Ten o „Autopsji Jane Doe” [recenzja]

Ten o „Autopsji Jane Doe” [recenzja]

Od ładnych kilku lat obserwujemy w kinach powrót do łask gatunku, jakim jest horror. Swego czasu zalała nas fala krwawych i makabrycznych produkcji francuskich (m.in. Blady strach, Frontière(s), Najście, Martyrs. Skazani na strach). O swoje miejsce w świadomości widza walczyły (z całkiem niezłym zresztą skutkiem) zdecydowanie mniej krwawe, subtelniejsze wizualnie obrazy hiszpańskie, takie jak chociażby Kręgosłup diabła czy Labirynt Fauna. Nie można również zapomnieć o wysypie długowłosych małych Azjatek, które lubiły wyjść sobie ze studni albo usiąść komuś na karku. No i Ameryka, jak to Ameryka, dorzucała swoje trzy grosze wszystkimi tymi Obecnościami i Naznaczonymi. Odświeżano dzieła kultowe (Blair Witch, Martwe zło) – Piły powstało z kolei tyle części, że chyba każdy w pewnym momencie zaczął się bać, iż któregoś dnia obudzi się, a tam przyjemniaczek w masce zapyta, czy chcemy zagrać w jego chorą grę. Próbowano horrory nieco odświeżyć, czego najlepszymi przykładami są między innymi Babadook, Coś za mną chodzi oraz Wizyta. Jednak czy można wpuścić powiew świeżego powietrza do tak wyeksploatowanego gatunku? Chcąc nie chcąc, próby tej podjął się znany z Łowcy trolli Norweg, André Øvredal. Zamienił zimną Skandynawię na słoneczne Hollywood i przedstawił światu swe najnowsze, ściągające obecnie do kin rzesze widzów, dzieło – Autopsję Jane Doe. Czy stanął na wysokości zadania? Czy Autopsja… ma szansę zyskać miano kultowego? O tym w poniższym tekście.

Zaczyna się naprawdę nieźle. W pierwszych, nieco depresyjnych, ujęciach widzimy mały, typowy amerykański domek z pięknym ogródkiem. Na tarasie stoliczek z kubkiem (jak mniemam) kawy, jednak nie piknik dane jest nam oglądać; to miejsce zbrodni. Przeszukujący posiadłość miejscowi stróże prawa odkrywają kolejne ofiary (w liczbie trzech), na ścianach zaschnięta krew w ilości takiej, że cały zespół sprzątaczek nie wypucuje tego przez tydzień. Najciekawszym (tak to nazwijmy) odkryciem jest jednak młoda dziewczyna, znaleziona martwa w piwnicy, do połowy zakopana w ziemi. Piękna jak z obrazka. Problem w tym, że znający wszystkich okolicznych mieszkańców Szeryf jakoś jej nie kojarzy. Kim jest? Nie wiadomo, tak więc to Jane Doe (termin używany w amerykańskim żargonie policyjnym i sądowniczym określający niezidentyfikowaną kobietę). Podsumowując: cztery trupy, litry krwi i brak jakichkolwiek wskazówek, co właściwie wydarzyło się w tym uroczym domku. Jedyna logiczna policyjna diagnoza sformułowana na podstawie stanu drzwi frontowych brzmi: Wygląda na to, że nikt nie włamał się do środka. Ofiary raczej próbowały się wydostać.

Zero poszlak, a już za chwilę dziennikarskie hieny dobiorą się do tyłka Szeryfa Sheldona (Michael McElhatton) – trzeba coś z tym zrobić. Szeryf postanawia więc poprosić o pomoc miejscowego koronera – leciwego Tommy’ego Tildena (w tej roli Brian Cox), który wraz z synem Austinem (Emile Hirsch), całkiem zresztą zdolnym technikiem medycznym, w podziemiach rodzinnej posiadłości zajmują się tego typu sprawami; pracują bowiem w kostnicy. Ojciec i syn tworzą całkiem zgrany duet stanowiący mieszankę doświadczenia z młodzieńczą pasją. Są skrupulatni, pracowici, niemal nieomylni, a wszystkie ich działania opierają się na logicznym, medycznym myśleniu. Ten dzień zaczął się dla nich jak każdy inny, przebiegał jak każdy inny i niemalże skończył jak każdy inny, jednak wtedy na ich stół trafiła Jane Doe. Szeryf chciał poznać kilka odpowiedzi odnośnie dziewczyny, oni chcieli poznać kilka odpowiedzi odnośnie dziewczyny; nie znali jednak hasła reklamowego omawianego właśnie filmu, a brzmi ono: NIE WIESZ O NIEJ NIC. DLATEGO ŻYJESZ.

Co jak co, ale pierwsza połowa Autopsji Jane Doe (może nawet chwilę dłużej) autentycznie rodziła nadzieję na to, że mamy do czynienia z czymś, co ma szansę zyskać status „kultowego”. Niezwykle klimatyczny miszmasz horroru psychologicznego i dramatu, który wspomniany klimat zyskuje dzięki nieśpiesznemu prowadzeniu akcji oraz samemu miejscu, w którym dzieje się akcja. Wąskie, ciasne korytarzyki podziemia, a także – przede wszystkim – skąpana w „trupim” świetle kostnica. Czy na liście pt.: „Miejsce, w którym wolałbym nie pracować” wpisalibyście coś powyżej kostnicy? Ja, raczej nie. Jednak nie tylko samo miejsce zasługuje na wyróżnienie, uwagę zwraca również szczegółowość, z jaką pokazana jest okiem kamery praca patologa: rozcinanie czaszki, łamanie żeber, ważenie kolejnych organów wyciągniętych z ludzkiego organizmu, precyzyjne cięcia skóry. Mało tego, swoją cegiełkę do całości dokładają także pojedyncze ujęcia jak chociażby to z krwią spływającą do okrągłego odpływu usytuowanego na dole stołu „operacyjnego”. Brzmi może niezbyt przyjemnie, ale wiadomo było, na co się piszemy, wybierając film, którego tytuł zaczyna się od słowa „Autopsja”.

Wszystko to tworzy napięcie i poczucie grozy, jednak największą „robotę” robi tu tytułowa Jane Doe (Olwen Catherine Kelly), która (nie zdradzając, czy rzecz ma się tak do końca seansu, czy też nie) nie robi nic, a mimo to na sam jej widok włos się jeży na głowie! Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi: nigdy nie widziałem tak dobrze zagranego trupa! Naprawdę, pani Kelly samym leżeniem przebiła cała resztę obsady razem wziętą, a to całkiem dobrze dobrana ekipa aktorów była. Duża w tym zasługa twórców, którzy uwydatnili wszystkie mrożące krew w żyłach szczegóły. Niby mamy tu bardzo ładna dziewczynę: zgrabna, włoski eleganckie itd., ale zwłaszcza dzięki zbliżeniom na twarz (przede wszystkim na oczy) denatki uczucie niepokoju rośnie. Dosłownie czeka się tylko na ten moment, kiedy Jane Doe wykona najmniejszy gest – mrugnie okiem, ruszy palcem, cokolwiek. Widz z jednej strony boi się tej chwili, z drugiej napawa się obrazem na ekranie, wyczekując wspomnianego mrugnięcia okiem w wykonaniu rozciętej na wskroś dziewczyny. Olwen Catherine Kelly jest po prostu idealna! I tak jak napisałem, wszystko jest bardziej niż „świetne”… niestety do pewnego momentu.

Większość osób narzeka na drugą część Autopsji Jane Doe i choć ja nie jestem aż tak surowy w ocenie, to nie da się ukryć, że coś zaczyna się psuć, a jest to, najogólniej mówiąc, efektem braku konsekwencji twórców. Nagle z tego klimatycznego psychologicznego horroru, który urzeka tempem, Øvredal robi… niemalże całkowite jego przeciwieństwo. Kiedy (przepraszam za SPOILER, ale no nie będzie on też chyba wielce zaskakujący) dookoła ojca i syna zaczynają się dziać rzeczy co najmniej niewytłumaczalne, ci – tak logicznie myślący faceci – tracą głowy, zachowując się jak gówniarze. Pomijam już fakt, że we wcześniejszej fazie filmu dziewczyna Austina (czyli syna) pyta go o to, czy powiedział już ojcu, że zamiast prowadzić dalej rodzinny biznes, zamierzają wyjechać, po czym… wątek ten zostaje w ogóle zapomniany, jakby nigdy się tu nie przewinął. Akcja ni stąd, ni zowąd drastycznie przyspiesza i ogólnie nie wygląda to źle, tyle że kłóci się ze wszystkim, co wcześniej widzieliśmy na ekranie! Do tego dochodzi zakończenie, które – jeśli mam być szczery – nie jest może jakieś fatalne, ale i nie powala na kolana – ot, jest, jakie jest.

Dziwnym filmem jest ta cała Autopsja Jane Doe. Czy stanie się kultowa? Nie. Czy to zwykły horrorowy przeciętniak, który fani gatunku znają z autopsji? Również nie. Najnowsze dzieło norweskiego reżysera miało wszystkie atuty, by zapisać się wielkimi zgłoskami w historii kina grozy, jednak w pewnym momencie ktoś lekko zawalił sprawę. Był klimat, było napięcie i świetna gra aktorska, nawet (a raczej zwłaszcza) kobiety, która… tylko leży. Było wszystko, czego ten tytuł potrzebował, by było o nim głośno latami i generalnie jako całość Jane Doe – mówiąc kolokwialnie – i tak daje radę. Pozostaje jednak uczucie niedosytu. Nie wiem dlaczego, ale jakoś pasuje mi porównać to do sytuacji, w której rybak łowi złotą rybkę, a ta natychmiast wyskakuje ze znanym wszystkim: „Spełnię Twoje trzy życzenia”. Głowi się więc rybak i głowi nad tymi życzeniami, wreszcie wpada na pomysł i wypowiada pierwszą prośbę, po czym rybka wyskakuje mu z ręki w locie wołając: „Żartowałam, miałeś tylko jedno” i PLUM, tyle ją widzieli.


Fot.: Monolith Films

To też może Ci się spodobać:

4 komentarze

  1. Oglądałam i mam podobne odczucia. Film nie najgorszy, na pewno nie kaszana, ale faktycznie w połowie coś siada, jakby scenariusz był niedorobiony. Szkoda, że świetny potencjał został w dużej mierze zmarnowany.

  2. Słyszałam świetne opinie odnośnie tego filmu, ale nie będę ukrywać, że dobrego horroru nie widziałam od lat. OD LAT. A i w tym wypadku mogę wymienić dwa, z czego jeden tylko dlatego, że pięknie budował napięcie muzyką, a drugi raczej podchodzi pod thriller.
    Zabieram się do „Autopsji Jane Doe” od jakiegoś czasu, ale nie spodziewam się fajerwerków. I potwierdzasz to, co obstawiam – że to horrorowy przeciętniak i te wszystkie ochy i achy są głównie od tych, których przerażało „Oszukać przeznaczenie” 😛
    Ale i tak sprawdzę. Acz dzięki tej recenzji jestem już bardziej przygotowana na to, że nie będzie „efektu wow”.

  3. Unikam tego typu filmów jak ognia.
    Zwykle oglądanie horrorów kończy się dla mnie nieprzespanymi nocami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *