Ten o babce z lewej…

Ten o babce z lewej…

„Oj, nie! Dziewczyno, nie idź tam!! Nie, nie, nie, nie, nie!!!” – krzyczymy w myślach podczas kolejnej takiej samej sceny, w której niewinne dziewczę postanawia na własną rękę wyruszyć w głąb mrocznego korytarza by sprawdzić dlaczego jej ukochany tak długo nie wraca. Miał przecież tylko sprawdzić dlaczego wysiadł prąd i gdzie u licha podziali się Becky i Kevin. Nie wie, że Becky i Kevin od przeszło piętnastu minut leżą w zapyziałej piwnicy z poderżniętymi gardłami, podobnie zresztą jak wyfiletowany niczym panga Mark – czarnoskóry chłopak Amandy, którą właśnie obserwujemy. Jako jedynej uda jej się uciec z ponurego domostwa, choć rany w psychice nie zagoją się jeszcze przez dwa kolejne sequele. Tak, tak, nie ma to jak horror! Wszyscy moi znajomi sugerując się mym uwielbieniem dla Stephena Kinga i gatunku jako całości myślą, że taki ze mnie twardziel co to ogląda/czyta horrory, bo się po nich nie boi. Dobre sobie! Jestem bardziej przerażony niż oni wszyscy razem wzięci. To pewnie przez ten ukryty w podświadomości pierwiastek masochisty. Myślą, że kolejny seans Obecności czy innego Naznaczonego spływa po mnie jak po kaczce; nie wiedzą, że tę noc prześpię przy świetle zapalonej w przedpokoju lampki, bo nie ma takiej opcji bym zasnął w pogrążonym w ciemności mieszkaniu. Po dziś dzień – przez tę cholerną Laleczkę Chucky – omijam sklepy z zabawkami szerokim łukiem. Poważnie. „Ha-ha, no co Ty, przecież to było śmieszne; przecież to tylko lalka!” – słyszałem już nie raz. Taaa, lalka – sralka! Rudy koleżka o metrze wzrostu, który chętnie poszerzyłby mi uśmiech rzeźnickim nożem? Nie, dziękuję. Jednak to nie psychopatyczna, plastikowa kukiełka najczęściej spędzała mi dotychczas sen z powiek, a pewna dama, którą spotkać można w lasach Pojezierza Brodnickiego. Przy niej Blair Witch Project i Koszmar minionego lata wydają się być milusimi bajeczkami na dobranoc. I choć nigdy nie wiesz kiedy się pojawi jedno jest pewne – zawsze znajdziesz ją po swojej lewej stronie…

Jest gorące, typowo polskie, deszczowe lato, z tą delikatną różnicą, że dziś akurat świeci słońce; wszyscy jesteśmy na etapie liceum i cieszymy się pięknem rozpoczętego dnia. Ręczniki rozłożone na piaszczystej plaży, ochronny krem wtarty w plecy i klatę, normalnie żyć, nie umierać. Pierwszy browarek, drugi, trzeci; jest lepiej niż na Lazurowym Wybrzeżu, a siedzimy nad jeziorem niemal w centrum Polski. Ja, kuzyn, chłopaki z osiedla i poznani nie tak dawno znajomi z Wawki, szczęściarze z własnym domkiem letniskowym. Napawamy się urokami lata snując plany na wieczór, choć na dobrą sprawę nie ma tu czego snuć, każdy z nas wie, że wieczorem spotkamy się u warszawiaków na kolejnym zakrapianym alkoholem melanżu połączonym z grillem, przy którym – jak zwykle – znajdzie się wypełniona do połowy wodą miedziana miska na kiepy. Jesteśmy w tym wieku, kiedy czujemy się panami leżącego u naszych stóp świata, nic nie jest nam straszne, możemy wszystko!

Wybija dziewiętnasta, żegnam się z rodzicami informując, że pewnie wrócę trochę później, po czym wspinam się pod stromą górkę bo właśnie na jej szczycie ulokowany jest domek ziomali ze stolicy. Ledwo doczłapałem, nie czuje nóg, jedyna pociecha to zapach grillowanej karkówki. Dołączam jako ostatni, a widząc, że posiadówa rozkręciła się już na dobre zabieram się do nadrabiania strat. Wieczór układa się aż nazbyt przyjemnie, to tylko kwestia czasu kiedy komuś wpadnie do głowy jakiś durny pomysł.

– Idziemy do lasu? – pyta B.
– Po co? – odpowiada ktoś inny.
– Pewnie, że idziemy! – ochoczo deklarują dwie kolejne osoby, tak więc postanowione – idziemy.

Browarki w dłoniach, uśmiechy na ustach i szlajamy się bez celu; nie licząc ledwo zauważalnego promienia rzucanego przez malutką latarkę (bo to jeszcze nie czasy kozackich latarek w telefonach) nie widać nic, jest ciemno jak w dupie. Gdzieś w oddali zahuczała sowa – ponury strażnik nocy, który – choć jeszcze tego nie wiem – za kilka lat zrzuci mnie z wysokości 20 metrów do tego samego jeziora wokół którego właśnie krążymy. Generalnie całkiem spoko wyprawa, jednak jak zawsze w tego typu historiach – spoko do pewnego momentu. Wykorzystując gęstą atmosferę panującego dookoła mroku oraz nawiązując do niedawnej premiery Blair Witch, Anka rzuca w moim kierunku pięć słów, które na zawsze odcisną ślad w mej psychice:
– Uważaj na babkę z lewej!

Też oglądałem Blair Witch i jak wiadomo ze wstępu do tego tekstu – choć kręcą mnie horrory spowodowane jest to wyłącznie faktem, że najzwyczajniej w świecie cierpię chyba na jakiś dziwny fetysz: lubię ze strachu robić pod siebie. Zgrywam więc głupka, choć wiem, że za żadne skarby nie spojrzę teraz w lewo.
– Na co? – pytam, udając, że niedosłyszałem.
– No na babkę z lewej! – odpowiada przyszła najlepsza fryzjerka miasta stołecznego Warszawa.

Nie widzę kamieni, ani typowych dla leśnych ścieżek dołków pod stopami, nie mam pojęcia kto znajduję się po mojej prawej ręce, czuję za to obecność postaci z lewej i wcale mnie to nie bawi, wiem bowiem, że to ja zamykałem lewą stronę pochodu. Widzę ją, jak Boga kocham, widzę ją oczyma wyobraźni.

Jest stara, ale nie ma się czemu dziwić skoro zaginęła dwie dekady wcześniej licząc sobie wówczas 70 wiosen. Zatrważająca prawda jest jednak taka, że nie zaginęła; grupka podpitych nastolatków zakopała ją żywcem na terenach, po których właśnie stąpam. Prosiła by zachowywali się ciszej bo pobudzili jej wnuki. Nie chciała robić draki, ale jak wiadomo – co za dużo to nie zdrowo. Musiała wyjść na ganek zwrócić uwagę młokosom. Od słowa do słowa, komuś puściły nerwy, kto inny chwycił w amoku pierwszy pod ręką, opadły z drzewa badyl. TRACH!… i było po sprawie. W szeregi grupki wkradła się panika; nie wiedzieli co zrobić by uniknąć odpowiedzialności. Wpadli na najgorszy z możliwych pomysłów – zakopali babkę, nie zdając sobie sprawy z tego, że w momencie pośpiesznego pochówku znajdowała się jeszcze wśród żywych.

Jej włosy przypominają coś na wzór upiornych, śnieżnobiałych, sterczących bez ładu i składu na wszystkie strony strąków; spod długich, połamanych paznokci prześwitują grudki czarnej jak piekielne czeluści ziemi. Koszula nocna, ta sama, w której wyszła na ganek 20 lat wcześniej, dawno już zszarzała, w kilku miejscach puściły szwy, tu i ówdzie materiał kreślą podłużne rozdarcia – efekt wieloletniej, samotnej tułaczki pośród ostrych niczym brzytwy wystających gałęzi drzew. Płaty bladej skóry zwisają bezwiednie z policzków odsłaniając bezzębne, nadgniłe dziąsła. Nie podnosi stóp, a te – bose – zostawiają za sobą dwa jednolite ślady. Z utkwionym w dalekim, martwym punkcie wzrokiem sunie przed siebie, zdzierając kikuty palców o kamienistą glebę; sunie tuż przy moim lewym boku, a mi pot zalewa plecy. Nigdy, przenigdy; za żadne pieniądze świata nie obejrzę się przez lewe ramię.

„Uważaj na babkę z lewej” słyszę rok rocznie, gdyż nocne, leśne eskapady stały się już tradycją. Generalnie skład grupy raczej się nie zmienia i choć niby wszyscy w jakiś sposób dojrzeliśmy to pewne elementy spotkań pozostają stałe: w letnią noc nad jeziorem zawsze można liczyć na dobrą karkówkę, miedzianą miskę na pety i wyprawę do lasu. Z mocniejszymi niż za młodu głowami, uzbrojeni w rażący oczy blask sączący się z latarek bajeranckich smartfonów ruszamy na spotkanie babki. I tak jak zawsze zabawnie jest do czasu, do chwili, w której gaśnie światło, a Ty nie chcesz być ostatnim po lewej.

Chociaż nikt do tej pory nie nakręcił o niej wypełniającego po brzegi kinowe sale filmu, ani nie napisał na jej cześć bestsellerowej powieści to na przestrzeni lat, w pewnym środowisku, babka z lewej zdążyła już obrosnąć legendą. Można się z niej śmiać, można się jej bać; osobiście święcie wierzę w autentyczność szukającej zemsty, tułającej się po lasach niedaleko Brodnicy babki z lewej. Jeśli chcecie sprawdzić tę historię na własnej skórze to śmiało, zapraszam do malowniczo położonych Partęczyn. Pamiętajcie jednak, że sami będzie sobie winni, gdy padniecie na zawał lekceważąc me przestrogi i spojrzycie w nie tę stronę co trzeba o jeden raz za dużo.


Fot.: instagram.com/pisanepopijaku/

To też może Ci się spodobać:

10 komentarzy

  1. Ach te straszne historie opowiadane przy ognisku w letnie noce 🙂 Wywoływanie duchów (to we wczesnej podstawówce) na strychu domu dziadków, wypatrywanie białej damy w oknach ruin zaków… tak, wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach, zwłaszcza nocą w lesie.

  2. O matko, ja kiedys uwielbiałam horrory..ale po obejrzeniu ring jakies 20 lat temu przestałam jakiekolwiek oglądać :/ mega psychicznie źle na mnie to wpłynęło i stwierdziłam, że juz nie będę ryzykować. Też lubiłam się bać, ale to nie dla mnie, więc nie zamierzam sprawdzać tego jeziorka 🙂 za mocne!
    Btw. Wkręcająca historia, fajnie piszesz:)

  3. Niezła historia! Stąd już tylko krok od napisania dobrego horroru. 😉 Ja chcę poznać część drugą, o dziadku z prawej. 😀

        1. Autor

          Generalnie mąż babki to „dziad”, nie „dziadek”,ale dziękuję za miłe słowa i komplement zarazem :*

  4. Nie przepadam za horrorami mam zbyt wybujałą wyobraźnię, którą właśnie pobudziłeś 😀

  5. Moim zdaniem każda legenda ma w sobie jakiś pierwiastek prawdy… . Być może i taka babka faktycznie sobie kiedyś żyła, była i… straszyła 😉
    Ja lubię dreszczyk emocji i kocham horrory. a właściwie thillery, bo horrory kojarzą mi się z wilkołakami, wampirami i innymi małoprawdopodobnymi stworami. Thiller z kolei to coś, co mogło wydarzyć się naprawdę każdemu z nas… Autentyczność zatem górą 😉

    1. Autor

      Tak samo myślały wszystkie te nastolatki wyjeżdżając na weekendowy wypad do domku w lesie: że to sie nie może wydarzyć 😉

  6. Od zawsze jestem fanką Kinga, horrorów, thrillerów itp i też pamiętam jak w LO oglądałam Blair Witch Project i zrobił na mnie ogromne wrażenie. Obecnie po milionie obejrzanych horrorów Blair Witch niestety jest jak film familijny 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *