to damski wrestling (nie zrozumcie mnie źle, w latach młodzieńczych uwielbiałem wrestling i byłem zdruzgotany, kiedy dowiedziałem się, że walki są reżyserowane). Czy zatem serial opowiadający o początkach tego niezwykłego show mógł się udać? Było to bardzo ryzykowne, ale Netflix po raz kolejny stanął na wysokości zadania i fabularne GLOW okazało się jednym z lepszych seriali tego lata. Stworzona przez Liz Flahive i Carly Mensch produkcja jest wyjątkowo udanym miksem komedii i dramatu; przenosi widza w kolorowe lata kiczu, spandeksu, ogromnych trwałych i świetnej muzyki. A jeśli dodać do tego Jenji Kohan (Orange is the New Black) w roli scenarzystki oraz producenta wykonawczego, to musiało wyjść z tego coś dobrego. Mnie osobiście serial bardzo przypadł do gustu, chociaż pierwszy sezon był bardziej czymś w rodzaju wprowadzenia. Mam nadzieję, że kolejne serie pozwolą nam lepiej poznać pozostałe, drugoplanowe bohaterki (może coś na zasadzie flashbacków, jak w OitNB?).

Przemek Kowalski: Ja również w młodzieńczych latach (nie ma to jak zabrzmieć niczym stary dziad) uwielbiałem wrestling i piękne czasy kiedy w piątki, o godzinie 21, Cartoon Network zmieniał się w TNT i zaczynało się WCW Monday Nitro. Czy można wrestling nazwać kiczem? Jasne! Jednak jak nazwać wtedy wrestling kobiecy? To właśnie o nim, a konkretnie o pewnym telewizyjnym show opowiada – jak wspomniał już Michał – jedna z najlepszych serialowych premier tego lata. I rzeczywiście ryzyko, jakie podjął Netflix, było ogromne, dlatego tym bardziej docenić należy fakt, iż platforma po raz kolejny wyszła wraz ze swoim projektem obronną ręką.

Dzięki wartkiej akcji, ciekawemu scenariuszowi i świetnie dobranej obsadzie, serial ogląda się praktycznie sam. Wbrew pozorom GLOW nie jest tanią historyjką o skaczących po ringu niewiastach; to naprawdę świetna produkcja, która pod pozorem lekkiej komedyjki skrywa drugie, bardziej dramatyczne oblicze i choć nie jest to pozycja dla każdego, widzowie tacy jak ja i Michał już wyczekują wieści na temat kontynuacji w postaci drugiego sezonu.

PLUSY I MINUSY SERIALU

Przemek: Zalet wyliczyć można kilka, jednak według mnie tym, co pochwalić należy jako pierwsze, jest kapitalne oddanie epoki lat 80. Tandetne fryzury i makijaż, kiczowate stroje, oldschoolowe odtwarzacze VHS – to, i wiele więcej, otrzymujemy w każdej minucie GLOW. Pod tę samą kategorię, czyli oddanie ducha epoki, podpiąć można także fantastyczny soundtrack, na którym znajdziemy m.in. Queen, Roxette, Billy Joela czy The Scorpions. Wszystko to razem tworzy niesamowity klimat, przenosząc widza o ponad 30 lat wstecz.

Michał: Ach, te lata 80. Domowe imprezy-przebieranki, tandetny robot-kelner serwujący narkotyki i wciągający kokainę reżyser postapokaliptycznych filmów klasy B. Masz rację, Przemek, twórcy odwzorowali tę dekadę perfekcyjnie. Serial wizualnie jest laurką dla tych pięknych czasów, ale sam ten fakt nie stanowi o jego świetności. Największym bowiem plusem jest tutaj zdecydowanie aktorstwo – zarówno wszystkie dziewczyny-wrestlerki, jak i wspomniany reżyser czy wymoczkowaty producent, tworzą wiarygodne kreacje, które obserwuje się z niesłabnącą ciekawością. Jedyna wada, jaką mógłbym wskazać, to czas trwania. Zaledwie dziesięć odcinków o średniej długości 30 minut to zdecydowanie za mało! Można było dodać ten dodatkowy kwadrans do każdego odcinka i opowiedzieć trochę więcej na temat pozostałych bohaterek (poza Ruth i Debbie).

Przemek: Trudno się nie zgodzić. Ja również za największy minus GLOW uznałbym fakt, że… było go za mało. Można było nieco wydłużyć odcinki i trochę lepiej rozwinąć postaci poboczne, aczkolwiek mniemam, że stanie się to w następnych odsłonach serialu. To samo zresztą tyczy się całości, bowiem Netflixowy hit lata dopiero liznął temat kobiecego wrestlingu – na więcej czekam za rok. I w zasadzie niewiele więcej można GLOW zarzucić. Ktoś mógłby powiedzieć, że to tania, kiczowata rozrywka, jednak… przecież tym właśnie miały Gorgeous Ladies Of Wrestling być.

NAJLEPSZY ODCINEK/SCENA

Michał: Jeśli miałbym wskazać najlepszy odcinek, zdecydowanie byłby to odcinek finałowy, w którym dostajemy w końcu to, do czego serial i jego bohaterki dążyli od samego początku – pierwszą telewizyjną transmisję z pojedynków na ringu, do których przygotowania i próby oglądaliśmy przez większość poprzednich odcinków. Natomiast moją ulubioną pojedynczą sceną jest zdecydowanie moment, kiedy Sam, reżyser, przedstawia pomysł i scenariusz swojego nowego filmu, który miał nadzieję zrealizować i okazuje się, że jest to właściwie kalka Powrotu do przyszłości, który dopiero co wszedł do kin. Mistrzostwo!

Przemek: Nie wskażę najlepszego odcinka, ponieważ według mnie wszystkie epizody GLOW trzymały równy, stały i całkiem wysoki poziom. Jeśli zaś chodzi o konkretną, najlepszą scenę to… również jej nie wymienię. Wskażę jednak kilka scen charakteryzujących się wspólnym mianownikiem, a była nim Ruth (FENOMENALNA Alison Brie) naśladująca rosyjski akcent w celu stania się bardziej wiarygodną w roli odgrywanej na ringu postaci. Mimika pani Brie, sam wspomniany akcent oraz padające z jej ust stereotypy dotyczące Ameryki oraz Amerykanów w czasach zimnej wojny ze Związkiem Radzieckim – kapitalne!

NAJGORSZY ODCINEK/SCENA

Przemek: Jak pokazaliśmy wcześniej, GLOW nie jest serialem bez wad, jednak jeśli mam być szczery – nie jestem w stanie wymienić najsłabszego odcinka czy nawet pojedynczej sceny. Wszystko w najnowszym hicie Netflixa toczyło się właściwym tempem i nie przypominam sobie ani jednego momentu, do którego mógłbym się przyczepić.

Michał: Pozostaje mi się tylko z Tobą zgodzić.

EWENTUALNE DZIURY FABULARNE

Michał: Dziur fabularnych, w dokładnym tego słowa znaczeniu, tutaj nie znajdziemy. W GLOW nie brakuje za to niedopowiedzeń. Wspomniany już zarzut o zbyt krótkim czasie trwania odcinków wpływa na fakt, że ledwie liznęliśmy historię pozostałych bohaterek. Mam nadzieję, że kolejny sezon (sezony?) to zmieni.

Przemek: Nic dodać, nic ująć. Jako takich dziur fabularnych nie sposób się w GLOW doszukać, bo i nie jest to serial wielce zawiły. Mało tego, poświęciłem nawet trochę czasu, by “zbadać” temat nadawanego kilka dekad temu programu, na podstawie którego Netflix nakręcił swój wakacyjny hit, i okazuje się, że twórcy odwalili kawał dobrej roboty, oddając realia i zasady, na jakich opierało się “prawdziwe” GLOW z lat 80. Zgadzam się również z Tobą, Michale, w kwestii czasu poświęconego na przybliżenie sylwetek większości wrestlerek, aczkolwiek jak i Ty, mniemam, że doczekamy się tego w kolejnych sezonach.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Michał: Centralną postacią GLOW jest oczywiście Ruth (w tej roli świetna Alison Brie), bezrobotna aktorka, która bezskutecznie szuka jakiegokolwiek angażu. Kiedy trafia na casting do nowego programu o damskich wrestlerkach, wydaje się, że niżej już upaść nie mogła, jednak pasja i zaangażowanie, z jakim walczy o rolę w tym kiczowatym widowisku, sugerują coś zgoła innego. Z jednej strony pokazuje to jej desperację – jeśli nie dostanie nawet tej pracy, to co z niej za aktorka? A z drugiej Ruth ciągle próbuje przemycić do swojej roli coś więcej, niż jest w tym przypadku potrzebne. Tam, gdzie wymagane jest po prostu naparzanie się na ringu, Ruth dodaje od siebie teatralne recytacje, jednak ostatecznie to właśnie ona kreuje najbardziej wyrazistą postać, jaką jest Zoya the Destroya – radziecka komunistka, stworzona po to, aby publiczność ją nienawidziła.

Przemek: Drugą z najważniejszych postaci GLOW jest grana przez Betty Gilpin, Debbie – najlepsza (do czasu) przyjaciółka Ruth. W przeciwieństwie do głównej bohaterki, omawiana w tym momencie jest aktorką zdecydowanie bardziej rozpoznawalną, a wszystko dzięki roli w jednej z oper mydlanych. Niestety czasy największej popularności Debbie minęły, a to za sprawą macierzyństwa, bo właśnie jako młodą, tonącą w pieluchach mamę poznajemy postać, w którą wciela się Gilpin.

Mam nadzieję, że nie będzie to wielki SPOILER, jednak trzeba o tym napisać: w chwili słabości Ruth spędza upojną noc z mężem Debbie, co skutkuje m.in. rozpadem przyjaźni pomiędzy obiema paniami. Los chce, że do pierwszej konfrontacji po zdradzie dochodzi na jednym z pierwszych treningów/castingów do GLOW i to właśnie wtedy reżyser przedsięwzięcia postanawia zaangażować Debbie (która znalazła się na treningu, szukając zemsty na dawnej przyjaciółce) do roli największej gwiazdy show.

Daleko Betty Gilpin do roli Oscarowej, jednak wypada ją pochwalić, ponieważ wciela się w postać – wbrew pozorom – dość (przynajmniej jak na ten serial) skomplikowaną. Z jednej strony wydaje się być (na początku) nieco wyniosła, stanowiąc kontrapunkt dla głównej bohaterki, której z kolei nie sposób nie polubić. Z drugiej to ona jest tą zdradzoną i pokrzywdzoną przez bliskich, tą która została zraniona, całkowicie na to nie zasługując.

Michał: Poza tymi dwiema ścierającymi się osobowościami (zarówno na ringu, jak i poza nim) w GLOW jest też cała galeria mniej lub bardziej udanych postaci, stanowiących ekipę Gorgeous Ladies Of Wrestling. Wśród nich zdecydowanie wyróżnia się Sheila – Wilczyca (Gayle Rankin), kobieta z pozoru bardzo oddana swej roli, jak się jednak później okazuje, posiadająca dość spore problemy psychiczne. Sheila bowiem nie gra Wilczycy, ona jest nią naprawdę. To jedna z niewielu pobocznych postaci, którą nieco lepiej poznajemy “za kulisami” produkcji. Mimo że nadal brakuje porządnie przedstawionej backstory, to twórcy nakreślili nam bardzo ciekawą postać. Kobietę, która co rano przywdziewa zatęchłe futro i czarną perukę, nakłada ciężki makijaż, zaczernia zęby i spryskuje się wilczymi feromonami, w efekcie uzyskując postać, którą z powodzeniem można by brać za członkinię rodziny Addamsów, mimo że pod całą tą kreacją znajduje się całkiem normalna kobieta. Mam nadzieję, że w kolejnym sezonie dowiemy się czegoś więcej na temat Sheili i powodów, dla których została Wilczycą.

Przemek: Obok Sheili – Wilczycy, kolejną panią z ekipy GLOW jest Carmen, w którą wciela się Britney Young. Mówiąc najdelikatniej, jak się da – dosyć puszysta Carmen jako jedyna ze wszystkich pań już na pierwszym castingu może pochwalić się sporą wiedzą z zakresu wrestlingu, a to dlatego, że jak się okazuje, jest córką jednego z najbardziej znanych zapaśników; mało tego – wrestlingiem parają się również jej bracia. Carmen to kolejna postać dramatyczna, która  w trakcie pierwszego sezonu będzie musiała się zmierzyć z wrodzoną nieśmiałością oraz apodyktycznym ojcem, który za żadne skarby nie zamierza pozwolić jedynej córce na uczestniczenie w bądź co bądź ryzykownym sporcie, jakim są (nawet udawane) zapasy.

Michał: GLOW to jednak nie tylko kobiety. Świetnym kontrapunktem damskiej ekipy zapaśniczej jest niejaki Sam Sylvia (doskonały Marc Maron) – reżyser całego widowiska. Sam to cyniczny i zgorzkniały facet, który kompletnie nie wierzy w to, co robi. Wpakował się w realizację całego tego show tylko dlatego, że liczy na jego ewentualny sukces kasowy, co z kolei pozwoli mu się wybić i zrealizować własny, autorski projekt. Jego zachowanie niejednokrotnie wywołuje śmiech, a postawa reżysera, który całkowicie olewa swoje aktorki, z góry zakładając, że praktycznie żadne umiejętności nie są tutaj potrzebne, umacnia jego pozycję samolubnego ekscentryka. Wszystko to stanowi jednak fasadę, za którą kryje się sfrustrowany twórca, którego wcześniejsze dzieła nie zostały docenione, on jednak ciągle liczy na filmowy triumf i jedno wielkie “ja wam jeszcze pokażę!”.

Przemek: Drugim istotnym dla fabuły GLOW facetem w obsadzie jest Sebastian “Bash” Howard (Chris Lowell) – młody, wywodzący się z bogatej rodziny “biznesmen”, wcielający się w producenta wykonawczego przedsięwzięcia, jakim jest GLOW. Początkowo sprawia on wrażenie typowego, rozpuszczonego (za przeproszeniem) gnojka. Jak się jednak z czasem okazuje, Bash to jedna z najbardziej pozytywnych postaci, a samo GLOW to nie szczeniacka zachcianka, a cel i marzenie, które pragnie spełnić z pełnym poświęceniem.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Michał: Z początku podchodziłem do tej produkcji bardzo sceptycznie. Nie zachęcił mnie jakość szczególnie ani zwiastun, ani plakat promujący ten serial. Kiedy jednak pojawił się na platformie Netflixa, pomyślałem sobie – czemu nie? I zdecydowanie była to słuszna decyzja, GLOW bowiem wciąga i zachwyca. Znajdziecie tu mnóstwo świetnej zabawy w klimacie szalonych lat 80., nie zabraknie jednak też elementów dramatycznych. Wśród oryginalnych seriali Netflixa, owszem, zdarzają się wpadki, lecz zdecydowana większość ich produkcji to tytuły udane i GLOW pod tym względem nie stanowi wyjątku. Z niecierpliwością czekam na drugi sezon, w którym – mam nadzieję – poznamy lepiej zwariowaną ekipę Gorgeous Ladies Of Wrestling.

Przemek: W przeciwieństwie do Michała ja podszedłem do GLOW z całkiem sporymi oczekiwaniami, a to dlatego, że w odróżnieniu od przedmówcy obejrzałem serial kilka tygodni po emisji na Netflixie, znając już obiegową opinię serialoholików, głoszącą, że z tym tytułem warto się zapoznać. Po raz kolejny zarówno głos tłumu, jak i bijąca rekordy popularności platforma, nie zawiodły! Seanse tych kilku odcinków osadzonego w dekadzie kiczu serialu to podszyta szczyptą dramatu KAPITALNA rozrywka, od której nie można się oderwać! Dlatego też nie bez powodu za największą “wadę” produkcji uznałem fakt, że było jej po prostu zbyt mało; chcę więcej i więcej! Być może Gorgeous Ladies Of Wrestling nie zbawią świata seriali, jednak ja już w tym momencie nie mogę się doczekać powrotu do epoki legginsów, tandetnych fryzur, świetnej muzyki oraz pań, które wiedzą, jak zawładnąć ringiem i sercami telewidzów.


Fot.: Netflix

To też może Ci się spodobać:

4 komentarze

  1. Cały czas zastanawiam się, czy zabrać się za ten serial. Ale chyba w końcu sprawdzę, bo po „Stranger Things”, „GotG 2”, „Atomic Blonde” mam ochotę na więcej stylistyki rodem z lat 80.

  2. Początkowo bardzo się nastawiłam na ten serial. Później emocje mi opadły i stwierdziłam, że to jednak nie dla mnie – całkiem odpuściłam, wręcz zapomniałam. A teraz przez Was chyba jednak będę musiała mu się przyjrzeć… 😉 Świetna recenzja!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *