Ten o bułce z Wrocławia…

Ten o bułce z Wrocławia…

Dzyń, Dzyń, Dzyń! Dzyń, Dzyń, Dzyń! Dzwonią dzwonki sań, a Mikołaj… blablabla. Nadszedł TEN dzień! Tak, tak, ten przez cały rok wyczekiwany! Koszule wyprasowane, świąteczne drzewka przystrojone, nawet opłatek jest już na swoim miejscu. Pozostało zaledwie kilka godzin do rozpoczęcia rodzinnej biesiady; tych szczęśliwych momentów spędzonych z bliskimi w oparach dymu z patelni po przypalonym karpiu. Maluchy już zadzierają głowy wypatrując pierwszej gwiazdki, oznajmiającej, że już za chwileczkę, już za momencik zobaczą tego brodatego grubasa wykorzystującego biedne renifery do latania (!!!) po całym świecie i roznoszenia gównianych podarków. Piękny czas! … no chyba, że stoisz o dziewiątej rano w osiedlowym warzywniaku bo skapnąłeś się, że jutro może być ciężko kupić czteropak Tyskiego.

Jak na złość nie byłem jedyną osobą, która wpadła na pomysł odwiedzenia warzywno-monopolowo-wielobranżowej budki. Do sklepu, w którym zmieści się 5 osób (plus sprzedający) wbił się już komplet, czekam więc za drzwiami bo nie odpuszczę tego Tyskiego. Całkiem przyjemnie sobie marznę skoro wypuściłem się tylko na bluzie myśląc, że cała wyprawa zajmie mi maksymalnie 6 minut. Po dziesięciu spędzonych na dworze zaczynam się już jednak lekko irytować bo piździ jak w kieleckim. Co oni tam kupują? Odpowiedź poznałem po kolejnych trzech minutach kiedy pierwszy dziad z kolejki opuścił sklep.

Wchodzę. O Boże, jak cieplusio! Szron spod nosa zaczyna się skraplać. Dziad numer 1 przy ladzie (w poprzednim zestawieniu, ze mną za drzwiami, numer 2) rozwiewa moje wątpliwości dobijając przy okazji niczym Lewandowski reprezentację Rumunii. Czego to on se nie wymarzył? Chleb, ziemniaki, 5 różnych soków („A pani mi powie, to jest sok czy napój?”, „To z czerwonych grejpfrutów?”). Człowieku, nawet ja z moimi minus dwiema dioptriami widzę co jest na tym kartonie napisane!!! I wymyśla i wymyśla. A ja nadal stoję tylko po te cztery piwa.

Skończył! O, dzięki łaskawco! Możesz już wracać do starej dalej NIE pomagać jej w kuchni, swoje odbębniłeś.

Po nim babka, o której, że jest w kwiecie wieku, mówiono 40 lat temu. Kolejna miłośniczka robienia zapasów jak na wojnę. Zaraz mnie tam **** strzeli! Nawet już się nie będę rozpisywał o tym co kupowała bo mi żal klawiaturę męczyć. Najważniejsze, że w międzyczasie za mną stanął w kolejce jeszcze jeden typek a po nim weszło babsko, które – choć jeszcze tego nie wie – zadrze z nie tym zmarzniętym kolesiem, z którym powinno. Ze mną.

Matrona wtoczyła się do warzywno – monopolowego i jak gdyby nigdy nic przepycha się do kasy pytając czy jest bułka wrocławska. Bułka wrocławska!! Kumacie to? „Czy to jakiś wykręcony sen?” – pytam sam siebie bo coś nie chce mi się wierzyć, że to idzie na żywo. Kto normalny, w Gwiazdkowy poranek, startuje do warzywniaka po bułkę wrocławską?!

Pani za ladą rozgląda się i z uśmiechem odpowiada, że została ostatnia. „To ja poproszę” mówi babsko szukając portfela. O ŻESZ TY SUK…nią odziana niewiasto! Czy tylko ja uważam, że trochę bezczelnym jest takie wbijanie się w kolejkę? Facet przede mną zwraca jej uwagę, że tu obowiązuje kolejność. „Ale ja tylko po bułkę”, skamle babsko. O ŻESZ TY SUK…nią odziana niewiasto! „A ja po masło”, odpowiada gość, a ja chcę mu zacząć klaskać. Ta z naburmuszoną miną idzie na koniec korowodu. Najlepsze jest to, że wturlała się z czterema siatami. Nie wiem co w nich miała, może matiasy, może pomarańcze, a może kto to wie, ale fakt, że wylewało jej się z tych reklamówek prawie tak samo jak spod płaszcza w okolicach talii. I trzyma to wszystko w rękach! Może mi się tylko wydaje, ale logicznie myślący człowiek postawiłby raczej zakupy na podłogę. Ona nie postawiła. Na dodatek pufffa mi za uchem!

Pufff!! Pufff!! Pufff!!! – jak jakiś przedwojenny parowóz.

Weź odłóż te siatki kobieto!

Pufff!!

Pod nosem nucę sobie nieśmiertelne „Parostatkiem w piękny rejs…” Krzysztofa Krawczyka bo jakoś tak pasuje do okazji, ale w głowie siedzi mi pytanie: „Po co kupować bułkę wrocławską?”. Ani to tak naprawdę bułka ani chleb, nie wiadomo w ogóle jak to pokroić i generalnie sam bym takiej nie kupił. No, na pewno nie dziś. Minuta goni minutę, rozglądam się za sekatorem, żeby odciąć korzenie, którymi przyrosłem do podłoża, ale wreszcie coś się ruszyło. Dwie kolejne osoby są już out, przede mną tylko ten spoko ziomek, który zwrócił uwagę babsku.

„Dzień dobry”, zagaja ekspedientkę. „Cham”, słyszę za plecami z ust bezczela roku. I właśnie wtedy rodzi się we mnie plan zemsty doskonałej, nauczki, którą ta SUK…nią owinięta lampucera zapamięta!

„Cztery Tyskie poproszę” zdradza swe zakupowe plany typ przede mną. Rozczulił mnie, takie zakupy to ja szanuję! Zapłacił za piwko i kulturalnie wysuwa się z kolejki. Czas na mnie, czas na lekcję pokory.

– Dzień dobry

– Dzień dobry

– Co podać?

– Bułkę wrocławską poproszę 🙂

– Yyyyy

Konsternacja. Laska zza lady robi oczy jak 5 złotych i nerwowo ociera pot z czoła. Atmosfera gęstnieje tak, że spokojnie można by w powietrzu zawiesić siekierę. Emocje sięgają zenitu.

– Ale ta pani… ale… no ostatnią mam

– No właśnie, ja chciałam!! – ryczy ten ludzki parowóz, do którego po 15 minutach stania z opasłymi siatami w dłoniach dotarło chyba jakiego nietaktu dopuścił się niedawno.

– Ja też chciałem, ale nikt mnie o zdanie nie pytał

– Ale pan nie może!! (drze się babsztyl)

– Słucham? Bułki nie mogę sobie kupić?

– No bo … oooo …

Zaraz nam tu zejdzie w tym warzywniaku. Bez kitu. Nie wiadomo jeszcze tylko czy na zawał czy na wylew. Zrobiła się bordowo – blado – fioletowa, a przypominam, że cała sprawa dotyczy kawałka cholernego pieczywa, które nie jest nawet normalną bułką!! Jest czymś niżej w hierarchii. Podbułką?

Rzecz jasna nie miałem w ogóle zamiaru kupować tego podpieczywa, tak się tylko zgrywałem.

– Żartuję, cztery Tyskie poproszę – rzucam ot tak, pokazując klasę

– Ufff – wydusza z siebie pani za ladą

– Pufffff – jak kaloryfer odpowietrza się babsko.

No i tak to właśnie jest kiedy próbujesz się wpierdolić w kolejkę! Ale co tam, są Święta, niech stracę, pokazując nawet największym sklepowym bezczelom jak złote jest me serce. A ona niech sobie sobie wsadzi tę „bułkę” tam gdzie nawet brodaty kat reniferów jej nie znajdzie!


Fot.: Wikipedia

To też może Ci się spodobać:

6 komentarzy

  1. Swoją drogą fascynuje mnie fenomen bułki wrocławskiej, czy ona serio jest z Wrocławia, czy może to ten sam temat co ryba po grecku, co Grecji na oczy nie widziała albo pierogi ruskie, co nawet nie poczuły nigdy prawdziwego, siarczystego mrozu ze wschodu.

    1. Autor

      Heh, dopiero po tym komentarzu mnie oświeciło i na serio: Taka bułka jest autentycznie z Wrocławia? Tam ja wymyślono? 😀 😉

  2. Uśmiałam się czytając ten wpis. Niestety podobne sytuacje zdarzaja sie czesto. Czy to w tramwaju czy to w sklepie. Czasami bezczelnosc ludzi mnie zadziwia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *